Wolność działa: przykład Hongkongu

Hongkong powrócił do Chin w 1997 r. na podstawie zawartej między Wielką Brytanią i Chińską Republiką Ludową ugody gwarantującej, że przez co najmniej 50 lat Hongkong i Chiny będą stanowić „jeden kraj o dwóch systemach”. Sam powrót był nieunikniony, przy czym Chinom było na rękę zachowanie owego jedynego ośrodka kapitalizmu na ich terytorium

PAFERE WIDEO

Hongkong cieszy się imponującą reputacją z racji panującej tam wolności gospodarczej i klasyczno-liberalnych cnót. Jego przykładem posłużył się Milton Friedman w serii artykułów poświęconych temu, jak siła wolnego rynku, w połączeniu z ludzką pracą, przyczynia się do tworzenia dobrobytu. Zwracał on uwagę to, iż w latach 1960-96 dochód per capita w Hongkongu wzrósł z 28 proc. do 137 proc. dochodu per capita w Wielkiej Brytanii. Noblista stwierdził w 1998 r.: „Porównajmy Wielką Brytanię, kolebkę rewolucji przemysłowej, dziewiętnastowieczne supermocarstwo gospodarcze, nad którym nigdy nie zachodziło słońce, z Hongkongiem – przeludnionym cyplem bez jakichkolwiek zasobów poza doskonale ukształtowaną zatoką. Otóż w ciągu czterech dekad mieszkańcy owego przeludnionego skrawka lądu osiągnęli poziom dochodu o jedną trzecią wyższy niż ten w ich byłym kraju ojczystym”1.

Ocenę ekonomisty potwierdza fakt, że Hongkong regularnie plasuje się w ścisłej czołówce rankingów wolności gospodarczej takich jak Index of Economic Freedom publikowany przez Heritage Foundation i Economic Freedom of the World opracowywany przez Instytut Frasera. Przykładowo w roku 2008 Hongkong uzyskał wynik 90 proc. lub więcej w siedmiu z dziesięciu kategorii stanowiących miarę wolności gospodarczej. Szczególne wrażenie robi fakt, że jego najsłabszy wynik (kategoria „wolność od korupcji”, w której uplasował się na 13. miejscu spośród 180 państw uwzględnionych w rankingu Transparency International z 2006 r.) i tak jest dużo lepszy od tego, który uzyskały Stany Zjednoczone (5. miejsce pod względem wolności gospodarczej i 20. w kategorii „wolność od korupcji”).

CYTAT TYGODNIA

Jak to się stało, że w Hongkongu panuje taka wolność?

Otóż gdyby to zależało bezpośrednio od brytyjskich lub chińskich polityków, nigdy nie stałby się on taką potęgą gospodarczą, jaką jest dziś. Wielka Brytania nabyła wyspę Hongkong w 1842 r. (później zaś dalsze terytoria) na podstawie umowy między przedstawicielem brytyjskim, kapitanem Charlesem Elliotem, i chińskim negocjatorem, markizem Qishanem. Porozumienie to miało na celu ustalenie warunków zakończenia niewielkiej wojny na tle handlowym. (Jednym z nich była rekompensata za zajęcie przez Chińczyków brytyjskiego opium, ale sam spór miał szersze podłoże – ostatnie opracowania historyczne podważają zasadność tradycyjnego określenia konfliktu jako „wojny opiumowej”.)

Mimo wszystko zarówno dwór cesarski, jak i rząd brytyjski, nie były usatysfakcjonowane z zawartej umowy. Władze chińskie nie chciały oddawać Brytyjczykom żadnych terytoriów, a w dodatku niepokoiło je ewentualne uszczuplenie przychodów z ceł po utworzeniu portu pod brytyjskim zarządem. Chińczycy pogardzali brytyjskim umiłowaniem handlu. Z kolei rząd Wielkiej Brytanii uważał Hongkong za miejsce mało atrakcyjne – w porównaniu choćby z Formozą (tj. Tajwanem). Wskutek ograniczonych możliwości komunikacji w XIX w. oba państwa zmuszone były do oddelegowania swoich przedstawicieli tak, aby rozwiązali spór na miejscu. A było ono, jak ujął to Frank Welsh w swojej doskonałej pracy A History of Hong Kong, „źródłem zakłopotania i irytacji dla wszystkich, odkąd tylko zaistniało na międzynarodowej scenie politycznej”.

Początki

Pierwsze oceny przydatności Hongkongu były pesymistyczne. Lord Palmerston określił go jako „jałową wyspę, która nigdy nie będzie ośrodkiem handlu” – co z czasem okazało się jedną z najbardziej nietrafionych prognoz brytyjskich dyplomatów. Zdanie to podzielał skarbnik kolonii Robert Montgomery Martin, autor licznych prac poświęconych zamorskim dominiom Wielkiej Brytanii (wystarczy tu wymienić chociażby pięciotomową History of the British Colonies z 1840 r.), który w 1844 stwierdził: „skala działalności handlowej w Hongkongu jest niemal niezauważalna (…) Na wyspie nie ma prawie żadnych przedsiębiorstw (…) [a te, które tam działają] z chęcią odzyskałyby chociaż połowę sumy wydanej w kolonii i wyniosły się z tego miejsca (…) Nic nie wskazuje na to, by Hongkong kiedykolwiek i jakkolwiek stał się ośrodkiem handlu”.

Pewne ożywienie w tym względzie nastąpiło wraz z budową magazynów brytyjskich kupców. Polityka rządu Wielkiej Brytanii wobec nowo nabytej ziemi nie była jednak zorientowana na wspieranie wzrostu gospodarczego. Przeprowadzone w 1847 r. śledztwo parlamentarne dotyczące sytuacji gospodarczej w Hongkongu wykazało, że początkowo rząd brytyjski wprowadził tam reżim mający zagwarantować mu „jak największe przychody”, co przyczyniło się do zdławienia tamtejszej działalności komercyjnej. Stwierdzono też, że ograniczenia handlu narzucone przez pierwszą administrację brytyjską „wywarły niekorzystny wpływ na rozwój Hongkongu”.

W XIX w. terytorium Hongkongu rozrosło się dwukrotnie. Brytyjczycy nabyli półwysep Koulun, czyli obszar kontynentalny znajdujący się naprzeciwko wyspy Hongkong, za 500 taelów po konflikcie z Chinami w 1859 r. Natomiast w roku 1898 Wielka Brytania wydzierżawiła od Chińczyków na 99 lat Nowe Terytoria, część półwyspu oraz kilka wysp. Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku uzasadnieniem ekspansji była chęć ochrony zatoki przed ewentualnym ostrzałem z kontynentu. Fakt, że Brytyjczycy zgodzili się na ową dzierżawę – licząc na ostateczne przekształcenie jej w bardziej trwałe rozwiązanie – zamiast od razu zabiegać o pozyskanie pełnej kontroli, odegrał istotną rolę w powrocie owych terytoriów do Chińskiej Republiki Ludowej w 1997 r.

Działalność Wielkiej Brytanii w jej nowej kolonii ograniczała się właściwie do ustanowienia porządku publicznego i egzekwowania praworządności. Taka kolej rzeczy sprowadzała Hongkong do roli portu traktatowego, podobnego to tych, które mocarstwa europejskie ustanowiły na kontynencie mocą traktatu nankińskiego w latach 1842-43. Jedną z przyczyn względnie niewielkiego zaangażowania władz brytyjskich był ukształtowany przez wczesnych urzędników kolonialnych pogląd, iż miejscowa ludność jest niechętna lub nie docenia brytyjskiego prawodawstwa. Postawę tę potwierdza zeznanie komitetu parlamentarnego badającego zarządzanie kolonią przez pułkownika Johna Malcolma, doradcę gubernatora. Powiedział on brytyjskim parlamentarzystom, że „Chińczycy to naród szczególny, który nie lubi, gdy ktoś ingeruje w jego sprawy. Nie rozumieją nas i naszej kultury, a kiedy mówi im się, że najpierw mają zrobić jedno, a potem drugie – reagują lękiem i nie chcą się do nas zbliżać”. Niezależnie od tego, czy niechęć wobec arbitralnie sprawowanych rządów to cecha „szczególna” Chińczyków, postawa władz brytyjskich polegająca na niewydawaniu sprzecznych nakazów urzędniczych i pozostawianiu ludzi samych sobie – czyli polityka sprzyjająca rozwojowi handlu – pozwoliła kolonii czerpać korzyści z rządów prawa.

Naturalny ośrodek handlowy

Co takiego Wielka Brytania stworzyła w Hongkongu? Otóż połączenie idealnie położonej zatoki z ustrojem opartym na praworządności sprawiły, że stał się on naturalnym ośrodkiem kupieckim. Mimo to nie był on najlepszym miejscem do prowadzenia handlu w Chinach, gdyż na początku XX w. atrakcyjniejszy pod tym względem był Szanghaj. Wynikało to z wyższego poziomu wykształcenia jego mieszkańców, wygodniejszej lokalizacji, ochrony traktatowej ze strony Europejczyków, a także względnie niewielka ingerencja władz chińskich związana z osłabieniem pozycji dworu cesarskiego. To wszystko sprawiło, że w drugiej dekadzie XX w. Szanghaj stał się znacznie ważniejszym centrum handlu niż Hongkong. Innym czynnikiem był wybór Singapuru przez Wielką Brytanię na główne miejsce stacjonowania jej marynarki wojennej w regionie. W rezultacie Hongkong podupadał jako miejsce zacofane, znane głównie z prostytucji i hazardu, a nie prężnej gospodarki.

Jedną z rzeczy, których Wielka Brytania nie utworzyła w Hongkongu, był demokratyczny rząd. Ponieważ Brytyjczycy obawiali się wpływu większości chińskiej na miejscową administrację, uniemożliwili oni rozwój jakichkolwiek lokalnych instytucji demokratycznych – a więc inaczej niż w innych koloniach. Jak stwierdza Welsh, w rezultacie „Hongkongiem miała zarządzać równie autorytarna administracja jak w innych regionach Chin, jednak z tą różnicą, że w tym wypadku ostateczną władzą było prawo, a nie czyjś kaprys”.

Rząd centralny cesarstwa chińskiego rzadko kiedy patrzył przychylnie na ideę wolności gospodarczej, a wieki XIX i XX nie były pod tym względem wyjątkiem. Wraz z osłabieniem cesarstwa do głosu dochodzili miejscowi watażkowie, którzy ustanawiali rywalizujące ze sobą, aczkolwiek równie drapieżne wobec społeczeństwa, ośrodki władzy. Z kolei ekspansja ekonomiczna Europejczyków, Amerykanów i Japończyków skupiała się wyłącznie na zdobywaniu rynków zbytu dla własnych produktów i nie przełożyła się na rozwój wolności gospodarczej Chińczyków. Stabilność panująca w Hongkongu zaczęła jednak przyciągać coraz większe liczby imigrantów z innych części Chin. Liczba jego mieszkańców wzrosła z 600 tys. w 1920 r. do ponad miliona w 1938. Wraz z pogorszeniem się warunków w Chinach – w wyniku inwazji japońskiej, konfliktów między miejscowymi przywódcami oraz nacjonalistami z Kuomintangu i komunistami – liczba osób przybywających dziennie do Hongkongu wyniosła 5 tys. W marcu 1950 r. miasto liczyło 2,3 mln mieszkańców, co znacznie zwiększyło szeregi dostępnej siły roboczej oraz kapitału ludzkiego w postaci chińskich przedsiębiorców uciekających przed wojskami Mao. Zwycięstwo komunistów na kontynencie sprawiło ponadto, że swoją dotychczasową pozycję utracił również Szanghaj.

Odnajdując wolność w Hongkongu

Życie na obrzeżach komunistycznych Chin nie było łatwe. Embarga wprowadzone podczas wojny koreańskiej podważyły pozycję Hongkongu jako portu przeładunkowego, co zmusiło wielu tamtejszych kupców do zajęcia się wytwórstwem. Nieustanny napływ uchodźców z kontynentu okazał się znacznym obciążeniem dla infrastruktury kolonii. Wśród przybywających znajdowały się jednak osoby takie jak Jimmy Lai, które, nie mając grosza przy duszy, pragnęły jedynie zaznać w Hongkongu wolności.

Lai pracował w Szanghaju jako odźwierny na stacji kolejowej. To właśnie tam otrzymał od pewnego podróżnego swoją pierwszą w życiu tabliczkę czekolady. Wygłodniały, zjadł ją natychmiast i pobiegł za nieznajomym, aby zapytać go, skąd pochodzi to cudowne jedzenie. Odpowiedź brzmiała: „z Hongkongu”. Od tamtej pory jego celem było dostać się do miejsca, gdzie znajdują się takie wspaniałości. Lai przekonał matkę, aby pozwoliła mu uciec, po czym przeszmuglowano go z Chin pod pokładem łodzi rybackiej. Wylądowawszy w Hongkongu, jeszcze tej samej nocy podjął pracę w fabryce odzieżowej. Dziś Lai jest miliarderem, właścicielem największych spółek medialnych w Azji. Oczywiście kluczową rolę w jego sukcesie odegrały upór i zdolności przedsiębiorcze. (Lai opowiada swoją wzruszającą historię w filmie dokumentalnym The Call of the Entrepreneur zrealizowanym przez Acton Institute.) Jednakże to właśnie panująca w Hongkongu wolność umożliwiła mu wykorzystanie swoich talentów w praktyce. Miała ona wiele form, jak chociażby brak ograniczeń co do posługiwania się walutami – co wynikało z oddziaływania prawa Zjednoczonego Królestwa i innych części Europy – czy znikoma ilość regulacji dotyczących działalności gospodarczej. W rezultacie Hongkong zaczął rozkwitać.

Jak to możliwe? Ostatni brytyjski gubernator owej kolonii, Christopher Patten, napisał w swoim pamiętniku East and West, że uchodźcy uciekający przed komunizmem do Hongkongu

przybywali do jedynego wolnego miasta Chin. Było ono (jak ujął to chiński dziennikarz Tsang Ki-fan) „jedyną chińską społecznością, która przez krótkie stulecie doświadczyła ideału nigdy niezrealizowanego w dziejach Chin, tj. okresu, gdy nikt nie musiał obawiać się, że wywloką go z domu w środku nocy”. Władzę w Hongkongu sprawował bowiem rzetelny rząd, kierujący się zasadą wolnego rynku i praworządności. Realizował on w pełni konfucjański cel: „Spraw, by miejscowi byli szczęśliwi i zachęć obcych, by przybywali z daleka”.

Leseferystyczną postawę rządu Hongkongu w kwestiach gospodarczych utrwalił Sir John Cowperthwaite, sekretarz ds. finansów kolonii w latach 1961-71. Welsh określał go mianem „ekonomisty politycznego w tradycji Gladstone’a lub Johna Stuarta Milla” oraz widział w nim uosobienie „pierwotnych zwolenników wolnego handlu ze szkoły manchesterskiej”. Cowperthwaite miał niemal całkowitą kontrolę nad finansami rządu Hongkongu i wykorzystywał ten fakt do wdrażania polityki „pozytywnej nieinterwencji”. Według Miltona Friedmana to właśnie jemu w głównej mierze Hongkong zawdzięcza swój sukces. Ekonomista zwracał przy tym uwagę, że Cowperthwaite zakazywał gromadzenia większości danych statystycznych dotyczących gospodarki, ponieważ uważał, że „jeśli im na to pozwolę, będą chcieli wykorzystać te statystyki jako pretekst dla polityki planistycznej”. Jimmy Lai postawił brązowe popiersie Cowperthwaite’a przy wejściu do siedziby swojej firmy (obok podobizn Friedmana i F.A. Hayeka).

Cowperthwaite w pełni zasługuje na to uznanie. Podczas dziesięciu lat jego urzędowania płace realne wzrosły o 50 proc., a odsetek mieszkańców żyjących w skrajnej nędzy spadł z 50 do 15 proc. Szczególnie niezwykły jest przy tym fakt, że Hongkong, nie dysponując żadnymi surowcami, osiągnął to wyłącznie za sprawą swoich mieszkańców. Kolonia ta nie posiadała bowiem ziem uprawnych i surowców naturalnych, a ponadto jej społeczeństwo cechował raczej niski poziom wykształcenia. Wielu uważało, że w związku z tym przybywający w latach 50. do Hongkongu uchodźcy będą wyłącznie obciążeniem dla państwa.

Jak się jednak okazało, transformacja Hongkongu nastąpiła w momencie, kiedy to w Europie dominowali socjaldemokraci, a w Stanach Zjednoczonych panowało przekonanie co do słuszności programu „wielkie społeczeństwo” Lyndona Johnsona. Był to więc okres powszechnego na Zachodzie konsensusu elit politycznych, które uważały, że państwo opiekuńcze i interwencjonizm ekonomiczny to jedyny sensowny kierunek zaawansowanych społeczeństw. Nawet w krajach rozwijających się szeroko akceptowano politykę interwencjonizmu, np. w formie industrializacji jako substytutu importu, w ramach której stosowano wysokie zapory celne w celu ochrony krajowego przemysłu. Tymczasem maleńki Hongkong przyjął i kontynuował politykę wolnego rynku i wolnego handlu wbrew poglądom głoszonym przez rząd brytyjski oraz analityków i ekonomistów z całego świata. Co więcej, czynił to w cieniu potężnej komunistycznej dyktatury realizującej samobójcze programy, jak wielki skok naprzód i rewolucja kulturalna.

Libertariański raj?

Mimo że w Hongkongu panuje większa wolność niż w innych krajach, nigdy nie był on libertariańskim rajem. Na tamtejszym rynku mieszkaniowym główną rolę odgrywają projekty dotowane przez rząd, a odsetek osób korzystających z nich wynosił w pewnym momencie nawet 60 proc. Podobnie jest w przypadku rynku ziemi: rząd nieustannie ingeruje weń tak, aby zagwarantować sobie jak największe przychody; to prowadzi do niedoborów mieszkań, którym następnie próbuje się zaradzić za pomocą państwowych „rozwiązań”. Również opieka zdrowotna od dawna ma charakter publiczny. W dodatku, jak twierdzi były gubernator Patten, Hongkong borykał się z dużą skalą korupcji – nawet za czasów Cowperthwaite’a – czego szczególną oznaką była skrajna przekupność policji w latach 60. i 70.

Do tego dochodzi jeszcze trwały „deficyt demokracji”. Hongkong zdołał uniknąć fali demokratyzacji, która przeszła przez szybko kurczące się imperium brytyjskie po II wojnie światowej. Stało się tak, ponieważ – jak wyjaśnił to pewien brytyjski urzędnik w wywiadzie radiowym w roku 1968 – „elektorat brytyjski ma gdzieś Hongkong”. W rzeczy samej Wielka Brytania nie była ani trochę zainteresowana rozszerzeniem rządu przedstawicielskiego w kolonii, aż do momentu, w którym okazało się, że Hongkong „powróci” do Chin w 1997 r. wraz z wygaśnięciem dzierżawy Nowych Terytoriów.

W pewnym sensie ten deficyt demokracji przysłużył się Hongkongowi, ponieważ ludzie jak Cowperthwaite i Patten, w oparciu o swoje klasyczno-liberalne przekonania, nie prowadzili polityki z myślą o ewentualnym poparciu społecznym (jak to się działo w Wielkiej Brytanii). Z drugiej jednak strony brak rządu przedstawicielskiego umożliwił władzom Wielkiej Brytanii niegodne traktowanie Hongkończyków: tym, którzy posiadali brytyjski paszport odmówiono prawa pobytu w Wielkiej Brytanii – z obawy przed zalewem uchodźców uciekających przed chińskim reżimem. (Reszta Europy bynajmniej nie zachowała się w tej sprawie lepiej.)

Jeden kraj, dwa systemy”

Hongkong powrócił do Chin w 1997 r. na podstawie zawartej między Wielką Brytanią i Chińską Republiką Ludową ugody gwarantującej, że przez co najmniej 50 lat Hongkong i Chiny będą stanowić „jeden kraj o dwóch systemach”. (Pod względem formalnym Hongkong i dawna kolonia portugalska Makau mają status „specjalnej strefy administracyjnej” Chin.) Sam powrót był nieunikniony, przy czym Chinom było na rękę zachowanie owego jedynego ośrodka kapitalizmu na ich terytorium. Zarówno wyspa Hongkong, jak i półwysep Koulun są uzależnione od Nowych Terytoriów, skąd pozyskują większość wody pitnej. Niestety w latach 90. brytyjscy wyborcy również wykazali się obojętnością wobec Hongkongu. Chiny natomiast były bardzo chętne przygarnąć kurę znoszącą złote jaja, szczególnie że już od dawna wykorzystywały Hongkong – który w każdej chwili mogły tak naprawdę zająć siłą – jako bramę dostępu do rynków zagranicznych i źródeł kapitału. Niekiedy nawet 80 proc. dochodów zagranicznych Chin napływało właśnie przez Hongkong. Chciały one również zademonstrować Tajwanowi, że możliwe jest pokojowe zjednoczenie.

Największym zagrożeniem było to, że chińscy rządzący nie zrozumieją tego, co Patten w swojej książce nazwał „relacją między oprzyrządowaniem, czyli kapitalistyczną gospodarką, i jego oprogramowaniem, tj. pluralistycznym społeczeństwem – ponieważ to właśnie ono było tym czynnikiem, który umożliwił tak sprawne działanie gospodarki”. Jak dotąd nowe władze Hongkongu nad wyraz sprawnie kontynuowały bezproblemowe funkcjonowanie zarówno oprzyrządowania, jak i jego oprogramowania. Kwestia tego, czy układ ten będzie trwały w dłuższej perspektywie, pozostaje otwarta.Chiński cesarz Tao-kuang skomentował swoje pierwsze zetknięcie się z Brytyjczykami w następujący sposób: „barbarzyńcom tym brakuje jakichkolwiek wyższych celów, które rozbudziłyby w nich chęć pozyskiwania terytoriów; dla nich zawsze najważniejszy jest handel”. Frank Welsh kończy swoją pracę stwierdzeniem, że przypadek Hongkongu „potwierdza słowa cesarza”. Sukces Hongkongu nie jest wyłącznie dziełem Brytyjczyków, lecz jego mieszkańców – od robotników w fabrykach po przedsiębiorców – którzy przekształcili go z jałowej krainy w prężnie działający ośrodek gospodarczy. Dokonali tego, ponieważ tamtejszy rząd co do zasady pozostawił ich samych sobie. Hongkong nie jest jednak miejscem doskonałym i z pewnością nie jest spełnieniem libertariańskich snów. Niemniej stanowi on dramatyczny przykład tego, jak wysoko może wznieść się społeczeństwo dzięki swojej pomysłowości i zdolnościom przedsiębiorczym.

Dlaczego wolność w Hongkongu okazała się tak trwała? Częściowo dlatego, że miał on szczęście do osób sprawujących władzę – byli to bowiem ludzie rozumiejący, iż ich rola powinna być jak najbardziej ograniczona. Chociaż nigdy nie wpisał się całkowicie w ideał klasycznego liberalizmu, nawet za rządów Cowperthwaite’a, to i tak był mu bliższy niż jakiekolwiek inny dwudziestowieczny kraj. Połączenie braku jakichkolwiek realnych instytucji demokratycznych z obojętnością władz Wielkiej Brytanii pozwoliło hongkońskim rządzącym kontynuować wolnorynkową politykę (podczas gdy Zjednoczone Królestwo doświadczało gospodarczej katastrofy socjalizmu lat 1950-70). Innym czynnikiem, który wpłynął pozytywnie na Hongkong, były niszczycielskie reformy w Chinach podjęte w latach 60. Spowodowały one napływ ogromnej liczby uchodźców świadomie pragnących wolności. To właśnie wolność umożliwiła odniesienie sukcesu ludziom takim jak Jimmy Lai oraz milionom innych, którzy dzięki swojej pracy, nawet jeśli nie zostali miliarderami, mogli cieszyć się wyższym poziomem życia niż w większości krajów świata.

Szczęściem Hongkongu było to, że wprowadzono tam politykę wolności. Jednak to jego mieszkańcy udowodnili, że wolność działa.

Andrew P. Morris

Tłumaczenie: Dawid Świonder

Andrew P. Morris jest wykładowcą prawa gospodarczego na Uniwersytecie w Alabamie, a także współpracownikiem Property and Environment Research Center. Artykuł ukazał się pierwotnie 1 listopada 2008 r.

1 M. Friedman, „The Hong Kong Experiment”, 30 lipca 1998.

CYTAT TYGODNIA
Poprzedni artykułDlaczego Polacy nie mają dzieci?
Następny artykułOrganizacje “pozarządowe” za pieniądze rządu…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here