Ludzkie działanie: Zyski i straty przedsiębiorcy w rozwijającej się gospodarce

PAFERE WIDEO
W konstrukcji myślowej gospodarki jednostajnie funkcjonującej suma wszystkich zysków przedsiębiorców jest równa sumie wszystkich strat przedsiębiorców. W skali całego systemu gospodarczego zysk jednego przedsiębiorcy jest zrównoważony przez stratę innego. Zwiększenie kwoty przeznaczanej przez wszystkich konsumentów na zakup określonego towaru jest równoważone przez zmniejszenie ich wydatków na kupno innych towarów.
W rozwijającej się gospodarce sprawy mają się inaczej. Gospodarką rozwijającą się nazywamy taką gospodarkę, w której zainwestowany kapitał przypadający na jednego mieszkańca wzrasta. Używając tego terminu, nie odwołujemy się do sądów wartościujących. Nie przyjmujemy ani poglądu „materialistycznego”, który traktuje taki rozwój jako coś dobrego, ani „idealistycznego”, według którego rozwój jest czymś złym, a w każdym razie nieistotnym z „wyższego punktu widzenia”. Wiadomo oczywiście, że zdecydowana większość ludzi uważa skutki tak rozumianego rozwoju za najbardziej pożądany stan rzeczy, tęskniąc do sytuacji, która jest możliwa jedynie w gospodarce rozwijającej się.

W gospodarce stacjonarnej przedsiębiorcy, wypełniając swoje specyficzne funkcje, mogą jedynie wycofać czynniki produkcji – pod warunkiem, że jest to jeszcze możliwe – z jednego rodzaju produkcji po to, żeby je wykorzystać w jej innych działach lub przeznaczyć odzyskany ekwiwalent dóbr kapitałowych zużytych w procesach produkcji na rozwój określonych gałęzi przemysłu kosztem innych branż. W gospodarce rozwijającej się do zadań przedsiębiorcy należy ponadto decydowanie o wykorzystaniu dodatkowych dóbr kapitałowych zakumulowanych dzięki nowym oszczędnościom. Dopływ tych dodatkowych dóbr kapitałowych musi spowodować wzrost łącznego wyprodukowanego dochodu, to znaczy tej podaży dóbr konsumpcyjnych, którą można skonsumować bez uszczuplania dostępnego kapitału, a więc nie powodując zmniejszenia przyszłej produkcji. Wzrost dochodu osiąga się przez zwiększenie produkcji bez wprowadzania zmian w technologii produkcji albo przez udoskonalenie metod produkcji, co nie byłoby możliwe wcześniej, kiedy podaż dóbr kapitałowych była mniejsza. To, że łączne zyski przedsiębiorcy przewyższają jego straty jest konsekwencją dopływu tych dodatkowych kapitałów. Można jednak łatwo wykazać, że ta nadwyżka nigdy nie może dorównać całkowitemu wzrostowi bogactwa związanemu z rozwojem gospodarczym. Prawa rynku decydują o takim sposobie podziału tych dodatkowych kapitałów między przedsiębiorców, robotników i dostawców określonych czynników produkcji, że ich lwia część przypada grupom osób, które nie są przedsiębiorcami.

Przede wszystkim musimy zrozumieć, że zyski przedsiębiorcy nie są zjawiskiem trwałym, lecz jedynie przejściowym. Przejściowy charakter zysku i straty leży w ich naturze. Rynek dąży zawsze do cen końcowych i końcowego stanu spoczynku. Jeśli kolejne zmiany danych nie przerwałyby tego dążenia i nie stworzyły potrzeby kolejnego dostosowania produkcji do zmienionych warunków, to ceny wszystkich komplementarnych czynników produkcji zrównałyby się ostatecznie – po uwzględnieniu poprawki związanej z preferencją czasową – z ceną produktu, nie pozostawiając miejsca ani na zyski, ani na straty. W dłuższym czasie każdy wzrost produktywności przynosi korzyść wyłącznie robotnikom oraz niektórym grupom właścicieli ziemi i dóbr kapitałowych.

Spośród właścicieli dóbr kapitałowych, którzy osiągają korzyści, można wyróżnić:

– Tych, których oszczędności powiększyły ilość dostępnych dóbr kapitałowych. Są właścicielami bogactwa powstałego dzięki temu, że powstrzymali się od konsumpcji.

– Właścicieli istniejących już wcześniej dóbr kapitałowych, które – dzięki udoskonaleniom technologii produkcji – są teraz lepiej wykorzystywane niż dotychczas.

