Atrybut wolnego człowieka

Dość powszechnie w Polsce przyjmuje się za pewnik to, że cywilny posiadacz broni palnej, stanowić może zagrożenie dla współobywateli. Podobno Polacy są narodem skrajnie nieodpowiedzialnym, który ma skłonności samobójcze i korzystając z dostę­pu do broni urządzi sobie masakrę. A jak to było w przeszłości?

foto. pixabay.com
PAFERE WIDEO

Najmocniejszym powodem, by utrzymać prawo do posiadania i noszenia broni przez ludzi jest to, że stanowi ono dla nich ostateczny środek do obrony przed tyranię rządu.

Thomas Jefferson

CYTAT TYGODNIA

Wśród wielu występków brytyjskiego panowania w Indiach, historia uzna za najczarniejszą ustawę, która cały naród pozbawiła broni.

Mahatma Gandhi

Dawno, dawno temu, jeszcze zanim lewacy pojawili się na świecie i ludzie byli normalni, prawo do posiadania broni i jej użycia w obronie było tak oczywi­ste, że nie podlegało żadnym regulacjom. Po­dobnie jak oddychanie czy drapanie się w róż­ne części ciała. Nikt tego nie podważał. Żeby być precyzyjnym, zdarzało się, ale to była poli­tyka. Najstarszą znaną nam wzmianką na ten temat jest zakaz posiadania broni przez helotów w starożytnej Sparcie. Związane to było z tym, że heloci – najniższa ludności Sparty, składała się z mieszkańców podbitej Lakonii i Mesenii. Byli niewolnikami stanowiącymi własność państwa, które ze strachu przed nimi nie tylko zabroniło im posiadania broni, ale nawet zawarło sojusz z Atenami w celu uzyskania pomocy w zwalczaniu ewentu­alnego buntu.

Nie wszystkie państwa aż tak bardzo boją się swoich obywateli. W takiej np. Szwajcarii każdy pełnoletni obywatel prze­szkolony wojskowo dostaje od państwa do domu mundur i broń wraz z zapasem amunicji żeby w razie czego nie tracić cza­su na wyposażanie ludzi. I jakoś Szwajca­rzy ani sami się nie mordują, ani na władzę ręki nie podnoszą.

W średniowieczu problem nie istniał, bo broń miał każdy, kogo było na nią stać. Była droga, więc skoro dobra zbroja kosztowała tyle co kilka wsi, to wiadomo, że tylko bogaci byli rycerzami, a „chamy” jej nie nosiły. Miecz też było na tyle drogi, że nosili go tylko rycerze. Co nie znaczy, że nie mieli broni. Chłopi jej specjalnie nie potrzebowali, bo nie byli zobo­wiązani do służby wojskowej. Co najwyżej do obrony własnej wsi – używali do tego lekkiej broni i narzędzi rolniczych. Nie radzę tego lekceważyć. Stań z mieczem czy szablą wobec człowieka z włócznią, widłami czy toporem. Pierwsze są długie, a topora szablą nie odpa­rujesz. Wybrani chłopi z królewszczyzn mieli obowiązek stawiać się na ćwiczenia wojskowe z własną rusznicą, toporem lub mieczem.

W dawnych miastach było podobnie. Od średniowiecza obowiązek obrony miast le­żał po stronie mieszczan, którzy w tym celu musieli samodzielnie się uzbroić i wyszkolić. Każdy z nas słyszał nazwy baszta młyńska, ciesielska, szewska, itd. Nazwa oznaczała, że w razie oblężenia, stanowiska na niej zajmowali młynarze, cieśle czy szewcy. W celu wykona­nia tego zadania powstały tak zwane bractwa kurkowe, w których ćwiczono mieszczan z posługiwania się łukiem, kuszą, a w później­szych czasach i bronią palną.

W czasach Rzeczpospolitej Obojga Na­rodów szlachta zarezerwowała prawo do noszenia szabli dla siebie. Nie było to jed­nak podyktowane troską o bezpieczeństwo, lecz chęcią podkreślenia swojego wyższe­go statusu społecznego. Szablę mógł nosić „urodzony” a nie „łyk” czy „cham” „nik­czemnego pochodzenia”. W dawnej Rzecz­pospolitej obywatel mógł nie tylko posiadać i nosić broń, lecz nawet zbudować sobie twier­dzę i utrzymywać własny zbrojny oddział. Co zdarzało się wcale nie tak rzadko, jakby ktoś mógł dzisiaj pomyśleć.

Sytuacja nieco zmieniła się w czasie za­borów. Bractwa kurkowe w zaborach Pru­skim i Austriackim działały dalej, natomiast w zaborze Rosyjskim ich działalność została zakazana. Ale broń pozostała w rękach Pola­ków. Gdy wybuchło Powstanie Listopadowe i pojawiły się braki w uzbrojeniu, to okazało się, że w każdym dworze szlacheckim czy domu bogatszego mieszczanina były kara­biny z wojem napoleońskich. Po Powstaniu władze wszystkich trzech zaborów nakazały oddanie broni wojskowej. Jak się okazało w czasie Powstania Styczniowego w każdym dworze była broń palna. I nie chodzi tu wca­le o gładkolufowe dubeltówki, bo te zawsze wolno było mieć. Polacy posiadali nowoczes­ne gwintowane sztucery myśliwskie, broń o zasięgu, celności i skuteczności, o której Ro­sjanie nie mogli nawet marzyć. Ich wojska wyposażone były jeszcze w gładkolufowe karabiny z czasów wojny krymskiej za co przyszło im zapłacić krwią swoich żołnierzy. Po powstaniu rozbrojono społeczeństwo do­kładniej. Ale znowu z broni wojskowej. Bo dubeltówki można było mieć, a o pozwolenie na sztucery gwintowane trzeba było wystąpić do władz. Nawet wtedy jednak, nawet w tak restrykcyjnym zaborze jak rosyjski potrzebę posiadania broni do obrony własnej uważa­no za coś oczywistego. Przecież każdy ma prawo się bronić. W efekcie rewolucji 1905 r. rozplenił się bandytyzm, co skłoniło władze carskie do umożliwienia ludziom skutecznej samoobrony. Od roku 1906 Polacy mogli bez pozwoleń kupować rewolwery i amunicje do nich, natomiast posiadacze zezwoleń mogli kupować każdą dostępną broń. System ten nie był chyba szczelny skoro Igor Newerly opisuje w książce Zostało z uczty bogów jak obawiając się, że mu w sklepie nie sprzedadzą broni jako nieletniemu, zamówił karabin ko­respondencyjnie i przysłano mu go do domu.

Gdy Polska odzyskała niepodległość wy­dawało się, że wrócimy do staropolskiej trady­cji swobodnego dostępu do broni. Jednak nieco ponad dwa miesiące po 11 listopa­da 1918 r., 25 stycznia 1919 r., Naczelnik Państwa Józef Piłsudski podpisał dekret o nabywaniu i posiadaniu broni i amunicji. Bezpośrednio po wojnie niezbędne okaza­ło się nadanie kształtu prawnego zasadom posiadania broni palnej, tym bardziej, że w poszczególnych dzielnicach porozbiorowych obowiązywały prawa jeszcze zabor­cze aż do 1932 r. Zachowano samą insty­tucję „Pozwolenia na broń”. Była to jednak decyzja administracyjna, wydawana przez władze samorządowe czyli starostę, w oparciu o opinię Policji. W praktyce, kto nie był skaza­nym, włóczęgą, alkoholikiem, narkomanem czy chorym psychicznie, to pozwolenia dosta­wał. Ważne jest co innego. Otóż ciągle jeszcze uznawano za oczywiste prawo obywatela do obrony koniecznej z użyciem broni palnej.

Życie Warszawy w artykule Warszawia­cy do broni! opisało kiedyś przygodę kapita­na Nowakowskiego, który napadnięty przez bandytę postrzelił go z rewolweru. Prokurator miał do niego tylko jedno pytanie – czy za­mierza złożyć dodatkowo prywatną skargę na postrzelonego przez siebie napastnika.

Przed wojną ograniczenia w dostę­pie do broni palnej rozpowszechniły się w państwach totalitarnych. W Związku Ra­dzieckim zakazano prywatnego posiadania broni palnej dopiero w 1929 r., chociaż nie powinno to nikogo zwieść, bo posiadacz le­galnej broni mógł dostać czapę, gdy uznano go za kontrrewolucjonistę. Jednak uzyskanie pozwolenia na posiadanie broni myśliwskiej, zwłaszcza na wschodzie, było możliwe do końca istnienia ZSRR.

W faszystowskich Włoszech Benito Mussolini zakazał posiadania obywatelom broni palne jednak największym orędow­nikiem ograniczenia obywatelom dostępu do broni palnej był wielki przywódca nie­mieckiego ruchu narodowosocjalistycznego Adolf Hitler. 18 marca 1938 r. Hitler, już jako wódz i kanclerz Rzeszy, podpisał niemieckie „Prawo o broni” – ograniczające wszelką prywatną własność jakiegokolwiek rodzaju broni miotającej.

Po II wojnie nowa władza unieważniła przedwojenne pozwolenia na broń, a bractwa kurkowe został)’ rozwiązane. Wszelkie kom­petencje w wydawaniu pozwoleń na broń przejęły organy MO.

Dziś ludzie boją się broni. Komunistom udało się to, o czym nawet nie marzyli za­borcy. Nie tylko udało im się nas rozbroić, ale i przekonać Polaków, że to dla ich dobra. Podobno jesteśmy warchołami, którym nie można dać broni, bo się wystrzelamy.

Ciekawie to wygląda w zestawieniu z in­nymi krajami. W Rosji, w 2014 r., uchylono sowieckie przepisy i bardzo ułatwiono oby­watelom dostęp do broni palnej. I co? I nic. Ilość zabójstw z użyciem broni palnej wcale nie wzrosła, natomiast zmalała ilość napadów na domy majętnych obywateli, co zrozumiałe, bo ci kupili sobie broń, a przestępcy nie lubią ryzykować.

Według raportu ogłoszonego przez Smali Arms Survey pod względem ilości broni pal­nej w rękach prywatnych zajmujemy 142. miejsce na świecie, razem z Ekwadorem i Kazachstanem. Uwzględniono w tym ok. 200 000 sztuk broni, której właściciele posiadają ją nielegalnie. Swoją drogą kto i jak policzył broń nielegalną?

Dla porównania nasi. sąsiedzi zajmują w tym rankingu kolejno: 15. miejsce Niemcy, 38. miejsce Czechy, 68. miejsce Rosja, 73. miejsce Słowacja, 79. miejsce Białoruś, 84. miejsce Ukraina.

Nawet Władimir Putin czy Aleksander Łukaszenka bardziej ufają swoim obywate­lom niż polskie władze. Przykre.

Żyjemy w świecie i w czasach, gdy wol­ność obywatela nie jest w cenie. Teraz dla od­miany w Unii Europejskiej pojawiają się, for­sowane przez lewicę, pomysły ograniczenia dostępu do broni. Skąd im się to wzięło? Hit­ler po podpisaniu wspomnianej wyżej ustawy pozbawiającej ludzi dostępu do broni palnej wygłosił znamienne słowa: Ten rok przejdzie do historii. Pierwszy raz w cywilizowanym kra­ju istnieje pełna rejestracja broni. Nasze ulice będę bezpieczniejsze, a nasza policja bardziej sprawna. W przyszłości cały świat będzie nas naśladował. Niestety naśladuje.

Dlatego należy ciągle i głośno przypomi­nać, że niezależnie od miejsca i czasów moż­liwość posiadania broni to atrybut wolnego człowieka.

Adam Kowalczyk

Publicysta, felietonista, w latach dziewięćdziesiątych wydawca tygodnika „Gazeta Warmińska”, członek Stowa­rzyszenia „Święta Warmia”

Pierwotnie artykuł ukazał się w miesięczniku Debata nr.10/2021, dziękujemy za możliwość opublikowania go na naszym portalu.

CYTAT TYGODNIA
Poprzedni artykułZ Polską jest gorzej, niż nam się wydawało
Następny artykułZa jedno „Glapy” bronię…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here