Bicie piany o Sygnalistów

PAFERE WIDEO

Słyszysz o kolejnej aferze w państwowym urzędzie. Sygnalista wylatuje z pracy, bo miał odwagę ujawnić nieprawidłowości przy zarządzaniu naszymi drogami. Media biją pianę, politycy obiecują powołanie komisji i nowe ustawy, a Ty prawdopodobnie myślisz: „znowu korupcja, trzeba po prostu wybrać uczciwych ludzi”.

Błąd.

Zaraz udowodnię Ci, że to, co widzisz, to nie jest żaden wypadek przy pracy, który można naprawić kolejnym urzędniczym przepisem. To starannie naoliwiony system. Za chwilę odsłonię przed Tobą kurtynę i pokażę dokładną listę grup, które na tym biurokratycznym bagnie zbijają kapitał polityczny i finansowy.

Dowiesz się, kto i w jaki sposób od lat robi Cię w konia. Zobaczysz czarno na białym, jak wąska grupa beneficjentów prywatyzuje zyski z państwowego monopolu, podczas gdy całe ryzyko, koszty i straty przerzucane są na jedną osobę. Na Ciebie – podatnika, który musi za to wszystko słono zapłacić, stojąc w korkach na dziurawych drogach.

Afera w warszawskim ZDM

Portal Interia (https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-fala-komentarzy-po-zwolnieniu-sygnalisty-z-zdm-skandal-goni,nId,23505551) alarmuje:

Fala komentarzy po zwolnieniu sygnalisty z ZDM. „Skandal goni skandal”

„W Warszawie skandal goni skandal”, „Gnębienie sygnalistów”, ” Ten rząd nienawidzi sygnalistów” – tak politycy opozycji komentują historię pana Piotra, sygnalisty z warszawskiego Zarządu Dróg Miejskich, który mimo objęcia ustawową ochroną został zwolniony z pracy. W piątek do prokuratury wpłynęło zawiadomienie w tej sprawie.

W piątek portal Zero.pl opisał historię pana Piotra, sygnalisty, który chciał walczyć z nieprawidłowościami w warszawskim Zarządzie Dróg Miejskich. Wewnątrz spółki spotkały go za to szykany i redukcja uposażenia.

Wszystko miało zmienić się, gdy pan Piotr otrzymał od prezydenta Warszawy ochronę stanowioną przez ustawę o sygnalistach. Mimo to dwa miesiące później mężczyzna został zwolniony z ZDM.



Dziennikarz precyzyjnie i emocjonalnie rozpisuje się o… zupełnie nieistotnych szczegółach. Eksperci z tytułami naukowymi wymądrzają się na ekranach telewizorów i w głośnikach radioodbiornikach.

Biją pianę?

Tak!
Ale przy okazji ciężko pracują by zarobić na tej aferze lub zbić kapitał polityczny.

O co tu chodzi?

Sprawa zwolnienia sygnalisty z Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie jest doskonałą ilustracją fundamentalnego problemu z instytucjami publicznymi, który z perspektywy wolnorynkowej jest wręcz nieunikniony.

Sedno problemu leży w braku mechanizmów rynkowych, które w sektorze prywatnym automatycznie dyscyplinują organizację. W firmie działającej w warunkach realnej konkurencji, nieefektywność, nepotyzm czy ukrywanie nieprawidłowości prowadzą do strat finansowych, utraty klientów, a w konsekwencji – do upadku przedsiębiorstwa. Tam sygnalista często nie jest potrzebny, bo „sygnałem” jest bilans zysków i strat. Właściciele, dbając o swój kapitał, mają naturalną motywację, by eliminować wszelkie patologie, które obniżają wartość firmy.

W przypadku instytucji takich jak ZDM mamy do czynienia z kompletnie inną dynamiką:

  1. Brak odpowiedzialności majątkowej: Urzędnicy nie ryzykują własnymi pieniędzmi. Koszty afer, błędów czy niegospodarności pokrywa podatnik. To powoduje, że „koszt” utrzymywania patologii wewnątrz urzędu jest dla zarządzających relatywnie niski – nie uderza ich bezpośrednio w kieszeń.
  2. Mechanizm „ochrony” własnych interesów: W strukturach państwowych lub samorządowych, zamiast konkurencji o klienta, mamy do czynienia z konkurencją o wpływy. Sygnalista, który ujawnia nieprawidłowości, staje się w takim układzie ciałem obcym, zagrożeniem dla status quo osób, które czerpią korzyści z obecnego systemu. Zwolnienie go jest racjonalnym (z punktu widzenia ochrony własnej pozycji) działaniem zarządzających, którzy nie muszą obawiać się kary rynkowej.
  3. Iluzja ochrony ustawowej: Próby naprawy tego systemu ustawami (takimi jak prawo o sygnalistach) są często tylko pudrowaniem rzeczywistości. Państwo próbuje stworzyć sztuczne procedury w miejscu, gdzie brakuje naturalnych mechanizmów rynkowych. Efekt jest taki, że przepisy stają się „świstkiem papieru”, bo wewnątrz aparatu biurokratycznego zawsze znajdą się sposoby, by ominąć własne zabezpieczenia, jeśli brakuje zewnętrznej presji konkurencji.

Gdyby sektor ten był sprywatyzowany i poddany realnej konkurencji, zarządzający byliby rozliczani z wyników. Ujawnianie nieprawidłowości byłoby wówczas traktowane jako cenna informacja zarządcza, a nie jako bunt, za który trzeba wyciągnąć konsekwencje personalne. W warunkach wolnorynkowych sygnalista byłby sprzymierzeńcem właściciela w walce o efektywność, a nie osobą do „uciszenia”.

Cała ta sytuacja po raz kolejny pokazuje, że próba „naprawiania” biurokracji kolejnymi ustawami bez zmiany fundamentalnego modelu zarządzania środkami publicznymi jest jak próba leczenia objawowego przewlekłej choroby. Dopóki instytucja nie musi walczyć o przetrwanie na wolnym rynku, zawsze będzie miała tendencję do wypierania osób, które wykazują, że „król jest nagi”.

Kto zyskuje na utrzymywaniu tego systemu?

Zyskują ci, którzy funkcjonują dzięki państwowemu monopolowi i brakowi rynkowej weryfikacji.

  • Politycy i partie polityczne: Urzędy i państwowe spółki to dla nich zasób do budowania sieci powiązań (klientelizm). Mogą obsadzać stanowiska swoimi ludźmi, co gwarantuje im lojalność, wpływy i zaplecze finansowe na kolejne kampanie. Dla nich brak przejrzystości jest atutem, a nie wadą.
  • Wysocy rangą urzędnicy i dyrektorzy: Mają władzę nad ogromnymi budżetami bez ponoszenia osobistego ryzyka finansowego. W przypadku błędu, niegospodarności lub przegranego procesu w sądzie pracy (np. z bezprawnie zwolnionym sygnalistą), odszkodowanie płacone jest z kasy publicznej, a nie z ich prywatnego majątku.
  • „Zaprzyjaźnieni” przedsiębiorcy (Kapitalizm kolesiowski): Firmy, które wygrywają przetargi nie dlatego, że oferują najlepszą jakość za najniższą cenę, ale dzięki relacjom z decydentami, niejasnym kryteriom lub wręcz ustawionym konkursom. Sygnalista, który chce to przeciąć, jest dla nich bezpośrednim zagrożeniem biznesowym.
  • Media i dziennikarze: Skandale, procesy, wzajemne oskarżenia polityków generują klikalność, oglądalność i wpływy z reklam. Dziennikarze nagłaśniają problem (co samo w sobie jest potrzebne), ale z systemowego punktu widzenia, trwanie takich patologii zapewnia im stały dopływ tematów.
  • Aparat kontrolno-doradczy: Różnego rodzaju audytorzy, zewnętrzne kancelarie prawne i doradcy, wynajmowani przez urzędy za publiczne pieniądze do „badania nieprawidłowości” lub tworzenia kolejnych, często bezużytecznych procedur naprawczych, z których nic nie wynika.

Kto ponosi koszty (Kto traci)?

Straty są uspołecznione – ponoszą je ci, którzy nie mają wpływu na decyzje, ale są zmuszeni do finansowania całego systemu pod przymusem państwowym.

  • Podatnicy (Całe społeczeństwo): To oni finansują zawyżone koszty inwestycji, nietrafione decyzje urzędników, premie dla zarządów, a finalnie również odprawy i odszkodowania dla zwolnionych sygnalistów. Płacą za to wszystko w podatkach, nie mogąc zrezygnować z „usług” danego urzędu.
  • Uczciwi przedsiębiorcy: Firmy, które nie mają politycznych znajomości, tracą szansę na realizację zleceń publicznych. Zniechęca to do innowacji i optymalizacji kosztów, ponieważ na rynku państwowym wygrywa się czymś innym niż jakością.
  • Zwykli obywatele (Użytkownicy dróg/usług): W efekcie niegospodarności otrzymują usługi gorszej jakości – dziurawe drogi, opóźnione remonty, źle zaplanowaną infrastrukturę. Pieniądze, które mogłyby pójść na realną poprawę ich życia, giną w trybach biurokracji.
  • Szeregowi, uczciwi pracownicy urzędów: Tacy jak wspomniany sygnalista. Osoby, które chcą wykonywać swoją pracę rzetelnie, zderzają się ze ścianą układów. Przypłacają to zdrowiem, stresem i utratą pracy, podczas gdy system szybko pozbywa się ich jak „ciała obcego”.

Cały ten układ to klasyczny przykład tego, co w ekonomii nazywa się prywatyzacją zysków i uspołecznieniem strat. Korzyści (stanowiska, kontrakty, wpływy) trafiają do wąskiej grupy, podczas gdy koszty (finansowe i jakościowe) rozmywają się na miliony obywateli.

A jak to wygląda w Szwajcarii

System zarządzania drogami w Szwajcarii jest niezwykle interesujący, ponieważ – choć nie jest to czysto prywatny, wolnorynkowy model – wdrożono w nim wiele mechanizmów rynkowych, ścisłą decentralizację oraz rygorystyczną zasadę „użytkownik płaci”. Zamiast jednego, gigantycznego molocha biurokratycznego, odpowiedzialność jest mocno rozproszona.

Na podstawie szczegółowych danych (m.in. z Federalnego Urzędu Dróg – ASTRA/FEDRO), szwajcarski system opiera się na następujących filarach:

1. Ekstremalna decentralizacja i podział własności

Szwajcarska sieć drogowa liczy ponad 85 tysięcy kilometrów i jest zarządzana na trzech zupełnie różnych szczeblach, co wymusza konkurencję i efektywność:

  • Drogi krajowe (autostrady i drogi ekspresowe): Odpowiada za nie od 1998 roku rząd federalny poprzez agencję ASTRA. Co ciekawe, stanowią one zaledwie ok. 3% (ok. 2250 km) całej sieci drogowej, ale przejmują niemal połowę całego ruchu w państwie.
  • Drogi kantonalne (ok. 17 tys. km): Są własnością i znajdują się pod zarządem poszczególnych 26 kantonów (odpowiedników województw, ale o znacznie większej autonomii). Kantony same je finansują i decydują o ich rozbudowie.
  • Drogi gminne: Zdecydowana większość sieci, podlegająca lokalnym samorządom. Finansowanie i zarządzanie odbywa się jak najbliżej obywatela. Istnieje też kategoria dróg ściśle prywatnych.

2. Zasada „Użytkownik płaci” (Urynkowienie kosztów)

Szwajcarzy bardzo mocno odeszli od koncepcji „darmowych dróg finansowanych z ogólnych podatków”. Koszty infrastruktury są w ogromnej mierze przerzucone na osoby, które faktycznie z niej korzystają, co zniechęca do nadmiernego i nieefektywnego eksploatowania zasobów:

  • Transport ciężki (System LSVA): To jeden z najbardziej rynkowych mechanizmów w Europie. Pojazdy powyżej 3,5 tony nie płacą ryczałtu, ale tzw. opłatę zależną od wydajności (LSVA). Jest ona precyzyjnie wyliczana na podstawie: liczby przejechanych kilometrów, dopuszczalnej masy całkowitej oraz klasy emisji spalin. System ten za pomocą GPS i urządzeń pokładowych śledzi ruch po wszystkich drogach (nie tylko autostradach). Zmusza to firmy logistyczne do skrajnej optymalizacji tras i zakupu najnowocześniejszych, najmniej inwazyjnych ciężarówek.
  • Auta osobowe (Winiety i bramki): Za korzystanie z dróg krajowych płaci się ryczałtowo – istnieje tylko jedna, roczna winieta (obecnie kosztuje 40 franków szwajcarskich). Jednakże, w przypadku infrastruktury wyjątkowo drogiej w budowie i utrzymaniu, takiej jak wielkie tunele alpejskie (np. Tunel Munt la Schera czy Tunel pod Wielką Przełęczą św. Bernarda), obowiązują dodatkowe, oddzielne opłaty rynkowe za każdy przejazd, co pozwala bezpośrednio spłacać i utrzymywać te konkretne obiekty.

3. Model korporacyjny w utrzymaniu (Facility Management)

Mimo że ASTRA jest urzędem centralnym, nie zatrudnia tysięcy robotników drogowych w całym kraju do łatania dziur. Zarządzanie utrzymaniem dróg krajowych podzielono na 11 tzw. „jednostek terytorialnych” (często zintegrowanych z kantonalnymi wydziałami inżynieryjnymi).

Działa to w dużej mierze jak zlecanie zadań na zewnątrz (outsourcing/facility management). ASTRA rozdziela budżet i wymaga konkretnych standardów (np. określonego czasu reakcji na odśnieżenie autostrady), a lokalne jednostki wykonują tę pracę, często testując własne innowacje (np. niektóre dystrykty wprowadzają elektryczne pługi śnieżne dla optymalizacji kosztów i emisji).

4. Kontrola poprzez demokrację bezpośrednią

Patologie urzędnicze są w Szwajcarii brutalnie weryfikowane przez system polityczny. Rozbudowa infrastruktury na poziomie kantonalnym czy gminnym (a czasem i federalnym) bardzo często podlega pod referenda. Jeśli lokalny urząd zarządzający drogami działałby niegospodarnie, proponując absurdalnie drogi projekt lub generując afery, obywatele mogą zablokować inwestycję lub wymusić zmiany w głosowaniu. Świadomość, że podatnik jest jednocześnie ostatecznym decydentem z prawem weta, narzuca na urzędników dyscyplinę finansową bliską tej z sektora prywatnego.

Podsumowując: Szwajcaria nie sprywatyzowała dróg w 100%, ale jej system eliminuje patologie znane z klasycznych państwowych zarządów dróg poprzez wdrożenie kalkulacji ekonomicznej (LSVA dla ciężarówek), przerzucenie kosztów eksploatacji bezpośrednio na kierowców oraz drastyczne cięcie kompetencji władzy centralnej na rzecz małych, lokalnych podmiotów.

Obywatelu

Musisz zdać sobie sprawę z jednej, absolutnie kluczowej rzeczy: jesteś na co dzień otoczony gęstą mgłą fałszywych komunikatów. Żyjesz w Matrixie i on wpływa na Twoje głupie decyzje przy urnie wyborczej.

Kiedy oglądasz wiadomości, słuchasz polityków grzmiących z mównicy, albo czytasz o powoływaniu kolejnych „komisji naprawczych”, oglądasz tylko starannie wyreżyserowany teatr. Ci wszyscy beneficjenci – urzędnicy, politycy, usłużni biznesmeni i żyjące z ciągłych afer media – stworzyli wokół Ciebie przestrzeń iluzji.

W interesie tych grup absolutnie nie leży to, żeby wyjść, stanąć w prawdzie i wytłumaczyć Ci, gdzie znajduje się rzeczywiste źródło problemu. Nigdy nie zaproponują Ci rozsądnego, rynkowego rozwiązania, bo uderzyłoby to bezpośrednio w ich portfele i wpływy. Prawdziwe rozwiązanie systemowe – czyli zabranie im monopolu i oddanie decyzyjności w ręce wolnego rynku – oznaczałoby dla nich odcięcie od koryta. Oznaczałoby koniec układów, bezpiecznych posadek i darmowych pieniędzy wyciąganych z Twoich podatków.

Dlatego wolą utrzymywać Cię w ciemnocie. Karmią Cię fałszywą nadzieją, że kolejna ustawa o sygnalistach, nowa dyrektywa, albo wymiana dyrektora „X” na dyrektora „Y” cokolwiek zmieni. Nic nie zmieni. Ich celem nie jest naprawa dróg, ochrona pracowników czy optymalizacja kosztów. Ich jedynym, nadrzędnym celem jest utrzymanie status quo po to tylko, żeby móc dalej, bezkarnie i w białych rękawiczkach, po prostu Cię doić.

Dopóki wierzysz w ich narrację, że ten biurokratyczny system da się „uzdrowić”, dopóty jesteś dla nich idealnym, potulnym sponsorem. Czas przejrzeć na oczy. Czas przestać domagać się od nich „lepszego zarządzania”, a zacząć domagać się likwidacji samego ich monopolu.

Na sam koniec musisz zapamiętać jedną, najważniejszą rzecz, która spina całą tę układankę:

Dopóki w mediach i debacie publicznej nie zacznie się otwarcie mówić o rzeczywistych motywacjach ludzkich działań, o mechanizmach trójkąta korupcyjnego czy o naturalnej presji na wyzysk społeczny… Dopóki na światło dzienne nie zostaną wyciągnięte prawa i twarde reguły FizykiŻycia, a dyskusja nie przeniesie się z poziomu jałowych kłótni politycznych na poziom systemowego rozwiązywania problemów

Dopóty możesz być absolutnie pewien jednego: żyjesz w bagnie Matrixu.

Cały ten medialny szum, kolejne obietnice, powoływanie komisji i kosmetyczne zmiany ustaw to tylko iluzja, wygenerowana po to, byś nie dostrzegł prawdziwych reguł gry. System karmi się Twoją niewiedzą. Dopóki nie zrozumiesz systemowych i fizycznych praw, które wymuszają te patologie, zawsze będziesz tylko nieświadomymi trybikami w maszynie, potulnie zasilającymi układ swoimi własnymi, ciężko zapracowanymi zasobami.

Poprzedni artykułTarnów po Krakowie?
Prezes Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego. Instruktor alpinizmu, podróżnik, działacz na rzecz wolności i rozwoju ekonomicznego w duchu wolnorynkowym, a także gorący zwolennik i orędownik demokracji bezpośredniej w stylu szwajcarskim. Autor książki „Fizyka życia”. Z zamiłowania nauczyciel, który chętnie poświęca czas zwłaszcza ludziom młodym, którzy wchodzą na wyboistą drogę prowadzenia własnego biznesu i inwestowania w rozwój osobisty.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj