Życie czy gospodarka? Fałszywa alternatywa

Amerykańskie miasta, które podczas wybuchu grypy hiszpanki wdrożyły ograniczenia szybciej i bardziej agresywnie, szybciej się również potem rozwijały. Oby i tym razem spłaszczanie krzywej epidemicznej pozwoliło na szybsze ożywienie gospodarcze.

Foto. pixabay.com
Pobierz e-booki

Aby spłaszczyć krzywą epidemiczną, gospodarka weszła w fazę zamrożenia. Choć kwarantanna narodowa jest niezbędna (jak uważa większość epidemiologów), aby zahamować rozprzestrzenianie się wirusa i uchronić służbę zdrowia przed załamaniem, jej koszty gospodarcze są olbrzymie. Dane, które spływają, pokazują, że skala załamania jest bezprecedensowa. Już ponad 20 mln Amerykanów złożyło wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Goldman Sachs prognozuje spadek amerykańskiego PKB o 34 proc. w drugim kwartale roku (w ujęciu annualizowanym). Prognozy dla Polski też nie są różowe: mBank spodziewa się dynamiki PKB w drugim kwartale na poziomie -8,4 proc. oraz recesji w całym 2020 r. o głębokości 4,2 proc.

Nie przykładałbym obecnie zbyt dużej wagi do konkretnych liczb, bo działamy w warunkach silnej niepewności. Jednak pewne jest, że nie możemy dystansować się społecznie w nieskończoność. Im dłużej będzie trwać kwarantanna narodowa, tym większe będą koszty gospodarcze. I tym większe będą pojawiać się wątpliwości co do sensowności podjętych działań.

Harold James sugeruje istnienie nie tyle dylematu, co nawet trylematu polityki antywirusowej polegającego na tym, że dany kraj nie może mieć jednocześnie demokracji, zdrowego społeczeństwa oraz zdrowej gospodarki. O ile nikt nie kwestionuje, że spłaszczanie krzywej może uratować wiele osób, o tyle niektórzy zastanawiają się, czy koszty społeczno-gospodarcze recesji nie okażą się zbyt duże. Czy lekarstwo nie okaże się zatem gorsze od choroby?

Aby zobrazować ten dylemat, można przytoczyć pracę Eichenbauma i współpracowników, według której optymalna polityka antywirusowa zmniejsza udział zainfekowanej społeczności z 65 do 52,8 proc. oraz ratuje pół miliona osób w Stanach Zjednoczonych, jednak spadek zagregowanej konsumpcji powiększa się z 2 do 9,1 proc. Czy te dodatkowe 7,1 pp. jest wartych 500 tys. uratowanych istnień?

Mogłoby się wydawać, że wchodzimy tutaj w obszar zarezerwowany dla etyków. Nic bardziej mylnego! Ekonomiści uwielbiają wszak rachować, tak więc z ochotą zabrali się do szacowania (statystycznej) wartości ludzkiego życia.

Przykładowo, według (nierecenzowanego jeszcze) artykułu Philipa Thomasa pt. „J-value assessment of how best to combat Covid-19 roczny lockdown, po którym następuje masowe szczepienie, będzie tak długo opłacalny, jak długo roczne PKB nie spadnie o 6,4 proc. — dopiero wtedy recesja ma spowodować wyższe straty niż kwarantanna narodowa.

Michael Greenstone oraz Vishan Nigam w artykule zatytułowanym „Does Social Distancing Matter” szacują, że umiarkowane społeczne dystansowanie się w Stanach Zjednoczonych zapoczątkowane późnym marcem i trwające trzy-cztery miesiące mogłoby uratować 1,7 mln osób, co oznaczałoby korzyści w wysokości 8 bln dolarów. Również Thunström ze współpracownikami w pracy pt. „The benefits and costs of flattening the curve for COVID-19” utrzymują, że społeczne dystansowanie się generuje korzyści netto – choć nieco niższe, bo w wysokości ponad 5 bln dolarów.

Skąd te liczby? Cóż, w scenariuszu bez społecznego dystansowania autorzy prognozują, że zarażonych zostanie 287 mln Amerykanów, z czego umrze 2,16 mln. PKB jednak obniży się tylko o 19,4 bln dolarów. Natomiast w scenariuszu ze społecznym dystansowaniem PKB spadnie aż o 26,2 bln dolarów. Ale koronawirusem zarazi się „tylko” 188 mln ludzi, a ponieważ służba zdrowia nie zostanie przeciążona, umrze „zaledwie” 941 tysięcy. Oznacza to, że zostanie uratowanych 1,219 mln osób. A ponieważ – i tu dochodzimy do sedna – wartość statystycznego życia została oszacowana na 10 mln dolarów, to korzyści zdrowotno-egzystencjalne (12,19 bln dolarów) przewyższają głębszy spadek PKB (6,8 bln dolarów).

Pojawia się jednak pytanie, w jaki sposób zostało wycenione ludzkie życie na kwotę 10 milionów dolarów. Cóż, takie są najnowsze szacunki wartości statystycznego życia ludzkiego (value of statistical life, VLS) w Stanach Zjednoczonych. Ekonomiści obliczają ją, obserwując, jak ludzie wyceniają ryzyko. Przykładowo, jeśli każda z 10 000 osób jest skłonna zapłacić 100 dolarów za redukcję prawdopodobieństwa śmierci o 1/10 000 (np. akceptując niższą pensję w bardziej bezpiecznym zawodzie), to wartość statystycznego życia będzie wynosić 1 mln dolarów. Nie chodzi o to tutaj, że tyle jest warte każde ludzkie życie, bo to jest kwestia subiektywna, raczej o to, że tyle grupa jest skłonna zapłacić za uratowanie jednego statystycznego życia.

No dobrze, to jak mogłyby wyglądać podobne szacunki dla Polski? Załóżmy, że zarazi się wirusem połowa Polaków. Przy współczynniku śmiertelności 1 proc. oznacza to 190 tys. zgonów. Przy przeciążeniu służby zdrowia współczynnik umieralności mógłby być jednak bliższy 5 proc. (mniej więcej 4 proc. zakażonych COVID-19 wymaga intensywnej opieki), co odpowiada prawie 1 mln zgonów. Spłaszczanie krzywej ma zatem potencjał uratowania 810 tys. istnień. Spadek PKB wartego 566 mld dolarów o 4,2 proc. (tak jak prognozuje mBank) oznacza stratę w wysokości 23,8 mld dolarów. Zakładając konserwatywnie, że PKB w scenariuszu bez kwarantanny narodowej by nie spadło, oraz wartość statystycznego życia Polaka na 1 mln dolarów, korzyści ze społecznego dystansowania wynoszą aż 810 mld dolarów, czyli kilkunastokrotnie więcej niż szacowany spadek PKB (a nawet więcej niż całe PKB).

Proste, prawda? Nie do końca. To tylko szacunki – nie należy ich traktować zbyt poważnie. Analiza jest wrażliwa na założenia co do współczynników śmiertelności czy statystycznej wartości życia. Przykładowo, przy założeniu, że zarazi się 20 proc. populacji, współczynniki śmiertelności wyniosą 0,5 oraz 3,5 proc., zaś wartość statystycznego życia w Polsce to 0,5 mln dolarów, to kwarantanna narodowa ratuje już „tylko” 228 tys. ludzi, co odpowiada 114 mld dolarów. Wciąż więcej, ale korzyść netto się wyraźnie zmniejsza.

Co więcej, aby wyliczenia były dokładne, należałoby przecież jeszcze uwzględnić oczekiwaną pozostałą długość życia potencjalnie uratowanych (a statystycznie są to osoby starsze), co – jakkolwiek brutalnie to nie brzmi – obniżyłoby korzyści netto społecznego dystansowania się. Do tego trzeba byłoby doliczyć wpływ niższych dochodów na zdrowie i śmiertelność. Recesja i wyższe bezrobocie wszak wiążą się z większym stresem, nadużywaniem używek oraz częstszymi samobójstwami. Z drugiej strony, ze strategią społecznego dystansowania wiąże się cenne doświadczenie na wypadek przyszłych epidemii, mniejsze zarażenia innymi chorobami zakaźnymi oraz niższe zanieczyszczenie powietrza i mniej wypadków samochodowych ze względu na brak dojazdów do pracy i mniejszą aktywność gospodarczą.

Jak to wszystko rozplątać i oszacować nie wiadomo. Być może wcale tego nie potrzebujemy robić. Może być bowiem tak, że ten cały dylemat „gospodarka vs. zdrowie” to fałszywa alternatywa. Nawet gdyby rząd nie wprowadził żadnych obostrzeń, znaczna część ludzi i tak by się społecznie dystansowała. I trudno sobie wyobrazić, aby gospodarka nie cierpiała podczas epidemii, gdy ludzie chorują albo próbują uchronić się przed zachorowaniem.

Jak zaś wykazali Sergio Correia ze współpracownikami w pracy „Pandemics Depress the Economy, Public Health Interventions Do Not: Evidence from the 1918 Flu” miasta amerykańskie, które wdrożyły różne ograniczenia szybciej i bardziej agresywnie podczas epidemii grypy hiszpanki szybciej się rozwijały, gdy epidemia już minęła. Może być zatem tak, że spłaszczanie krzywej epidemicznej pozwoli na szybsze opanowanie choroby, a co za tym idzie szybsze ożywienie gospodarcze. Oby tak się właśnie stało!

Arkadiusz Sieroń

Autor jest doktorem nauk ekonomicznych, pracuje na Uniwersytecie Wrocławskim. Członek zarządu Instytutu Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa

Pobierz e-booki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here