ABC gospodarki rynkowej

Wszyscy członkowie społeczeństwa zapewniają sobie byt poprzez wymienianie się usługami. Dzięki tej specjalizacji produkcja wzrasta w stopniu większym niż proporcjonalnie do liczby mieszkańców, a przy tym staje się ona efektywniejsza i bardziej zaawansowana technologicznie. Właśnie tak rozwija się ogromny system dobrowolnej, produktywnej współpracy i wymiany

Foto. pixabay.com
PAFERE WIDEO

Istnieją tylko dwa sposoby organizacji życia gospodarczego. Pierwszy opiera się na swobodzie dokonywania wyborów przez rodziny i jednostki oraz na dobrowolnej współpracy. Jest to system znany jako wolny rynek. Drugi z kolei opiera się na rozkazach dyktatora i znany jest jako gospodarka nakazowa. W swojej skrajnej formie, kiedy to państwo przejmuje całkowitą kontrolę nad środkami produkcji, nosi miano socjalizmu lub komunizmu. Życie gospodarcze musi zasadniczo toczyć się w ramach jednego z owych systemów.

Oczywiście możliwa jest również ich hybryda, z czym obecnie mamy niestety do czynienia w większości krajów. Jest ona jednak czymś niestabilnym. Jeśli bowiem polega na połączeniu gospodarki wolnej z elementami nakazowej, to sfera interwencjonizmu będzie miała tendencję do nieustannego rozrastania się.

Należy podkreślić przy tym jedną rzecz. Otóż termin „wolny” rynek nie oznacza, i nigdy nie oznaczał, że każdy może robić to, co zechce. Ludzkość od niepamiętnych czasów kierowała się pisaną bądź niepisaną zasadą praworządności. W systemie wolnorynkowym, podobnie jak w każdym innym, obowiązują prawa zabraniające mordowania, nękania, kradzieży, oczerniania i innych form umyślnego krzywdzenia bliźnich. Inaczej wolny wybór i swobody obywatelskie byłyby niemożliwością. Niemniej system gospodarczy musi mieć co do zasady charakter wolny lub nakazowy.

Od momentu pojawienia się i upowszechnienia marksizmu większość osób publicznie wypowiadających się na tematy ekonomiczne przejawia swoiste zdezorientowanie. Niedawno pewien wybitny człowiek potępił systemy gospodarcze, które działają „wyłącznie na bazie sił rynkowych”, a ich kołem napędowym nie są „potrzeby ogółu, lecz dążenie do zysku przez niewielką grupę”. Człowiek ten ostrzega, że taki system może „jeszcze bardziej zagrozić światowej podaży żywności”.

Chociaż szczerość zatroskania tej osoby nie ulega wątpliwości, to jej uwagi pokazują, jak zdradliwe jest myślenie o ekonomii wyłącznie w kategoriach frazesów. „Motyw zysku” kojarzy nam się bowiem z egoistycznym, wąskim dążeniem niewielkiej grupy bogaczy, którzy odnoszą korzyści kosztem innych. W rzeczywistości jednak motywem zysku kieruje się każdy z nas – i to w sposób nieunikniony. Poprawa poziomu życia naszego i naszych rodzin jest powszechną ludzką dążnością, gdyż wynika z instynktu przetrwania. Przejawia się ona chociażby w osobie ojca, który nie tylko stara się zapewnić wyżywienie i schronienie samemu sobie, lecz także swojej żonie i dzieciom – w miarę możliwości dąży on do stałej poprawy warunków ekonomicznych całej rodziny. Motyw ten wpisany jest w każdą produktywną działalność.

Dobrowolna współpraca

Motyw zysku często określa się jako „egoistyczny” – po części słusznie. Trudno jednak wyobrazić sobie, by ludzkość (lub jakikolwiek inny gatunek) mogła przetrwać bez chociażby odrobiny egoizmu. Wszak to jednostka musi wpierw zapewnić przetrwanie sobie, aby następnie przetrwać mógł gatunek jako ogół. Jednakże dążenie do zysku samo w sobie rzadko bywa nacechowane wyłącznie egoizmem.

W prymitywnych społecznościach podstawową „komórką” społeczną nie jest jednostka, lecz rodzina bądź nawet cały ród. Podział pracy zaczyna się już na poziomie rodziny. Ojciec poluje lub zbiera żniwa, matka gotuje i opiekuje się dziećmi, które z kolei zbierają drewno na opał itd. W obrębie klanu, tudzież szerszej grupy, podział pracy i specjalizacja są jeszcze bardziej rozdrobnione. Realizowane są bowiem przez rolników, stolarzy, hydraulików, architektów, krawców, fryzjerów, lekarzy, prawników, duchownych i tak ad infinitum. Wszyscy członkowie społeczeństwa zapewniają sobie byt poprzez wymienianie się usługami. Dzięki tej specjalizacji produkcja wzrasta w stopniu większym niż proporcjonalnie do liczby mieszkańców, a przy tym staje się ona efektywniejsza i bardziej zaawansowana technologicznie. Właśnie tak rozwija się ogromny system dobrowolnej, produktywnej współpracy i wymiany.

Każdy z nas ma (ujętą w pewne ramy) swobodę wyboru zawodu, w którym będzie się specjalizował. W swoim wyborze zaś poszczególni ludzie kierują się względnymi korzyściami płynącymi z takiej a nie innej pracy, poziomem trudności jej wykonywania, związaną z nią przyjemnością bądź przykrością, a także szczególnymi uzdolnieniami i umiejętnościami, których opanowania wymaga. Nasze wynagrodzenie zaś zależy od tego, jak wysoko nasze usługi cenią inni ludzie.

Gospodarka wolnorynkowa

Opisany wyżej rozległy system współpracy określa się mianem gospodarki rynkowej. Nie jest on owocem czyjegokolwiek świadomego planowania, lecz wynikiem naturalnej ewolucji. Nie jest to system doskonały, tzn. nie prowadzi do stanu możliwie najbardziej zbalansowanej produkcji czy dystrybucji nagród i kar proporcjonalnie do naszych zasług ekonomicznych. Tego jednak nie da się osiągnąć w żadnym „systemie” gospodarczym. Los każdego z nas zawsze podlega wpływom pozytywnych i negatywnych oddziaływań natury w postaci np. nadmiernych opadów, trzęsień ziemi, trąb powietrznych, huraganów itp. Powódź lub susza może zniszczyć połowę upraw, co z jednej strony przyniesienie ogromne szkody rolnikom dotkniętym żywiołem, a z drugiej być może pozwoli pozostałym podnieść ceny sowich produktów i osiągnąć dodatkowe zyski. Jakikolwiek system stworzony przez człowieka zawsze będzie nosił piętno ludzkiej niedoskonałości – ignorancji, niekompetencji, pecha, nieudolnego przewidywania przyszłości czy ograniczonej wiedzy, które częściowo cechują każdego z nas.

Niemniej jednak funkcjonowanie gospodarki rynkowej, z jej wzlotami i upadkami, charakteryzuje tendencja do autokorekty. Nadprodukcja samochodów lub mieszkań w jednym roku doprowadzi do zmniejszenia ich podaży w następnym. Niedobór kukurydzy lub pszenicy spowoduje, że w przyszłym roku rolnicy zasieją ich więcej. Zanim jeszcze pojawiły się rządowe statystki, producenci kierowali się w swoich działaniach względnymi cenami i zyskami. Nieustanna poprawa efektywności produkcji wynika z faktu, że producentów mniej skutecznych zastępują skuteczniejsi, którzy dostrzegają potencjał do rozszerzenia własnej działalności.

Osoby rozumiejące zalety tego systemu nazywają go gospodarką rynkową lub wolną przedsiębiorczością. Ci natomiast, którzy pragną jego obalenia określają go, od czasów publikacji Manifestu komunistycznego w 1848 r., mianem kapitalizmu. Termin ten miał być narzędziem dyskredytacji: miał on sugerować, że jest to system rozwinięty przez i przeznaczony wyłącznie dla „kapitalistów”, tj. obrzydliwie zamożnych bogaczy wykorzystujących swój kapitał do zniewalania i „wyzyskiwania” „robotników”.

Takie rozumowanie jest jednak całkowitym zniekształceniem rzeczywistości. Przedsiębiorca bowiem kładzie na szali swoje oszczędności w nadziei, że dane przedsięwzięcie okaże się zyskowne. Nie ma on żadnej gwarancji powodzenia. Aby zachęcić do swego projektu pracowników, musi zaoferować im odpowiednią płacę, tj. równą bądź wyższą niż oferują konkurencyjne przedsiębiorstwa. Tam natomiast, gdzie przedsiębiorcy odnoszą sukcesy, zauważalna jest również tendencja wzrostu płac. Tymczasem Marks wypowiadał się tak, jakby powodzenie każdego nowego przedsięwzięcia biznesowego było czymś całkowicie pewnym. Na tej też podstawie potępiał on przedsiębiorców za ich skłonność do podejmowania wysokiego ryzyka i śmiałość. Za rzecz pewną postrzegał on również zysk. Zakładał najwyraźniej, że bogactwa nie da się wypracować uczciwie poprzez umiejętne podjęcie ryzyka i że po prostu musi ono być dziedziczone. Marks całkowicie zignorował fakt, że nowo zakładane przedsiębiorstwa często upadają.

Manifest komunistyczny stanowił odezwę do „mas”, mającą pobudzić ich zawiść i nienawiść wobec bogatych. Wmawiał im, że ich jedynym wybawieniem jest „wywłaszczenie wyzyskiwaczy” oraz obalenie kapitalizmu w drodze gwałtownej rewolucji.

Marks uzasadniał tę koncepcję tezami, które uważał za nieuniknione wnioski płynące z teorii ekonomicznej Davida Ricardo. Ta jednak była błędna, a w rękach Marksa stała się wręcz zgubna. Ricardo stwierdził bowiem, że wszelka wartość ma swoje źródło w „pracy”. Mogłoby to być prawdą, o ile uwzględnilibyśmy pracę wykonaną przez wszystkich ludzi od zarania dziejów, która posłużyła do budowy domów, przystosowywania terenów pod zabudowę, układania dróg, orania, stawiania fabryk, tworzenia narzędzi i maszyn itd. Jednakże Marks rozumiał pod tym terminem wyłącznie obecną pracę i to tylko tą wykonywaną przez pracowników najemnych. Pominął więc zupełnie wkład narzędzi kapitałowych, szczęście i zdolności przewidywania inwestorów, umiejętności menedżerów oraz cały szereg innych czynników.

Błędy Marksa

Błędy zawarte w teorii Marksa zostały już niejednokrotnie obnażone przez wielu wybitnych myślicieli. Co więcej, absurdalność jego wniosków postawionych w Kapitale można wykazać nawet na podstawie dokładnej analizy danych dotyczących dochodów, płac i zysków, które dostępne były już w momencie publikacji owego dzieła.

W tamtych czasach uporządkowane, obszerne i „oficjalne” statystyki nie były jeszcze czymś powszechnym. Posłużmy się więc jednym z dostępnych dziś zbiorów danych: w latach 1969-78 amerykańskie spółki „niefinansowe” płaciły swoim pracownikom średnio 90,2 proc. i 9,8 proc. swoim udziałowcom z ogólnej sumy przeznaczonej do podziału między obie te grupy. Kwota wypłacana udziałowcom odnosi się do zysków po opodatkowaniu. Jednakże średnio tylko około połowę tej kwoty, tj. 4,1 proc., wypłacono w ciągu owych dziesięciu lat w formie dywidendy (dane te należy porównać z wynikami przeprowadzonych w tym samym czasie badań opinii publicznej, które pokazują, że zdaniem Amerykanów pracownicy spółek otrzymują jedynie 25 proc., a udziałowcy 75 proc., sumy przeznaczonej do podziału między te grupy).

Niestety zażarte diatryby Marksa i Engelsa doprowadziły do rewolucji roku 1917, rzezi dziesiątek tysięcy ludzi, podboju i zniewolenia przez Rosję większości krajów z nią sąsiadujących oraz produkcji broni nuklearnej zagrażającej życiu całej ludzkości.

Pod względem gospodarczym komunizm okazał się całkowitą katastrofą. Nie tylko nie polepszył poziomu życia mas, a wręcz drastycznie go obniżył. Przed rewolucją Rosja miała trudności ze znalezieniem zagranicznych rynków zbytu dla nadwyżek produkowanego przez siebie zboża. Obecnie zaś państwo to nie jest nawet w stanie zaimportować ilości żywności pozwalającej odpowiednio wykarmić jego obywateli.

Pomimo tego Manifest komunistyczny i inspirowana nim olbrzymia propaganda socjalistyczna wciąż wywierają znaczny wpływ na świat. Wielu z tych, którzy szczerze określają się jako „antykomuniści”, uważa, że najlepszym sposobem walki z komunizmem jest czynienie wobec niego ustępstw. Niektóre z tych osób akceptują socjalizm sam w sobie, oczywiście w wydaniu „pacyfistycznym”, jako jedyne lekarstwo na „nikczemności” kapitalizmu. Inni natomiast przyznają co prawda, że nie powinno się dążyć do socjalizmu w czystej formie, ale z drugiej strony ich zdaniem kapitalizm niesie ze sobą realne „zło”, jak np. brak „współczucia” czy „siatki bezpieczeństwa” dla biednych i poszkodowanych przez los oraz brak „sprawiedliwej” redystrybucji bogactwa – krótko mówiąc: nie zapewnia on „sprawiedliwości społecznej”.

Wszystkie te zarzuty opierają się na założeniu, że istnieje pewna klasa ludzi, obecnie rządzących lub potencjalnych kandydatów na ich stanowiska, którzy przy odpowiedniej woli naprawią wady kapitalizmu.

Właśnie do tego sprowadzają się obietnice naszych polityków wygłaszane od pięćdziesięciu lat.

Problem polega jednak na tym, że wszelkie ich próby naprawienia owego „zła” za pomocą legislacji systematycznie prowadzą do jeszcze gorszych rezultatów.

Kiedy coraz głośniejsze stają się narzekania na zbyt wysokie ceny, rząd uchwala prawo zabraniające ich podnoszenia. W rezultacie produkuje się coraz mniej dóbr lub rozwija się czarny rynek. Ostatecznie więc nowe prawo jest ignorowane bądź uchylane.

W odpowiedzi na głosy, że czynsze są zbyt wysokie, wprowadza się przepisy określające ich maksymalny poziom. Wskutek tego posunięcia buduje się mniej mieszkań, a starsze bloki stoją puste i niszczeją. Z czasem robi się wyjątki w przepisach dopuszczające wyższe czynsze, jednak niemal zawsze ustala się je poniżej stawek rynkowych. Prowadzi to do sytuacji, w której najemcy – rzekomo chronieni przez politykę kontroli czynszów – cierpią jako ogół bardziej niż właściciele nieruchomości, ponieważ muszą funkcjonować w warunkach chronicznego niedoboru mieszkań.

Jeżeli twierdzi się, że płace są zbyt niskie, rządzący natychmiast wprowadzają płacę minimalną. To sprawia, że ludzie młodzi, zwłaszcza z kręgów czarnej mniejszości, wypychani są z rynku pracy w objęcia pomocy społecznej. Ponadto prawo sprzyja umacnianiu się związków zawodowych i przymusza pracodawców do zawierania „umów zbiorowych”, czego owocem są zawyżone płace i trwale podniesiony poziom bezrobocia.

Aby zapewnić ludziom „siatkę bezpieczeństwa”, wprowadza się zasiłki dla bezrobotnych i programy pomocy społecznej, co zniechęca objętych nimi obywateli do poszukiwania nowej lub lepiej płatnej pracy. W dodatku wszelkie tego typu programy pomocowe z czasem coraz bardziej się rozrastają. Za tym idzie konieczność podniesienia podatków, z których są finansowane. Jednakże przychody państwa okazują się mniejsze, niż uprzednio zakładano, ponieważ podwyżka opodatkowania obniża zyski przedsiębiorstw i zwiększa ich straty, co ogranicza ich działalność produkcyjną. Rząd zwiększa więc swoje wydatki i dalej rozszerza systemy ochrony socjalnej, czemu towarzyszy coraz większy deficyt budżetowy. Ostatecznie zaś polityka ta prowadzi do inflacji, która jeszcze mocniej zniechęca obywateli do produktywnej działalności.

Najsmutniejsze jest jednak to, że cykl ten powtarza się w kolejnych krajach. Trudno jest dziś znaleźć kierujące się zasadą dobrobytu państwo niebędące jednocześnie bankrutem o stale słabnącej walucie. Nikt nie ma odwagi, by zasugerować całkowite zniesienie polityki pomocy socjalnej lub przynajmniej ograniczenie jej do względnie racjonalnego ekonomicznie poziomu. Zamiast tego wszędzie proponuje się dalsze „opodatkowanie bogatych” (który to plan dziwnym trafem zawsze obejmuje również klasę średnią) i rozdystrybuowanie bogactwa wśród reszty społeczeństwa.

Motyw zysku

Wróćmy teraz do początku naszych rozważań. Wspomniana przeze mnie wybitna osoba wyraźnie myli się w stwierdzeniu, że naszą gospodarką kieruje żądza zysku niewielkiej grupy, a nie potrzeby ogółu. Otóż motyw zysku to po prostu określenie powszechnej ludzkiej tendencji polegającej na chęci przetrwania oraz poprawy bytu swojego i swojej rodziny. Jednym z nas wychodzi to lepiej, a innym gorzej. Jednakże to właśnie owo dążenie do zysku przez ogół społeczeństwa powinno być naszą podporą w procesie zaspokajania wszelkich ludzkich potrzeb.

Powszechne niezrozumienie faktu, że aby jeden człowiek mógł się wzbogacić, musi on – niezależnie od swoich intencji – przyczynić się do wzbogacenia się innych, jest rzeczą dziwną. Kiedy jednostka podejmuje się inwestycji i otwiera udany biznes, to musi przecież zatrudniać coraz większą liczbę pracowników i, z racji zwiększonego popytu własnego, podnosić ich płace. Swoim klientom dostarcza ona nowe produkty o jakości lepszej niż dotychczasowa bądź porównywalnej, lecz tańsze, dzięki czemu mogą oni za zaoszczędzone pieniądze kupić inne potrzebne rzeczy. Jeśli zaś swoje zyski wykorzystuje wyłącznie do zwiększenia własnej konsumpcji, to tym samym przyczynia się pośrednio do zwiększenia zatrudnienia lub wzrostu płac w innych przedsiębiorstwach. Natomiast jeżeli reinwestuje je, aby poprawić produktywność swojego przedsięwzięcia, to w sposób już bezpośredni tworzy zapotrzebowanie na nowych pracowników i powiększa ilość dostępnych dóbr.

Radujmy się więc skuteczną realizacją motywu zysku przez naszych bliźnich. Oczywiście w życiu nie powinniśmy kierować się „wyłącznie bodźcami ekonomicznymi”. Na szczęście tylko niewielu tak postępuje. Pamiętajmy, że chociaż Amerykanie są jedną z najbogatszych nacji na świecie, to odznacza ich również największa hojność. Abyśmy jednak byli w stanie pomagać osobom gorzej sytuowanym, musimy najpierw wytworzyć pewną nadwyżkę, którą wypracowuje się wyłącznie poprzez zaspokajanie potrzeb własnych oraz innych ludzi. Kluczem zaś do powodzenia tego procesu jest dobrowolna wymiana.

Henry Hazlitt

Tłumaczenie: Dawid Świonder

Henry Hazlitt (1894-1993) był wybitnym dziennikarzem ekonomicznym, jego teksty ukazywały się na łamach m.in. The New York Times, The Wall Street Journal i Newsweeka. Przez wiele lat współpracował z Foundation for Economic Education oraz magazynem The Freeman. Autor klasycznej już Ekonomii w jednej lekcji oraz wielu innych książek poświęconych ekonomii i etyce. Tekst ukazał się pierwotnie 1 lutego 1985 r.

Poprzedni artykułIII RP ulgami stoi
Następny artykułO złudnym uroku państwa opiekuńczego – francuska retrospektywa
Henry Stuart Hazlitt (ur. 28 listopada 1894, zm. 8 lipca 1993) – amerykański dziennikarz, krytyk literacki, ekonomista, filozof; przedstawiciel austriackiej szkoły ekonomicznej; autor książki "Ekonomia w jednej lekcji".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj