Niby intelektualista, a jednak idiota

Od jakiegoś czasu na całym świecie – od Indii przez Wielką Brytanię, aż po Stany Zjednoczone – możemy zaobserwować bunt przeciwko wąskiemu gronu „urzędników-decydentów” i powiązanych z nimi dziennikarzy, nieponoszących żadnego ryzyka w związku z forsowanymi przez siebie programami politycznymi

Bardzo ciekawą forma promocji nowych książek jest zamieszczanie w internecie jednego z rozdziałów. Nassim Nicholas Taleb autor takich bestsellerów jak: „Zwiedzeni przez losowość” (Fooled by randomness), „Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń” (The Black Swan: The Impact of Highly Impropable) i „Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy” (Antifragile: Things That Gain from Disorder) wydał kolejną „Skin in the game”. Tytuł ten można przetłumaczyć jako „Gra z narażeniem życia” lub ryzykiem przetrzepania skóry. Specjalnie dla sympatyków PAFERE przetłumaczyliśmy promocyjny rozdział z tej książki, który w oryginale można znaleźć pod linkiem https://medium.com/incerto/the-intellectual-yet-idiot-13211e2d0577

* * *

Niby intelektualista, a jednak idiota

Od jakiegoś czasu na całym świecie – od Indii przez Wielką Brytanię, aż po Stany Zjednoczone – możemy zaobserwować bunt przeciwko wąskiemu gronu „urzędników-decydentów” i powiązanych z nimi dziennikarzy, nieponoszących żadnego ryzyka w związku z forsowanymi przez siebie programami politycznymi. Ludzie kształceni na takich renomowanych uczelniach jak Ivy League (w skład której wchodzą między innymi Harvard, Yale i Princeton), Oxford czy Cambridge, przyjmują pozę paternalistycznych, półinteligenckich ekspertów, którzy pouczają nas co mamy robić, co jeść, co mówić, co myśleć, a także na kogo głosować.

Problem przypomina ślepca, który prowadzi niedowidzącego. Owi samozwańczy przedstawiciele „inteligencji” to ludzie, którzy nie potrafiliby nawet znaleźć owoców w sadzie. Z racji tego, że nie są dość inteligentni, by zdefiniować inteligencję jako taką, nieustannie popadają w koło błędnego rozumowania, a ich naczelną zdolnością jest rozwiązywanie testów przygotowanych przez ludzi takich jak oni. Kiedy powtarzalność badań psychologicznych wynosi poniżej 40 procent, a farmaceutycznych około 1/3, kiedy zalecenia dietetyczne zmieniają się diametralnie po 30 latach wyolbrzymionego lęku przed tłuszczem, prognozy makroekonomiczne są mniej trafne niż wróżenie z gwiazd, zaś na stanowisko prezesa banku centralnego powołuje się nieświadomego potencjalnego ryzyka Bernankego – ludzie mają pełne prawo zwrócić się ku mądrości przodków (bądź też Monaigne’a lub podobnych mu klasyków) i kierować się naukami swoich babć, które sprawdzają się znacznie częściej niż przewidywania owych politycznych durni.

W rzeczy samej z łatwością można dostrzec fakt, iż owi uczeni-biurokraci, roszczący sobie prawo do kierowania naszym życiem, sami są niekonsekwentni – niezależnie od tego, czy chodzi o statystki medyczne czy realizację programów politycznych. Nie potrafią oni odróżnić nauki od scjentyzmu, a z racji tego, że ich umysły funkcjonują w oparciu o obrazy, scjentyzm wydaje im się bardziej naukowy od prawdziwej nauki. (Widać to na prostym przykładzie osób pokroju Cassa Sunsteina i Richarda Thalera1, które to chciałyby skłonić nas do określonego zachowania za pomocą „impulsu”. Otóż większość tego, co określiliby oni mianem „racjonalne” lub „nieracjonalne” – bądź jakimkolwiek innym wskazującym na odchylenie od pożądanej lub narzuconej normy – bierze się z niezrozumienia teorii prawdopodobieństwa oraz kosmetycznego posługiwania się modelami pierwszego rzędu). Ponadto, jak widzieliśmy to już w rozdziale poświęconym rozszerzaniu zasady mniejszości, mają też skłonność do mylenia zbioru z liniową agregacją jego elementów.

Intelektualiści-idioci – oraz cała rzesza osób, które ingerują w nasze życie, nie ponosząc przy tym żadnych konsekwencji – to wytwór współczesności, a ich liczba rośnie coraz szybciej od połowy XX w., aż do osiągnięcia obecnego supremum. Dlaczego? Ponieważ w większości krajów rola rządu (wyrażana jako procent PKB) wzrosła pięcio- lub dziesięciokrotnie w porównaniu z tym, co było jeszcze sto lat temu. Pomimo swojej pozornej wszechobecności w naszym życiu intelektualiści-idioci stanowią wciąż mniejszość i rzadko widuje się ich poza wyspecjalizowanymi środowiskami, jak ośrodki badawcze, media, czy uniwersytety. Większość ludzi ma jednak normalną pracę, a liczba wolnych posad dla intelektualistów-idiotów jest niewielka.

Uważajmy na półinteligentów, którym wydaje się, że są erudytami. Nie są bowiem w stanie dostrzec sofistyki.

Intelektualista-idiota postrzega jako patologiczne zachowania, których nie rozumie i nie zdaje sobie nawet przy tym sprawy, że to właśnie jego poglądy mogą być ograniczone. Według niego ludzie powinni postępować zgodnie ze swoim interesem, przy czym to on wie, na czym ów interes polega – zwłaszcza, gdy chodzi o tzw. „rednecków”2 lub prostych Anglików głosujących za Brexitem. Kiedy plebejusze robią coś, co jest sensowne dla nich, ale nie dla intelektualisty-idioty, ten uznaje ich za „niewykształconych”. To, co ogólnie nazywa się uczestniczeniem w procesie politycznym, on określa dwojako: „demokracją”, jeśli wszystko idzie po jego myśli, lub „populizmem”, kiedy plebejusze głosują wbrew jego preferencjom. Podczas gdy ludzie bogaci wyznają zasadę jeden dolar opłaconego podatku to jeden głos, koncerny typu Monsanto: jeden lobbysta – jeden głos, a osoby o bardziej humanitarnym podejściu: jeden człowiek – jeden głos, intelektualista-idiota – liczący na wsparcie ze strony podobnych sobie – wierzy, że liczba głosów powinna zależeć od liczby dyplomów uzyskanych na którejś z uczelni Ivy League bądź równie elitarnej zagranicznej.

Jeśli chodzi o kontekst społeczny, intelektualista-idiota prenumeruje The New Yorkera. Nigdy nie przeklina na Twitterze. Wypowiada się o „równości ras” i „równości ekonomicznej”, ale nigdy nie poszedł na piwo z taksówkarzem należącym do mniejszości etnicznej (ponownie widzimy, że obca jest mu idea bezpośrednich konsekwencji własnych działań). Współczesny intelektualista-idiota obejrzał na YouTube bądź osobiście uczestniczył w co najmniej dwóch prelekcjach z serii TEDx. Oprócz tego, że głosował na Hillary Monsanto-Malmaison – ponieważ wydawało się, że wygra (a także z innych równie zmyślnych powodów) – uważa, iż każdy, kto na nią nie głosował, jest chory psychicznie.
Intelektualista-idiota posiada kopię pierwszego wydania Czarnego łabędzia3 w twardej oprawie, ale i tak myli brak dowodów z dowodem na nieistnienie. Wskutek swej skłonności do nieodróżniania nauki od scjentyzmu wierzy, że GMO to „nauka” oraz że „technologia” niczym się nie różni od hodowli tradycyjnej.

Zazwyczaj intelektualista-idiota rozumie logikę pierwszego rzędu, ale już nie drugiego (lub wyższego), co oznacza, że brak mu kompetencji, by zajmować się złożonymi dziedzinami. Siedząc wygodnie w swoim podmiejskim domu z garażem na dwa samochody, popierał „usunięcie” Kaddafiego, ponieważ to „dyktator”, lecz nie zdawał sobie przy tym sprawy, że wszelkie usunięcia mają konsekwencje (pamiętajmy, że niczym nie ryzykuje i nie płaci za następstwa).

Na przestrzeni dekad intelektualista-idiota mylił się co do stalinizmu, maoizmu, GMO, Iraku, Libii, Syrii, lobotomii, planowania miejskiego, diet niskowęglowodanowych, przyrządów do ćwiczeń, behawioryzmu, tłuszczów trans, freudyzmu, teorii portfelowej, regresji liniowej, idei Gaussa, salafizmu, dynamicznych stochastycznych modeli równowagi ogólnej, Berniego Madoffa (przed aferą) oraz wartości p. Jest jednak przekonany, że jego obecne stanowisko jest słuszne.

Intelektualista-idiota jest członkiem klubu towarzyskiego, ponieważ daje mu to przywileje podróżnicze. Jeżeli jest przedstawicielem nauk społecznych, posługuje się statystykami, których źródeł nie rozumie (jak Steven Pinker i inni pseudo-psychofilozofowie). Gdy mieszka w Wielkiej Brytanii, bierze udział w festiwalach literackich. Pije czerwone wino do steka (nigdy białe). Kiedyś wierzył, że tłuszcz jest szkodliwy, teraz jednak całkowicie zmienił poglądy. Zażywa statyny, ponieważ zalecił mu to lekarz. Nie rozumie hipotezy ergodycznej, a kiedy ktoś mu ją wyjaśni, wkrótce wszystko zapomina. Nie używa słów z języka jidysz nawet, gdy rozmawia o interesach. Zanim nauczy się mówić w danym języku, najpierw studiuje jego gramatykę. Ma kuzyna, który pracował z kimś, kto zna królową. Nigdy nie czytał Frederica Darda, Libaniosa z Antiochii, Micheala Oakeshota, Johna Gray’a, Ammianusa Marcellinusa, Ibn Battuty, Saadii ben Josefa, czy Josepha de Maistre’a. Nigdy nie upił się z Rosjanami, ani tak, by tłuc szklanki (lub, lepiej, krzesła). Nie odróżnia Hekate od Hekabe (a w gwarze brooklyńskiej: „nie odróżnia g**na od pasty do butów”). Nie wie też, że „intelektualista”, który nie ponosi bezpośredniej odpowiedzialności za swoje działania, jest „pseudointelektualistą”. W ciągu ostatnich pięciu lat wspomniał o mechanice kwantowej przynajmniej dwa razy w rozmowach, które nie miały nic wspólnego z fizyką.

W każdej chwili zdaje sobie sprawę z tego, jak jego słowa i czyny wpływają na jego reputację.

Jednak najłatwiej poznać go po tym, że nie ćwiczy martwego ciągu.

Ślepi i bardzo ślepi
Odłóżmy satyrę chwilowo na bok.

Intelektualiści-idioci nie potrafią odróżnić dosłownego znaczenia rzeczy od abstrakcyjnego. Są tak bardzo zaślepieni przez werbalistyczne idee, jak nauka, edukacja, demokracja, rasizm, równość, dowody, racjonalność oraz podobne im modne terminy, że z łatwością zbaczają z kursu poprawnego rozumowania. W rezultacie mogą oni popełniać potworne błędy jatrogeniczne4 i nie doświadczać przy tym nawet najmniejszego poczucia winy. Dzieje się tak, ponieważ są przekonani o własnej słuszności, która usprawiedliwia ignorowanie głębokiego wpływu ich działań na rzeczywistość. Wyobraźmy sobie lekarza nierozumiejącego, że być zdrowym oznacza być wolnym od choroby, który niemal zabił swojego pacjenta, a mimo to przekonuje, że kuracja była skuteczna, ponieważ obniżyła choremu cholesterol – byłby on pośmiewiskiem. Wiele czasu upłynęło, zanim przedstawiciele medycyny pojęli, iż to zdrowie powinno być celem ich działań, a nie „nauka”, w związku z czym często okazywało się, że bezczynność była najlepszym remedium (via negativa). Weźmy teraz inną dziedzinę, jak np. polityka zagraniczna. Otóż neokonserwatysta, który nie jest świadom swojego defektu mentalnego, nigdy nie doświadczy poczucia winy za zniszczenie kraju, jak Libia, Irak lub Syria w imię „demokracji”. Próbowałem kiedyś wytłumaczyć pewnemu neokonserwatyście, na czym polega via negativa: przypominało to próbę opisania kolorów komuś, kto urodził się niewidomy.

Intelektualistów-idiotów satysfakcjonuje dawanie pieniędzy na organizacje mające na celu „pomoc dzieciom”, których działalność sprowadza się w większości do przygotowywania prezentacji i organizowania konferencji poświęconych problematyce pomocy dzieciom. Żaden z nich nie dostrzeże tkwiącej w tym niespójności.

W podobny sposób intelektualiści-idioci nie odróżniają instytucji (np. formalnego aspektu uniwersytetu i zdobywanych nań kompetencji) od jej rzeczywistego celu (pogłębianie wiedzy, rozwijanie precyzji rozumowania). Byłem kiedyś świadkiem, jak francuski uczony podważał tezy pewnego matematyka o doniosłych (i użytecznych) osiągnięciach, uzasadniając to faktem, iż ten w wieku 18 lat „nie uczęszczał do dobrej szkoły”.

Podatność na tę mentalną niepełnosprawność prawdopodobnie cechuje wszystkich ludzi i stanowi głęboko zakorzeniony w nas defekt, jednakże zanika, gdy ryzykujemy własną skórą.

Postscriptum

Sądząc po reakcjach na powyższy tekst, stwierdzam, że intelektualiści-idioci mają trudności z rozróżnianiem satyrycznego i dosłownego znaczenia tekstu.

Post-postscriptum
Intelektualiście-idiocie wydaje się, że powyższa krytyka jest równoznaczna ze stwierdzeniem: „wszyscy są idiotami”. Zapomina on jednak, że reprezentowana przezeń grupa stanowi, jak już wspomniano, niewielką mniejszość. Wynika to stąd, że intelektualiści-idioci nie lubią, kiedy podważa się ich poczucie uprzywilejowania, i chociaż postrzegają oni resztę ludzkości jako gorszą od siebie, sami nie znoszą być krytykowani (Francuzi nazywają to arroseur arrosé). (Przykładem tego jest partner niebezpiecznego zwolennika GMO, Überimpulsatora Cassa Sunsteina – Richard Thaler, który zinterpretował powyższy tekst stwierdzeniem: „nie istnieje wielu nie-idiotów nienazywających się Taleb”, nie zdając sobie sprawy z tego, że ludzie jak on stanowią mniej niż 1 procent bądź nawet 0.1 procent ogółu ludzkości).

Post-post-postscriptum
(Napisane po zaskakujących wyborach 2016 roku; powyższy tekst napisano kilka miesięcy przed tym wydarzeniem). Zwycięstwo Trumpa było dla nich tak absurdalne i tak bardzo nie pasowało do ich światopoglądu, że nie wiedzieli, jak na nie zareagować, szczególnie że nawet ich podręczniki nie mówiły nic na ten temat. Była to sytuacja niczym w ukrytej kamerze. Wyobraźmy sobie minę zdezorientowanej osoby tuż po tym, jak zrobiono jej kawał.

Albo jeszcze lepiej: wyobraźmy sobie minę i reakcję kogoś, komu wydawało się, że jest w szczęśliwym związku, lecz po wcześniejszym powrocie do domu zastaje żonę jęczącą w łóżku z (wielkim) odźwiernym.

W jednej chwili okazało się, że niemal cała wiedza prognostyków, podprognostyków, nadprognostyków, „politologów”, psychologów, intelektualistów, działaczy politycznych, „konsultantów”, naukowców operujących wielkimi zasobami danych, to oszustwo. Tak zatem nagle spełniło się moje nikczemne marzenie o wrzuceniu komuś szczura za koszulę (o którym pisałem w Czarnym łabędziu).

Uwaga: powyższy tekst może być przedrukowywany, tłumaczony i publikowany przez wszystkich pod warunkiem, że zostanie zachowany w całości oraz opatrzony informacją, iż stanowi część książki Skin in the Game.

Podmioty, którym zabrania się przedrukowywania mojej pracy bez wyraźnej, pisemnej zgody: Huffington Post (dotyczy wszystkich wersji językowych).

Przypisy:
1. Autorzy książki Impuls. Jak podejmować właściwe decyzje dotyczące zdrowia, dobrobytu i szczęścia, tłum. J. Grzegorczyk, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2012 – przyp. tłum.
2. Pejoratywne określenie stereotypowych białych farmerów z Południa USA – przyp. tłum.
3. Nassim Nicholas Taleb, Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń, tłum. O. Siara, wyd. Kurhaus Publishing, Warszawa 2014 – przyp. tłum.
4. Szkody wyrządzone choremu przez leczącego.

Poprzedni artykuł„Socjalistyczny bóg Chin”. Tak wyglądało nasze życie… Poruszające świadectwo Li Schoolland (WIDEO)
Następny artykułSprzedawcy szczęścia

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj