Z Polską jest gorzej, niż nam się wydawało

Piszący te słowa przystąpił w roku 1989 do Unii Polityki Realnej łudząc się, że najbardziej wolnościowy i zarazem racjonalny program społeczno-gospodarczy zostanie z entuzjazmem przyjęty przez szerokie masy społeczne. Wydawało nam się, że ludzie, którym przez dziesiątki lat nie pozwalano rozwinąć skrzydeł, ruszą do tworzenia wolnego rynku w Polsce

Foto.: pixabay.com
PAFERE WIDEO

Po przeczytaniu tekstu pana Jana Michała Małka zatytułowanego „Część brutalnej prawdy o obecnej sytuacji Polski”, zachęcony do podzielenia się moimi refleksjami dotyczącymi zawartych w nim myśli, postanowiłem od razu zaznaczyć, że nie będę odnosił się do rzeczy oczywistych, takich jak zawłaszczenie przez państwo olbrzymich obszarów życia społecznego czy obłędna polityka rządzącego obozu, w zastraszającym tempie zadłużającego kraj i przyzwyczajającego szerokie masy do hojnego rozdawnictwa, lecz skupię się na próbie odpowiedzi na pytanie, DLACZEGO dzieje się tak a nie inaczej oraz co należy zrobić, by tę sytuację zmienić.

Władza robi to, czego oczekuje demokratyczna większość

CYTAT TYGODNIA

Generalna odpowiedź brzmi: rządzący postępują tak a nie inaczej, ponieważ TEGO OCZEKUJE OD NICH „DEMOKRATYCZNA WIĘKSZOŚĆ” nazywana nie wiadomo czemu „społeczeństwem”. Rządzący nie postępują zatem WBREW woli „społeczeństwa”, ale WYCHODZĄ NAPRZECIW JEGO OCZEKIWANIOM! Narzekając na rządy, ludzie zapominają, że w systemie zwanym demokracją rząd nie mający poparcia WIĘKSZOŚCI długo nie porządzi. Politycy doskonale o tym wiedzą i stąd też całe sztaby fachowców nieustannie śledzą zachowania mas wyborców, przeprowadzają badania socjologiczne, badania opinii publicznej i podpowiadają swym mocodawcom sposoby na utrzymanie poparcia gwarantującego brak zagrożenia dla swoich rządów. Każdy demokratyczny rząd z natury koncentruje się na zapewnieniu sobie stałego poparcia na poziomie większości parlamentarnej, a zatem spora część wysiłków służy nie dobru rządzonych, ale zapewnieniu sobie poparcia jak największego procenta wyborców. Zjawisko kupowania głosów wyborczych jest tak stare, jak instytucje o charakterze demokratycznym. Znamy określenie „kiełbasa wyborcza”. W dawnych wiekach miało to znaczenie dosłowne. Ksiądz Kitowicz opisuje korumpowanie przez magnatów mas szlacheckiej hołoty (z rusińska GOLCÓW, czyli ludzi bez grosza) darmową wyżerką i popijawą w celu pozyskania ich głosów na sejmikach. Czym różni się to od rozdawnictwa, uprawianego dziś przez partie polityczne ? Ano tym, że dawniej magnat kupował sobie głosy szlacheckiej hołoty WŁASNYMI PIENIĘDZMI, podczas gdy dziś ogłupione przez media masy politycy kupują za pieniądze wcześniej odebrane im w podatkach, akcyzach i innych wymuszanych prawem świadczeniach na rzecz owego państwa, które – jak trafnie ujmuje to pan Małek – „samo staje się agresorem w stosunku do swoich obywateli”. Ja bym w tym miejscu dodał: swoich WYTWARZAJĄCYCH DOCHÓD obywateli, których traktuje niczym dojną krowę, by następnie rozdać to tym, którzy żadnego dochodu nie wytwarzają bądź wytwarzają w stopniu minimalnym. W ten sposób władza kupuje sobie głosy tych, którzy żyją na koszt innych a ponieważ z roku na rok przybywa amatorów darmochy, w pewnym momencie będą oni stanowili grupę zdolną powoływać i obalać rządy, które z kolei będą zmuszane przez „demokratyczną większość” do utrzymywania stale rosnącej masy nierobów zapewniających zwycięstwo wyborcze w zamian za coraz wyższy socjal. Tych ostatnich zresztą też oskubuje z jakiegoś procentu rozdanych wcześniej pieniędzy, każąc im płacić podatki, akcyzy, VAT czy przeróżne parapodatki zwane zwodniczo „składkami”… W ten sposób państwo zamiast być dobrem wspólnym WSZYSTKICH obywateli staje się żerowiskiem dla nielicznych a soliterem dla całej reszty. Słuchając wypowiedzi rządzących można wręcz odnieść wrażenie, że to nie państwo jest dla obywateli ale obywatele dla państwa… Dodajmy: państwa rozmnażającego się w zastraszającym tempie i zagarniającego coraz większe obszary naszej wolności. Skąd my to znamy? Pisze pan Małek o zasadzie subsydiarności… tylko JAKI PROCENT Polaków w ogóle wie, co to takiego? Zasada pomocniczości znakomitej większości rodaków myli się z koncepcją państwa opiekuńczego… Dobry rząd to taki, KTÓRY DAJE. Nieważne, że komuś innemu zabierze, ale ważne że daje „ludziom”… Nieważne, że aby spełnić obietnice wyborcze, rząd pożyczy pieniądze na procent; nieważne, że te pożyczki będą musiały w końcu spłacić dzieci i wnuki dziś obdarowanych… Spora część polskojęzycznej populacji (zaraz wyjaśnię, dlaczego nie nazywam jej „narodem” czy tym bardziej „społeczeństwem”) funkcjonuje i „myśli” w kategoriach „tu i teraz” i „po nas choćby potop”, wszelkie uwagi o konieczności spłacenia długu publicznego kwitując wzruszeniem ramion i krótkim: „mnie już nie będzie na świecie”.

Pan Małek napisał, że przedstawił część brutalnej prawdy. Część, ponieważ brutalna prawda jest znacznie bardziej rozbudowana i bardziej brutalna niż wydaje się ludziom patrzącym na nią z odległości tysięcy kilometrów. Piszący te słowa przystąpił w roku 1989 do Unii Polityki Realnej łudząc się, że najbardziej wolnościowy i zarazem racjonalny program społeczno-gospodarczy zostanie z entuzjazmem przyjęty przez szerokie masy społeczne. Wydawało nam się, że ludzie, którym przez dziesiątki lat nie pozwalano rozwinąć skrzydeł, ruszą do tworzenia wolnego rynku w Polsce. Mijał rok za rokiem, Unia Polityki Realnej pomimo tytanicznej pracy jej członków w kolejnych wyborach nie była w stanie osiągnąć nawet owych 3% zapewniających zwrot kosztów związanych z kampanią wyborczą, a my nie mogliśmy zrozumieć, czemu tak się działo. W pewnym momencie pojawił się pan Stefan Oleszczuk, który zostawszy burmistrzem Kamienia Pomorskiego, zaczął wcielać program UPR w życie. Zracjonalizował wydatki, spłacił długi gminy i wypracował solidną nadwyżkę, po czym „podziękowano mu” i stracił władzę.

Dlaczego nam nie wychodziło?

Zrozumienie tego, dlaczego do polskich wyborców nie trafiały nasze postulaty, zajęło nam ĆWIERĆ WIEKU, a przecież nasi przeciwnicy od początku znali odpowiedź na pytanie ”dlaczego”… Oni doskonale wiedzieli, że do polskiego wyborcy nie trafiają argumenty racjonalne. Oni wiedzieli, że przeciętny Polak chciałby być bogaty, ale nie za cenę codziennego stresu związanego z prowadzeniem własnego biznesu i ryzykiem utracenia wszystkiego wskutek jednej błędnej decyzji… Zazdrościł tym, którym się udało. Chciał podnieść swój standard życia, ale nie był skłonny ponosić ryzyka i wykazywać się odpowiedzialnością. Oczekiwał, że instytucje państwowe powinny rozwiązywać jego problemy materialne. I tak jest po dziś dzień.

Dlaczego jest tak, a nie inaczej? 6 lat hitlerowskiej okupacji, a później 44 lata rządów „władzy ludowej” zrobiły swoje. Dawne elity wyginęły bądź rozjechały się po świecie, a ich resztki pozbawione własności i na każdym kroku szykanowane zamknęły się we własnym gronie walcząc o przetrwanie. Do głosu doszedł prymityw z awansu społecznego (słynne „nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”) dostosowujący wszystko wokół do swego poziomu. Niezwykle niszczący wpływ na moralność szerokich mas wywarły powojenne migracje ludności. Miliony ludzi zostały wyrwane ze swej ojcowizny i przesiedlone setki kilometrów od miejsc, gdzie od wieków żyli ich przodkowie, co zaowocowało zerwaniem więzi społecznych i przemianami obyczajowymi. Przeprowadzane w latach siedemdziesiątych XX wieku badania religijności wykazały, że była ona najniższa na tak zwanych „ziemiach odzyskanych”, a najwyższa tam, gdzie ludzie od setek lat żyli na swojej ojcowiźnie. Owe „ziemie odzyskane” to ojczyzna pegeerów, gdzie wyrwani ze swej ojcowizny ludzie zostali przeflancowani na ziemie o obcej im historii i kulturze, wyrwani ze środowisk o utrwalonej przez wieki obyczajowości i religijności. To tam właśnie po dziś dzień w wyborach największe żniwo zbierają partie lewicowe. Konsekwencją upadku pegeerów było olbrzymie bezrobocie, które z kolei pociągnęło za sobą wzrost postaw roszczeniowych a co za tym idzie tęsknotę za państwem opiekuńczym i przywiązanie do partii politycznych gwarantujących życie na koszt innych.

Co robić ? Przede wszystkim STANĄĆ W PRAWDZIE, to znaczy raz na zawsze pożegnać się z mitem Polski jako kraju chrześcijańskiego (katolickiego). Już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku nawoływał do tego Sługa Boży , ks. Franciszek Blachnicki, twórca ruchu oazowego. To właśnie już w latach siedemdziesiątych XX wieku badania religijności wykazały, iż jedynie 8% Polaków zna naukę Kościoła rzymskokatolickiego i w pełni się z nią identyfikuje, podczas gdy zdecydowana większość wybiera sobie z nauczania kościelnego te elementy, które jej odpowiadają… Owo błędne przekonanie o wyjątkowej religijności Polaków wynika z zaliczaniem do grona wierzących WSZYSTKICH OCHRZCZONYCH, a jak słusznie argumentował ks. Blachnicki, fakt, iż ktoś urodził się w garażu, nie czyni z niego automatycznie mechanika samochodowego…Jeśli pozbędziemy się szkodliwych złudzeń co do wyjątkowości narodu polskiego i uznamy, że jest on dziś tak samo zdemoralizowany jak inne narody pozostające pod wpływem wszechwładnych demoliberalnych mediów z telewizją i Internetem na czele, zaczniemy odbijać się od dna. Porównując stopień zdemoralizowania Polaków z tym, co widzimy na Zachodzie, musimy sobie uświadomić, że w jednym mamy nad owym Zachodem przewagę: tam media prały ludziom mózgi kilkadziesiąt lat dłużej i jeśli tylko przestaniemy poddawać się ich wpływowi, mamy jeszcze szansę wyleczyć się z toczącej Zachód gangreny.

Jak z tego wyjść?

Pierwsza faza budowy społeczeństwa to odzyskanie szkolnictwa wszystkich szczebli. Towarzyszyć temu musi wprowadzenie takich programów nauczania, jakie będą służyły wychowaniu młodych pokoleń w duchu patriotyzmu i odpowiedzialności za kraj. Nie obędzie się przy tym bez wyeliminowania ze szkół i uczelni pseudonauczycieli. Zauważmy, że polscy myśliciele epoki zaborów, myśląc o odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości, zaczynali właśnie od pisania traktatów pedagogicznych (Bronisław Trentowski, Ewaryst Estkowski i inni)! Jeśli chcemy, by młode pokolenie zbudowało normalną Polskę, musimy je do tego zadania solidnie przygotować.

Stąd też wypływa konieczność uwzględnienia w programach szkolnych zajęć z historii kultury polskiej i historii Polski.

Odzyskiwaniu szkolnictwa musi towarzyszyć dogłębna reforma mediów publicznych. Nie mogą one w imię „oglądalności” staczać się do poziomu najbardziej prymitywnego odbiorcy, lecz powinny odgrywać wiodącą rolę w procesie tworzenia się narodu dumnego ze swej tysiącletniej historii, kultury i tradycji.

Polska jako państwo zbudowane na fundamencie chrześcijańskim nie może bezkrytycznie naśladować przemian zachodzących w innych krajach, które to przemiany prowadzą do powstawania bezideowych, odartych z wszelkiej duchowości, nastawionych na prymitywną konsumpcję społeczności posłusznych państwu niewolników, lecz w przeciwieństwie do tych procesów budować prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, które uważając Polskę za swą Ojczyznę będzie traktowało ją jako dobro wspólne.

Przestańmy się okłamywać

Na koniec: musimy zerwać z nazywaniem polskojęzycznej populacji narodem, a tym bardziej społeczeństwem. Idąc tropem rozumowania myśli naszych narodowych Wieszczów, musimy uznać, ze Narodem jest najbardziej świadoma swych korzeni i tradycji część populacji uważającej język polski za język ojczysty, a Społeczeństwem jest najbardziej czynna społecznie i politycznie część Narodu. Należałoby przy okazji zweryfikować pojęcie „obywatel” i zerwawszy z niechlubną tradycją rewolucji antyfrancuskiej 1789 stosować go jedynie dla oznaczenia jednostek czynnie zaangażowanych w realizację dobra wspólnego, dla całej reszty rezerwując określenie „mieszkaniec Polski”.

Jan Przybył

CYTAT TYGODNIA
Poprzedni artykułJan Kubań: Inflacja to nie nieszczęśliwy zbieg okoliczności. To proces sterowany przez rządy
Następny artykułAtrybut wolnego człowieka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here