Takie korzyści mają oczywiście charakter przejściowy. Muszą zniknąć, ponieważ powodują skłonność do zwiększenia produkcji dóbr kapitałowych, które przyczyniły się do powstania owych korzyści.Jednocześnie wzrost ilości dostępnych dóbr kapitałowych powoduje zmniejszenie ich krańcowej produktywności i spadek ich cen, a to godzi w interesy wszystkich tych kapitalistów, którzy wcale nie uczestniczyli w procesie oszczędzania i akumulacji dodatkowej podaży dóbr kapitałowych lub uczestniczyli w tym procesie w niewystarczającym stopniu.

W grupie właścicieli ziemi korzyści odnoszą wszyscy ci, których farmy, lasy, łowiska, kopalnie itd. dzięki nowemu stanowi rzeczy stają się bardziej wydajne. Jednocześnie tracą ci, których posiadanie własności może się stać nieopłacalne z powodu wzrostu dochodów z ziemi osiąganych przez tych, którzy skorzystali na zmianach.

W grupie robotników wszyscy odnoszą trwałe korzyści ze wzrostu krańcowej produktywności pracy. Jednak w krótkim okresie niektórzy mogą ponieść straty. Mowa tu o osobach specjalizujących się w wykonywaniu pracy, która po wprowadzeniu technicznych udoskonaleń stała się zbędna. Osoby te są zdolne do wykonywania zajęć, które – mimo ogólnego wzrostu płac – przynoszą im niższe zarobki niż zawód wykonywany dotychczas.

Wszystkie zmiany cen czynników produkcji pojawiają się wtedy, gdy przedsiębiorca podejmuje działania służące przystosowaniu procesu produkcji do nowego stanu rzeczy. W analizie tego zagadnienia, podobnie jak w badaniu innych problemów związanych ze zmianą danych rynku, musimy się wystrzegać częstego błędu, polegającego na wyznaczaniu ostrej granicy między skutkami długookresowymi i krótkookresowymi. To, co wydarza się w krótkim okresie, stanowi pierwsze stadia ciągu przemian, które zmierzają do wywołania skutków długookresowych.

W naszym przypadku skutkiem długookresowym jest zanik zysków i strat przedsiębiorcy. Skutki krótkookresowe to pierwsze stadia tego procesu zanikania, które ostatecznie doprowadziłyby – gdyby nie zostały przerwane przez kolejne zmiany danych – do pojawienia się gospodarki jednostajnie funkcjonującej.

Trzeba pamiętać, że samo pojawienie się różnicy między sumą zysków producenta a sumą strat producenta wynika z tego, iż proces eliminacji zysku i straty producenta rozpoczyna się wtedy, kiedy przedsiębiorcy zaczynają dostosowywać działania produkcyjne do zmienionych danych. W całym ciągu zdarzeń nie istnieje taki moment, w którym korzyści wynikające ze wzrostu ilości dostępnego kapitału oraz z udoskonaleń technicznych przypadłyby w udziale jedynie przedsiębiorcom. Gdyby bogactwo i dochód innych grup miały pozostać niezmienione, to ich członkowie mogliby kupić dodatkowe produkty jedynie pod warunkiem, że ograniczyliby zakupy innych produktów. Oznaczałoby to, że zyski osiągnięte przez jedną grupę przedsiębiorców odpowiadałyby dokładnie stratom poniesionym przez inne grupy przedsiębiorców.

W rzeczywistości mamy tu do czynienia z następującą sytuacją. Przedsiębiorcy, którzy przystępują do wykorzystania nowo zakumulowanych dóbr kapitałowych oraz udoskonalonych technologicznie metod produkcji, potrzebują komplementarnych czynników produkcji. Popyt na te czynniki jest nowym, dodatkowym popytem, który musi spowodować podwyższenie ich cen. Konsumenci mogą kupić te nowe produkty bez konieczności ograniczania zakupów innych dóbr jedynie pod warunkiem, że wystąpi taki wzrost cen i płac. Tylko w ten sposób może dojść do sytuacji, w której suma wszystkich zysków przedsiębiorców przewyższa sumę ich wszystkich strat.

Motorem rozwoju jest akumulacja dodatkowych dóbr kapitałowych przez oszczędzanie i doskonalenie technologii produkcji. Wprowadzanie nowych technologii jest niemal zawsze uwarunkowane dostępnością takiego nowego kapitału. Animatorami rozwoju są przedsiębiorcy-organizatorzy, którzy dążą do osiągnięcia zysku przez takie dostosowywanie swoich działań, które możliwie jak najlepiej zaspokoi potrzeby konsumentów. W trakcie realizacji swoich przedsięwzięć mających na celu rozwój muszą dzielić się uzyskanymi z tego korzyściami z innymi grupami społecznymi: robotnikami, a także częścią kapitalistów i właścicieli ziemi. Stopniowo oddają tym grupom coraz większą część zysków, aż ich własny udział w zyskach topnieje do zera.

Wynika z tego oczywiście, że absurdem jest mówienie o „stopie zysku” lub „średniej stopie zysku”. Zysk nie ma związku z ilością kapitału użytego przez przedsiębiorcę. Kapitał nie „rodzi” zysku. Zysk i strata są wyłącznie wynikiem sukcesu lub porażki przedsiębiorcy w dostosowywaniu produkcji do potrzeb konsumentów. W zyskach nie ma niczego „normalnego”; nigdy też nie można mówić o „równowadze” w odniesieniu do zysków. Przeciwnie – zysk i strata są zawsze czymś odbiegającym od „normy”, zjawiskiem towarzyszącym zmianie, której większość nie potrafiła przewidzieć, wydarzeniem mającym znamiona „braku równowagi”. Zysku i straty nie ma w wyimaginowanym świecie normalności i równowagi. W zmieniającej się gospodarce zyski i straty ze swej istoty zawsze dążą do zaniku. Ich ponowne zwiększenie następuje wraz z pojawieniem się kolejnych zmian. W warunkach stabilności „średnia stopa” zysków i strat wynosi zero. Nadwyżka sumy zysków nad łącznymi stratami stanowi dowód na to, że następuje rozwój gospodarczy i poprawa warunków życia wszystkich warstw społeczeństwa. Im większa jest ta nadwyżka, tym większy wzrost ogólnego dobrobytu.

Wielu ludzi w ogóle nie potrafi myśleć o zysku przedsiębiorcy bez uczucia zawiści. Wydaje im się, że zysk pochodzi z wyzysku pracowników najemnych i konsumentów, to znaczy jest wynikiem niesprawiedliwego zaniżenia płac i równie niesprawiedliwego zawyżenia cen produktów. Prawo powinno w ogóle zabronić osiągania zysku.

Ekonomia nie zajmuje się takimi arbitralnymi sądami wartościującymi. Nie interesuje jej zagadnienie, czy zyski należy zaakceptować, czy potępić, przyjąwszy punkt widzenia zasady istniejących jakoby prawa naturalnego i wiecznego, niezmiennego kodeksu moralnego, rzekomo doskonale znanych jednostce dzięki intuicji i religijnemu objawieniu. Ekonomia twierdzi jedynie, że zyski i straty przedsiębiorcy są istotnymi zjawiskami gospodarki rynkowej. Bez nich gospodarka rynkowa nie mogłaby istnieć. Policja może oczywiście w całości skonfiskować zyski. Jednak tego rodzaju polityka niechybnie zamieniłaby gospodarkę rynkową w bezsensowny chaos. Nie ulega wątpliwości, że człowiek jest zdolny do niszczenia wielu rzeczy, o czym świadczą liczne przykłady z historii. Potrafi łby również zniszczyć gospodarkę rynkową.

Gdyby samozwańczy moraliści nie byli ślepi z zawiści, to rozważając zagadnienia dotyczące zysku, zajęliby się jednocześnie jego odpowiednikiem, którym jest strata. Nie pomijaliby milczeniem tego, że wstępnym warunkiem poprawy sytuacji gospodarczej są dokonania tych, których oszczędności pozwalają na akumulację dodatkowych dóbr kapitałowych, oraz innowatorów. Nie przechodziliby do porządku nad tym, że wykorzystanie tych warunków do realizacji ulepszeń w sferze gospodarki jest możliwe dzięki przedsiębiorcom. Reszta społeczeństwa nie przyczynia się do postępu, lecz czerpie z rogu obfitości napełniającego się dzięki działaniom innych ludzi.

To, co powiedzieliśmy o gospodarce rozwijającej się, odnosi się także mutatis mutandis do gospodarki w stanie regresu, czyli gospodarki, w której ilość zainwestowanego kapitału przypadająca na mieszkańca maleje. W takiej gospodarce łączne straty przewyższają łączne zyski przedsiębiorcy. Ci, którzy nie potrafią uwolnić się od błędu myślenia w kategoriach kolektywów i grup, mogą zapytać, jak w takiej regresywnej gospodarce mogłaby w ogóle istnieć jakaś przedsiębiorczość. Po co ktoś otwierałby przedsiębiorstwo, wiedząc z góry, że matematycznie rzecz biorąc, jego szanse na osiągnięcie zysków są mniejsze niż prawdopodobieństwo poniesienia straty? Problem jest jednak niewłaściwie postawiony. Przedsiębiorcy, tak jak i wszyscy ludzie, nie działają jako członkowie pewnej klasy, lecz jako jednostki. Pojedynczego przedsiębiorcy nie obchodzi wcale los ogółu przedsiębiorców. Dla pojedynczego przedsiębiorcy nie ma znaczenia, co się stanie z innymi, którzy – z teoretycznego punktu widzenia – ze względu na pewne cechy należą do tej samej klasy co on. W żywym, nieustannie zmieniającym się społeczeństwie rynkowym sprawny przedsiębiorca zawsze może zarobić. To, że w gospodarce regresywnej suma strat przewyższa sumę zysków, nie odstraszy kogoś, kto wierzy w swoją niezwykłą operatywność. Przyszły przedsiębiorca nie analizuje sytuacji, stosując rachunek prawdopodobieństwa, który w sferze rozumienia jest nieprzydatny. Ufa, że zdolnością rozumienia przyszłych warunków rynku przewyższa innych, mniej uzdolnionych przedsiębiorców.

Funkcja przedsiębiorcy, polegająca na dążeniu do osiągnięcia zysku, jest siłą napędową gospodarki rynkowej. Zysk i strata to mechanizmy, dzięki którym konsumenci mogą korzystać ze swojej władzy na rynku. Zachowania konsumentów powodują pojawienie się zysków i strat. Wskutek tego środki produkcji przechodzą z rąk mniej sprawnych przedsiębiorców w ręce sprawniejszych. Im lepiej komuś udaje się zaspokoić potrzeby konsumentów, tym większy ma wpływ na kierowanie działaniami w sferze gospodarczej. Gdyby nie było zysku i straty, przedsiębiorcy nie wiedzieliby, jakie są najpilniejsze potrzeby konsumentów. Jeśliby nawet niektórzy przedsiębiorcy zdołali odgadnąć te potrzeby, nie mieliby środków umożliwiających odpowiednie dostosowanie produkcji.

Firmy nastawione na zysk są podporządkowane zasadzie suwerenności konsumentów, a organizacje nienastawione na zysk z istoty są suwerenne i nie odpowiadają przed społeczeństwem. Produkcja dla zysku jest z konieczności produkcją użyteczną, ponieważ zyski można osiągnąć jedynie przez zapewnienie konsumentom tych rzeczy, których najbardziej potrzebują.

Krytyka zysków, wygłaszana przez moralistów i kaznodziei, chybia celu. Przedsiębiorcy nie ponoszą winy za to, że konsumenci – zwykli ludzie – wolą alkohol od Biblii i powieści kryminalne od poważnych dzieł, a rządy interesują bardziej karabiny niż masło. Przedsiębiorca nie osiąga większych zysków ze sprzedaży „złych” rzeczy niż ze sprzedaży „dobrych”. Jego zyski są tym większe, im lepiej udaje mu się zapewnić konsumentom te rzeczy, których najbardziej się domagają. Ludzie nie piją napojów wyskokowych po to, żeby uszczęśliwić „kapitał alkoholowy”, i nie idą na wojnę po to, żeby zwiększyć zyski „producentów śmierci”. Istnienie przemysłu zbrojeniowego jest skutkiem wojowniczych zapędów, a nie ich przyczyną.

Przekonywanie ludzi, żeby błędne ideologie zastąpili ideologiami przystającymi do rzeczywistości, nie jest zadaniem dla biznesu i przedsiębiorców. Kształtowanie idei i ideałów społeczeństwa jest zadaniem filozofów. Przedsiębiorca tymczasem służy takim konsumentom, z jakimi ma do czynienia, nawet jeśli większość z nich to ludzie niegodziwi i ignoranci.

Możemy podziwiać tych, którzy nie chcą czerpać zysków z produkcji śmiercionośnej broni lub wysokoprocentowego alkoholu. Jednak ta chwalebna postawa w istocie nie ma znaczenia praktycznego. Nawet gdyby w ich ślady poszli wszyscy przedsiębiorcy i kapitaliści, nie położyłoby to kresu ani wojnom ani opilstwu. Rządy produkowałyby broń we własnych zakładach zbrojeniowych, a amatorzy alkoholu destylowaliby trunki na własny użytek – tak jak robiono to w czasach przedkapitalistycznych.

Ludwig von Mises

tłum. Witold Falkowski

Powyższy tekst stanowi fragment książki Ludwiga von Misesa „Ludzkie działanie”, której pierwsze polskie wydanie ukazało się na naszym rynku w 2007 roku. Publikujemy go dzięki uprzejmości p. Witolda Falkowskiego, autora przekładu do polskiego wydania książki.

Poprzedni artykułLudzkie działanie: Zysk i strata przedsiębiorcy
Następny artykułLudzkie działanie: Organizatorzy, menedżerowie, technicy i biurokraci
Ludwig Heinrich Edler von Mises (ur. 29 września 1881 we Lwowie, zm. 10 października 1973 w Nowym Jorku) – ekonomista austriacki; przedstawiciel szkoły austriackiej w ekonomii; w poglądach na gospodarkę reprezentował stanowisko leseferystyczne.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj