NBP pompuje miliardy i … ostrzega

Niskie oprocentowanie, wysokie opłaty i widmo kryzysu skłoniło ludzi do odzyskiwania z banków swoich pieniędzy. Szybko też pojawiać się zaczęły informacje o tym, iż koronawirus bardzo lubi gotówkę i żyje na niej przez kilka dni, a nawet - co ogłosili niedawno "australijscy naukowcy" - do miesiąca

Foto. pixabay.com
PAFERE WIDEO

Polityka tzw. luzowania ilościowego w strategii banków centralnych, po zadekretowaniu przez WHO, a potem przez niemalże wszystkie rządy świata, pandemii, przybrała na sile.

Pompowanie „pieniędzy z powietrza” w rynki finansowe oraz na potrzeby rządów ma miejsce także w Polsce. Można oczywiście zaśmiać się, porównując kwoty przeznaczone przez największy bank centralny świata czyli FED, a nasz NBP, niemniej „znaj proporcje mocium panie”. 158 mld zł nie zrobiłoby zapewne wrażenia na największych amerykańskich korporacjach finansowych. Ale obiecane im 3 bln USD już tak. Ale ta pierwsza kwota, tj. 158 mld zł, jak na polskie warunki, wydaje się potężna. A tyle właśnie – o czym poinformował prezes polskiego banku centralnego, Adam Glapiński – wpompował NBP w krajowy system bankowy, w okresie od 16 marca br. do dnia dzisiejszego.

„Przed kryzysem polski system finansowy charakteryzował się bardzo wysoką odpornością dzięki zgromadzonym w ostatnich latach kapitałom i niskiemu poziomowi dźwigni finansowej. W ostatnich 10 latach fundusze własne banków prawie się podwoiły; nastąpił ich wzrost o 92 proc.” – stwierdził prezes Glapiński. Jeszcze kilka miesięcy temu ten sam Glapiński twierdził, że „Polacy rzucili się na bankomaty”. Niskie oprocentowanie, wysokie opłaty i widmo kryzysu skłoniło ich do odzyskiwania z banków swoich pieniędzy. Szybko też pojawiać się zaczęły informacje o tym, iż koronawirus bardzo lubi gotówkę i żyje na niej przez kilka dni, a nawet – co ogłosili niedawno „australijscy naukowcy” – do miesiąca. Te przestrogi nie zachęciły jednak Polaków do ponownego wpłacania swoich pieniędzy do banków, więc trzeba było zastosować „kroplówkę”. Jeszcze trochę a okaże się, że bankom, by mogły funkcjonować, w ogóle nie jest potrzebna gotówka zwykłych ciułaczy. Wystarczy „właściwa” polityka banku centralnego.

Glapiński podkreślił, że wsparcie dla banków ze strony NBP to 7 procent PKB. Mimo to, według niego, banki w 2021 roku mogą odczuć deficyty, a nawet stratę finansową. Zaapelował do ich zarządów, by ewentualne nadwyżki kierowały na tworzenie funduszy własnych, a o wypłatach dywidend, by raczej zapomniały. Według prezesa NBP przyszły rok może być trudny dla sektora finansowego, gdyż pogorszeniu ulec może także sytuacja zwykłych ludzi, co zaowocować może spadkiem ich skłonności do zaciągania nowych kredytów i do ograniczenia konsumpcji.

Czyżby najważniejszy polski bankier centralny delikatnie sugerował, że rok 2021 może być początkiem bardzo poważnego kryzysu gospodarczego, czego – jak dotąd – nie chcą przyznać politycy? Bo przecież – mimo chaosu jaki zapanował w kraju – nadal mamy żyć w przeświadczeniu, że „strategia zrównoważonego rozwoju” i wszystkie inne świetlane plany premiera Morawieckiego, z „nową normalnością” na czele, wciąż przed nami. Czyżby prezes Glapiński mówił między wierszami, że będzie zgoła inaczej?

S

Poprzedni artykułRynek wymaga zaufania
Następny artykułCzy istnieją dwie demokracje?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj