Pertkiewicz: Czy państwo powinno ustalać warunki pracy?

Artykuł 66 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997 roku brzmi: „Każdy ma prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy”. Posiadanie do czegokolwiek prawa nierozerwalnie musi się jednak wiązać z obowiązkami i odpowiedzialnością. Każde nasze prawo, np. do bezpiecznych warunków pracy, czy bezpłatnej opieki medycznej nie może istnieć bez ograniczenia praw dla innych ludzi.

Można oczywiście powiedzieć, że niektóre prawa dotyczą wszystkich więc nie mogą tym samym jednocześnie odbierać części ludziom innych praw. Niestety tak nie jest. Rozbudowany interwencjonizm państwa powoduje, że nadawanie pewnych praw, które można by nazywać przywilejami, na rzecz społeczeństwa musi powodować ograniczenie swobody części społeczeństwa.

Artykuł 66 daje konstytucyjne prawo każdemu pracującemu obywatelowi do określonych warunków pracy. Ale aby każdy pracownik miał je zapewnione, ktoś inny musi być zobowiązany do tego, aby to prawo miało sens. Pracodawcy stanowią tę częścią społeczeństwa, na której ciąży obowiązek zapewnienia tego prawa. Jednakże oni sami z pewnością by nie wpadli na to, by realizować swoje konstytucyjne obowiązki poprzez stworzenie kilkudziesięciu instytucji zatrudniających kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Aby bowiem prawo do warunków pracy było przestrzegane musi istnieć aparat, który będzie mówił, co robić, by warunki były bezpieczne, oraz instytucja, która będzie sprawdzać, czy postanowienia pierwszej z nich są wdrażane w życie. Państwo jako jedyny sprawiedliwy organ dało sobie z kolei prawo do tego, by stwierdzać, co jest bezpieczne i higieniczne, a co nie. I dlatego, że rządy występują w roli pośredników między pracodawcą i pracobiorcą mamy dziś Państwową Inspekcję Pracy, Społeczną Inspekcję Pracy, Urząd Nadzoru Technicznego, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, Główny Urząd Pracy, Centralny Instytut Ochrony Pracy i wiele innych.

Co się kryje za szlachetnymi intencjami państwa?

Państwo uznało, że dzięki wtrąceniu się w wolne gry rynkowe spowoduje, iż świat będzie bezpieczniejszy, ilość wypadków ulegnie drastycznemu zmniejszeniu, pracodawcy skończą z bezwzględnym wyzyskiem mas robotniczych, czyli inaczej pisząc – wszystkim będzie lepiej. A pod jakim względem lepiej? Pod każdym – odpowiadają ci, którzy są zdania, że czas położyć kres wszelkim formom wyzysku, niesprawiedliwości i nierówności na świecie.

Zwolennicy interwencjonizmu już od kilkudziesięciu lat wskazują na sukcesy jakie odnieśli dzięki temu, że złamali wolny rynek. Ograniczenie czasu pracy, zakaz pracy dla dzieci, przymusowe ubezpieczenia i urlopy pracownicze, płace minimalne, czy wreszcie różnego rodzaju regulacje prawne, kodeksy pracownicze to chluba wszystkich postępowców. Prawie wszystkie podręczniki do historii jako wielki sukces i wielkie wydarzenie przedstawiają jeden z pierwszych dekretów władzy II Rzeczypospolitej. Rząd Jędrzeja Moraczewskiego wprowadził bowiem po raz pierwszy na terenach ówczesnej Polski tzw. nowoczesne ustawodawstwo socjalne. Ale czy aby na pewno działalność państwa, wtrącanie się w

relacje między pracownikiem a pracodawcą, regulowanie czasu naszej pracy, wysokości naszych zarobków lub określenia nam warunków w jakich mamy pracować jest rzeczywiście dobrodziejstwem państwa, a nie tylko kolejnym politycznym fałszem? Postaram się udowodnić, że celem państwa nie jest wcale zapewnienie nam zdrowia, dostatku i wszelkiej szczęśliwości, lecz jest to kolejny fałsz i kolejne naruszenie prawdziwego prawa każdego człowieka, które jest nie tyle prawem stanowionym, lecz prawem naturalnym. Tym prawem jest wolność każdego człowieka. Jak się ma nasza wolność do faktu, że nie możemy pracować np. tyle czasu ile chcemy? Ustawowe ograniczenie czasu pracy powoduje, że państwo narusza nasze kolejne prawo, czyli zabrania nam się do woli bogacić. Bo jest rzeczą oczywistą, że gdybyśmy dłużej pracowali, szybciej byśmy się wzbogacali. To tylko jeden z bardzo wielu przykładów na to, co tak naprawdę kryje się pod szeroko rozumianym prawem pracy.

„Dobrodziejstwa” socjalnego ustawodawstwa

My wolnorynkowcy stoimy na straży wolności i sprawiedliwości. Te wartości są dla nas najważniejsze i będziemy ich zawsze bronić. Socjaliści to z kolei ludzie, którzy wartości uznane przez nas za słuszne uważają za zło, powód biedy, chorób i nieszczęść ludzkich. Postanowili oni wziąć niejako sprawy w swoje ręce i zaprowadzić nowy, ich zdaniem lepszy porządek na świecie z nową wolnością i nowymi prawami. To oni i ich rządy tworzą wyżej już wymieniane instytucje. To oni tworzą ustawy, które mają przeciwdziałać biedzie, a w rzeczywistości ją pogłębiają. To oni w końcu tworzą kodeksy, prawa pracownicze, obowiązki pracodawców, normy pracy i jej warunki. Wszystko to po to, by – jak twierdzą – „wszystkim było lepiej”.

Ich ustawodawstwo już dawno temu osiągnęło szczyt absurdu i powoduje ironiczny śmiech tych wszystkich, którzy zdają sobie sprawę z tego jakie zło ich rządy wyrządzają społeczeństwom. Polska jest krajem, w którym interwencjonizm państwa zagościł na dobre. Wyraża się to w wielu aspektach życia codziennego. Skupmy się jednak na „dobrodziejstwach” jakimi państwo obsypuje wszystkich pracujących.

Wypadki śmiertelne podczas wykonywania różnych czynności w pracy są znane od dawna. Dziś, mimo że państwo dąży do ich eliminacji, nadal występują, a ich liczba wcale się nie zmniejsza. Wraz z upływem lat zobaczymy zresztą, że mimo coraz to nowych technologii, statystyki w tym zakresie wcale się nie poprawią. Państwo, które nakłada na firmy i ich właścicieli pewne obowiązki, które mają zapobiegać wszelkim wypadkom, w rzeczywistości jest ich sprawcą. Jeżeli bowiem na firmy nakładane są wysokie podatki, które hamują ich rozwój, skutkiem tego musi być ograniczenie inwestycji, czyli zakupu nowych, bezpieczniejszych technologii. Fabryki i zakłady produkują na starych maszynach, które mimo konserwacji niszczeją i psują się, czego skutkiem musi być zwiększenie ryzyka wypadku. Państwo natomiast

za zabrane pieniądze finansuje np. Państwową Inspekcję Pracy, która ma za zadanie sprawdzać, czy przedsiębiorstwa realizują politykę państwa w zakresie ochrony pracowników, warunków ich pracy, płacy i wypoczynku. Utrzymanie rzeszy kontrolerów, urzędników i innych ludzi mających chronić miejsca pracy w rzeczywistości działają w odwrotnym kierunku. Wedle statystyk przyczynami wypadków są najczęściej: stare technologie, zła organizacja pracy oraz zła sytuacja ekonomiczna przedsiębiorstw. Ale wszystkie wyżej wymienione powody nie są w rzeczywistości przyczynami, lecz skutkami działalności i ingerencji państwa w działalność firm. Już wyjaśniałem dlaczego przeważają stare technologie, a nie nowsze, które z reguły są bezpieczniejsze, bardziej wydajne i bardziej przyjazne środowisku

naturalnemu. Zła organizacja pracy jest z kolei skutkiem tego, że to państwo ustala normy, przepisy BHP itp. Mimo, że w wielu przypadkach państwo nie zna realiów danej gałęzi przemysłu to uważa, że tworzone przez nią prawa są absolutem i sprawdzą się w każdych warunkach. Jak pokazują statystyki tak nie jest. Skutkiem wysokich podatków musi być z kolei zła sytuacja ekonomiczna firm. A skutkiem zubożenia firm jest bieda, a w najgorszym razie likwidacja zakładu pracy, czyli dalszy wzrost bezrobocia. Kolejnymi przyczynami wypadkowości według statystyk są: sytuacja ekonomiczna państwa, mentalność pracowników i pracodawców oraz zła sytuacja na rynku pracy.

Mentalność pracowników jest rzeczywiście powodem wypadków, ale ona również jest skutkiem ingerencji państwa. Wytłumaczę to na przykładzie. Na drogach podczas bardzo dużej mgły ilość wypadków jest relatywnie mniejsza niż podczas normalnego dnia i dobrej pogody. Z czego to wynika? Powodem tego, że podczas złych warunków atmosferycznych dochodzi do mniejszej ilości wypadków jest natura człowieka. Naturalnym odruchem człowieka w czasie złych warunków jest większa ostrożność, skupienie i uwaga. Analogicznie jest więc podczas wykonywania prac służbowych. Kiedy pracownik ma świadomość, że chronią go przepisy BHP i normy ustawodawstwa pracy, o których słyszał na szkoleniach,

czuje się tak bezpieczny, że przestaje myśleć o tym, co robi. Nieuwaga, a podświadomie, pewność bezpieczeństwa, są zgubne i przyczyniają się do wzrostu wypadkowości. Czyli to państwo, które wmawia pracownikom, że dba o ich bezpieczeństwo, warunki i otoczenie jest odpowiedzialne za taką mentalność. Pośrednio więc odpowiada za tę przyczynę wypadków. Gdyby nic nie robiło lub mówiło jedynie, żeby wszyscy uważali, gdyż utrata ręki lub trwałe kalectwo jest skutkiem nieuwagi, zaś o zasiłku od państwa nie ma co marzyć, odpowiedzialność i skupienie pracowników byłoby większe. A tak, mając świadomość opieki państwa, pracownicy myślą o niebieskich migdałach, a nie o wykonywanej pracy.

Kontrolerzy

Oficjalnymi skutkami niebezpiecznych warunków pracy są choroby zawodowe, niepełnosprawność, koszty finansowe dla budżetu, ubożenie i wzrost konfliktów społecznych. I to ma być powodem, dla którego państwo nadaje sobie prawo do ingerencji w relacje między dwiema stronami umowy, czyli pracodawcą a pracobiorcą! Państwo ma prawo do zobowiązania kapitalistów, którzy są pracodawcami, aby zapewnili swym pracownikom takie warunki i takie przywileje, jakie uznają za odpowiednie. Ponieważ zwolennicy interwencjonizmu nie mają zaufania do ludzkiej natury i jej podświadomego działania na swoją korzyść, myślą za nas i tworzą takie przepisy, które mają powodować, że będzie nam się pracować, odpoczywać i w ogóle – żyć lepiej niż w warunkach bez interwencji.

Jedną z takich instytucji, które mają prowadzić ku lepszemu jest Państwowa Inspekcja Pracy. Wybrałem ją spośród wielu podobnych instytucji gdyż uznałem, że jest warte zapoznanie Czytelników Strony Prokapitalistycznej ze sposobem jej działania i uprawnieniami jakie posiada. Znowelizowana ustawa o jej działalności weszła w życie pod koniec sierpnia 2001 roku. Pozwala ona PIP-owi m.in. na:

– wizytowanie bez uprzedzenia wszystkich zakładów pracy,
– kontrolowanie warunków pracy, sprawdzanie przestrzegania przepisów BHP i kodeksu pracy,
– przesłuchiwanie pracowników w celu otrzymania informacji o łamaniu praw pracowniczych przez przedsiębiorców,
– nakaz usunięcia stwierdzonych uchybień w ustalonym terminie pod groźbą zamknięcia zakładu,
– zgłoszenie sprzeciwu wobec uruchomienia produkcji w nowym zakładzie.

Inspekcja kontroluje ponadto, czy w firmie przestrzegany jest czas pracy, regulamin pracy, przepisy BHP, czy funkcjonują wymagane zabezpieczenia techniczne, czy noszona jest odzież ochronna etc., etc. Każdy pracownik ma prawo donieść na swoje miejsce pracy do PIP-u i oczekiwać kontroli. PIP ma też prawo nakładać mandaty do 5 tysięcy złotych za nieprzestrzeganie ustaw, norm lub dyrektyw. Natomiast w każdym z 16 okręgowych inspektoratów pracownicy mogą uzyskać bezpłatne porady na temat swoich praw i obowiązków wynikających z kodeksu pracy.

Działalność i zakres swobody jaką dysponuje PIP przypomina bardziej milicję obywatelską, a nie instytucję, która ma zapobiegać wypadkom i przyczyniać się do podniesienia efektywności pracy. Jako ciekawostkę podam Państwu liczbę skontrolowanych w 2000 roku przez PIP zakładów pracy. Otóż PIP przeprowadził wówczas ponad 85 tysięcy kontroli w ponad 67 tysiącach firm. Inspektorzy zaś wydali ponad pół miliona decyzji administracyjnych. Ileż to ludzi musi być zatrudnionych, aby tego wszystkiego dokonać w ciągu zaledwie 365 dni? A skutki i tak są mizerne gdyż przepisy tworzone przez państwo i ich egzekucja chociażby przez PIP, który jest notabene jedną z bardzo wielu instytucji zajmujących się kontrolą warunków pracy, wcale nie prowadzą do polepszenia się tych warunków i zmniejszenia ilości wypadków. Państwo, które twierdzi, że zapobiega wypadkom pracowniczym i poprzez drogie ustawy i dziesiątki tysięcy zatrudnionych na koszt podatnika prowadzi do polepszenia bytu swych obywateli, po prostu kłamie.

Nadzieja w przedsiębiorczości

Rządzący państwami Europy twierdzą, że gdyby nie ustawodawstwo pracy, ludzie dalej żyliby w nędzy, pracowali po kilkanaście godzin w nędznych warunkach, panowałby chaos, bieda i wyzysk. Teza ta powinna wobec tego świadczyć o tym, że np. Ojcowie-Założyciele Stanów Zjednoczonych Ameryki byli bezwzględnymi, mało wrażliwymi społecznie ludźmi, których można by porównać chyba tylko z równie „bezwzględnymi” – jak twierdzą socjaliści – XIX-wiecznymi kapitalistami. Prawda jest jednak zupełnie inna. To nie ustawodawstwo pracy uchwalone przez rząd, zakaz pracy dzieci, czy płaca minimalna przyczyniły się do polepszenia poziomu życia wszystkich obywateli. To rozwój nieskrępowanej przedsiębiorczości, który spowodował ogromny krok naprzód całej cywilizacji, jest jedną z przyczyn tego, że kobiety i dzieci nie muszą spędzać w fabrykach większości życia. I ten rozwój odbył się bez udziału i pomocy państwa. Stał on się naturalną koleją rzeczy skoku cywilizacyjnego, który dokonał się dzięki industrializacji i Wolnemu Rynkowi. Drugą przyczyną takiego ogromnego postępu gospodarczego był właśnie brak tych ustaw o pracy, które w zdecydowanej większości zresztą są karykaturalne i bardziej nadają się do kabaretu niż do kodeksów. Taka np. definicja drabiny, sposób jej użycia i pożądany wygląd (w dyrektywie Komisji Europejskiej z 2000 roku jest nawet podane, iż zalecana jest parzysta ilość stopni!!! ) jest idiotyzmem, nie zaś sposobem na ograniczenie wypadkowości.

Coraz większe zaangażowanie państwa w ustawodawstwo socjalne, prawa pracownicze, kodeksy pracy są więc w rzeczywistości krokiem wstecz, a nie przyczyną lepszych warunków pracy i życia. Dobrobyt i zamożność obywateli nie pochodzi z ustaw pracowniczych i ze stanowienia minimalnych wynagrodzeń, lecz z pracy. Gdy państwo przeszkadza w pracy poprzez kontrole, czy kodeksy, konsekwencją tego musi być obniżenie poziomu życia obywateli.

Pozostaje pytanie, czy ci, którzy podejmują tego typu interwencje działają nieświadomie, czy też świadomie łamią prawa rynku. Może gdyby zamiast Karola Marksa, Fryderyka Engelsa, Johna Galbraitha, czy Gunnara Myrdala czytali podręczniki klasycznej szkoły ekonomii wiedzieliby czym kończy się interwencja i pośrednictwo między dwoma podmiotami ekonomii.

Laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, prof. Milton Friedman wskazuje prawdziwą przyczynę zmniejszenia się wypadków i poprawy warunków pracowniczych: „Gdy związki [ zawodowe- przyp. PTP] uzyskują dla swych członków wyższe płace dzięki ograniczeniu dostępu do danego zawodu, odbywa się to kosztem innych pracowników. Gdy władze państwowe płacą swym pracownikom wyższe płace i to samo każą robić prywatnym firmom, odbywa się to kosztem podatnika i konsumenta. Lecz gdy pracownicy otrzymują wyższe płace i lepsze warunki jej wykonywania dzięki wolnemu rynkowi, gdy dostają podwyżki dzięki firmom konkurującym między sobą o najlepsze stanowiska pracy, nie odbywa się to niczyim kosztem. Może to być osiągnięte dzięki większej wydajności, większym inwestycjom, szerzej rozprzestrzeniającym się kwalifikacjom. Cały bochenek staje się większy. Więcej jest dla pracownika, ale więcej jest także dla pracodawcy, inwestora, konsumenta, a nawet urzędu podatkowego. Jest to sposób, przy pomocy którego wolny rynek dzieli owoce postępu technicznego między wszystkich. Jest to sekret olbrzymiej poprawy warunków pracy na przestrzeni ubiegłych dwóch stuleci”.

Fałszywi prorocy …

Na koniec warto jeszcze poruszyć jeden z aspektów polityki dotyczącej rynku pracy – mianowicie działalności związków zawodowych. Wbrew dość często powtarzanej opinii nie działają one wcale na korzyść zatrudnionych, lecz przeciw wszystkim konsumentom. Czyli nawet przeciw samym związkowcom! Oni też po wyjściu z pracy są konsumentami. Konsumentem jest każdy z nas niezależnie od wysokości zarobku i rodzaju wykonywanej pracy. Dlatego zwolennicy Wolnego Rynku uważają, że ważniejszym ogniwem gospodarki są konsumenci, aniżeli pracownicy i ich rzekome prawa do czegokolwiek.

Zwolennicy silnej pozycji związków zawodowych argumentują potrzebę ich istnienia obroną praw pracowniczych, ochroną przed masowymi zwolnieniami oraz wywalczaniem większej części z zysku przedsiębiorstw dla pracowników. Ten ostatni argument jest wyjątkowo bałamutny. Jeżeli bowiem pensja pracownicza rośnie w jakikolwiek inny sposób aniżeli dzięki wzrostowi wydajności pracy, musi się to negatywnie odbić np. na cenie produkowanego towaru. Spowoduje to obniżenie popytu na dane dobro, którego cena rośnie, a w rezultacie będzie prowadzić do ograniczenia produkcji i być może nawet zwolnień pracowniczych. Wychodzi więc na to, że silna pozycja związku zawodowego nie gwarantuje niczego, poza zakłóceniem reguł gry rynkowej. A każde zachwianie równowagi rynkowej musi prowadzić do takiego stanu w jakim znajduje się obecnie m.in. polska gospodarka.

* * *
Interwencjonizm państwa w warunki pracy rodzi te wszystkie skutki, o których napisałem wyżej. Jest ich o wiele więcej, ale brak miejsca by je tu opisać. Poza tym Czytelnik może się zniechęcić wnikliwą analizą rezultatów wtrącania się państwa ze swoimi zbawczymi pomysłami i prawami w stosunki i relacje między stronami zawierającymi umowę o pracę. Jedno jest jednak pewne i nie podlega dyskusji. To nie dzięki państwu mamy mniejszy wyzysk niż 200, czy 100 lat temu i to nie państwo gwarantuje nam lepszą stopę życia. Praca i wzrost jej wydajności jest powodem dla którego nie musimy spędzać w pracy 18 godzin na dobę tylko 8. I pamiętajmy o tym dobrodziejstwie Wolnego Rynku, gdy po raz kolejny usłyszymy lub przeczytamy, jak to państwo dba o nasz odpoczynek i naszą bezpieczną świetlaną przyszłość.

Powyższy był tekst pierwotnie opublikowany na Stronie Prokapitalistycznej. Data dodania na starej stronie PAFERE: 2009-02-01 00:00:11

Poprzedni artykułPertkiewicz: Rosyjski tygrys pnie się w górę
Następny artykułPertkiewicz: Fundusz dobry na wszystko…
Paweł Toboła-Pertkiewicz - libertarianin, były prezes PAFERE, autor wielu artykułów, przedsiębiorca oraza właścicel księgarni Multibook.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj