
Ależ oni wszyscy kłamią.
Wy już dobrze wiecie kto – wstają i kłamią.
Kłamstwo z pozycji władzy nie jest zwykłym nadużyciem słowa.
Jest aktem agresji wobec narodu.
Wprowadzanie ewidentnej dezinformacji mówi: możemy kłamać, czyli trzymamy was za twarz, i nic nam nie zrobicie.
To efekt mrożący, zastraszenie i demoralizacja: żyjecie w świecie w którym władza może kłamać i musicie to przełknąć.
Skutkiem jest rozpad zaufania i wspólnoty. Jeśli nie można wierzyć tym, którzy mają dostęp do informacji i ponoszą odpowiedzialność, zanika sens rozróżniania prawdy i fałszu. Pojawia się cynizm, obojętność i wycofanie.
Ludzie przestają rozróżniać prawdę od fałszu, bo po co się starać, skoro „wszyscy kłamią”. To jest prawdziwe zwycięstwo kłamstwa: nie wtedy, gdy ktoś uwierzy w fałsz, ale wtedy, gdy przestaje wierzyć w prawdę jako taką.
Władza, która kłamie, mówi jeszcze jedno: nie jesteście partnerami, jesteście przedmiotem. Materiałem do obróbki. Tłem statystycznym. A skoro tak, to nie ma już dialogu, nie ma odpowiedzialności, nie ma też granic. Każde kolejne kłamstwo przychodzi łatwiej, bo brak konsekwencji staje się przyzwoleniem.
Nawet pomijając realne szkody wynikające z fałszywych informacji i wynikających z nich błędnych i szkodliwych decyzji, samo kłamstwo władzy nie jest zwykłym kłamstwem – jest nadużyciem siły.
Niszczy normy, zatruwa debatę publiczną i podkopuje podstawy państwa. I im dłużej jest tolerowane, tym bardziej staje się normą, a norma ta działa jak trucizna: powoli, cicho, ale skutecznie.
Dlatego mówienie prawdy – także niewygodnej i kosztownej – nie jest gestem sporu politycznego, lecz aktem obrony: obywateli przed byciem zakładnikami państwa i jego kłamstw.











