Mises: Ludzkie działanie. XXXV. Zasada państwa dobrobytu przeciw zasadzie rynku

Tekst stanowi fragment książki Ludwiga von Misesa "Ludzkie działanie", której pierwsze polskie wydanie ukazało się na naszym rynku w 2007 roku. Publikujemy go dzięki uprzejmości p. Witolda Falkowskiego, autora przekładu do polskiego wydania książki. Ludwig von Mises, tłum. Witold Falkowski

PAFERE WIDEO

Argumenty przeciw gospodarce rynkowej

Zarzuty różnych szkół Sozialpolitik wobec gospodarki rynkowej opierają się na bardzo wątłych podstawach ekonomicznych. Powtarza się w nich wciąż te same błędy, które ekonomiści już dawno obnażyli. Krytykujący gospodarkę rynkową obwiniają ją za konsekwencje antykapitalistycznej polityki, głosząc jednocześnie, że jest to polityka zbawienna. Według nich za nieuchronne porażki i nieskuteczność interwencjonizmu odpowiada gospodarka rynkowa.

CYTAT TYGODNIA

Owi propagandyści muszą ostatecznie przyznać, że gospodarka rynkowa mimo wszystko nie jest aż tak zła, jak ją odmalowują ich “nieortodoksyjne” doktryny. Dostarcza dóbr. Dzięki niej z każdym dniem produktów jest coraz więcej, a ich jakość jest coraz lepsza. Przyniosła bezprecedensowe bogactwo. Jednak według zwolennika interwencjonizmu gospodarka ta jest wadliwa ze “społecznego” punktu widzenia. Nie wypleniła ubóstwa i nędzy. Jest systemem, który kosztem olbrzymiej większości ludzi daje przywileje mniejszości, wyższej klasie bogaczy. Jest to system niesprawiedliwy. Zasadę zysku trzeba zastąpić zasadą dobrobytu.

Dla jasności wywodu możemy próbować zinterpretować pojęcie dobrobytu tak, że najprawdopodobniej będzie mogła zaakceptować je ogromna większość ludzi niebędących ascetami. Im lepsza będzie nasza interpretacja, tym mniej znaczenia i treści zostanie w idei dobrobytu. Przekształci się ona w niewyraźne echo podstawowej kategorii ludzkiego działania, jaką jest potrzeba możliwie najskuteczniejszego usunięcia niewygody. Powszechnie uważa się, że ułatwieniem, a nawet niezbędnym warunkiem osiągnięcia tego celu jest społeczny podział pracy, współdziałanie ludzi w systemie więzi społecznych. Człowiek społeczny w odróżnieniu od samowystarczalnego musi koniecznie złagodzić swoją pierwotną biologiczną obojętność na dobrobyt osób spoza najbliższej rodziny.

Musi dostosować swoje postępowanie do wymagań współpracy społecznej i traktować sukces innych jako niezbędny warunek własnego sukcesu. Z tego punktu widzenia cel społecznej współpracy można zdefiniować jako realizację możliwie największego szczęścia jak największej liczby osób. Chyba nikt nie zakwestionuje tej definicji najbardziej pożądanego stanu rzeczy i nie będzie utrzymywał, że nie jest czymś dobrym, by jak największa liczba ludzi była możliwie jak najszczęśliwsza. Wszystkie ataki przeciw sformułowaniu Benthama koncentrowały się na niejednoznaczności i nieporozumieniach związanych z pojęciem szczęścia. Nie podważały jednak postulatu, że dobro, niezależnie od tego, jak rozumiane, powinno być udziałem jak największej liczby ludzi.

Jednakowoż jeśli tak zinterpretujemy dobrobyt, pobawimy to pojęcie jakiegokolwiek specyficznego znaczenia i będziemy mogli posłużyć się nim do uzasadnienia każdego rodzaju organizacji społeczeństwa. Jak wiadomo, niektórzy obrońcy niewolnictwa Murzynów utrzymywali, że niewolnictwo jest najlepszym sposobem ich uszczęśliwienia, a jeszcze dziś wielu Białych z Południa USA jest szczerze przekonanych, iż ścisła segregacja rasowa daje Czarnym nie mniejsze korzyści od tych, jakie rzekomo czerpią z niej Biali. Podstawowa teza rasizmu Gobineau i nazistów głosi, że dominacja wyższych ras jest zbawienna nawet dla istotnych interesów ras niższych. Tak pojemna zasada może pomieścić wszelkie, również sprzeczne ze sobą doktryny, toteż jest bezużyteczna.

W ustach propagandystów pojęcie dobrobytu ma określone znaczenie. Celowo posługują się oni określeniem, którego powszechne rozumienie nie budzi sprzeciwu. Żaden przyzwoity człowiek nie zechce kwestionować dążenia do dobrobytu. Przypisując sobie wyłączne prawo do nazywania swojego programu programem zapewnienia dobrobytu, owi propagandyści chcą odnieść zwycięstwo za pomocą taniego chwytu logicznego. Pragną zagwarantować swoim ideom odporność na krytykę, posługując się pojęciami, które u wszystkich wywołują pozytywne skojarzenia. Jeżeli ktoś oponuje przeciw nim, musi być okropnym łajdakiem, który kieruje się wyłącznie egoistycznymi interesami kosztem większości dobrych ludzi.

Problem zachodniej cywilizacji polega właśnie na tym, że ważne osobistości mogą posługiwać się takimi sylogistycznymi sztuczkami, nie napotykając stanowczego sprzeciwu. Można to wyjaśnić tylko na dwa sposoby. Albo owi samozwańczy ekonomiści dobrobytu nie są świadomi logicznej niedopuszczalności ich rozumowania, albo celowo wybrali ten sposób argumentacji, by ukryć swoje błędy za konstrukcją, która z miejsca ma rozbroić adwersarzy. W obydwu przypadkach ich postępowanie jest godne potępienia.

Nie ma potrzeby dodawać niczego do rozważań z poprzednich rozdziałów dotyczących skutków wszelkich odmian interwencjonizmu. Opasłe dzieła zwolenników ekonomii dobrobytu nie zawierają żadnych argumentów, które podważałyby nasze wnioski. Pozostało nam jedynie zbadanie krytycznej części dzieła głosicieli dobrobytu, a mianowicie ich zarzutów wobec gospodarki rynkowej.

Cała namiętna argumentacja szkoły dobrobytu sprowadza się ostatecznie do trzech punktów. Kapitalizm jest według nich zły, ponieważ istnieje w nim ubóstwo, nierówność dochodów i bogactwa oraz brak poczucia bezpieczeństwa.

CZYTAJ DALEJ

CYTAT TYGODNIA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here