Wolność czy paternalizm – co przyniesie nam następna dekada?

Jeśli chodzi o ogólną atmosferę polityczną, to wszystko wskazuje na to, że będzie ona w dalszym stopniu ideologicznie zanieczyszczana wszelkimi możliwymi do wyobrażenia błędnymi koncepcjami ekonomicznymi: co i rusz ponawiane są żądania podniesienia krajowej płacy minimalnej do poziomu co najmniej 15 dolarów za godzinę, zapowiadane są kolejne „darmowe lunche” finansowane jeszcze głębszym deficytem, żądania podniesienia podatków dochodowych i majątkowych zwiastują brak poszanowania dla oszczędności i inwestycji

PAFERE WIDEO

Wraz z nadejściem nowego, 2021, roku stanęliśmy również u progu trzeciej dekady XXI w. Czego zatem nauczyliśmy się przez ostatnie dwadzieścia lat? Jeśli chodzi o mnie, to obawiam się, że odpowiedź na to pytanie jest niepocieszająca – szczególnie z punktu widzenia klasycznego liberała i zwolennika wolnego rynku.

Przypomnijmy sobie pokrótce niektóre wydarzenia sprzed ponad dwóch dekad. Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że przez większą część lat 90. XX w. – pomimo skandali związanych z administracją Billa Clintona („nie uprawiałem seksu z tą kobietą”) – wielu komentatorów z optymizmem patrzyło w przyszłość Ameryki. Wszak w roku 1991 Związek Sowiecki zniknął z mapy politycznej świata, wydawało się, że Chiny zmierzały w stronę większej wolności gospodarczej, a kraje Europy Wschodniej nie były już „jeńcami” uwięzionymi za komunistyczną żelazną kurtyną. Wszystko wskazywało na to, że wraz z końcem zimnej wojny Ameryka stała się liderem jednobiegunowego świata.

CYTAT TYGODNIA

Nadwyżki budżetowe lat 90., pluskwa milenijna i afera wyborcza na Florydzie

Z racji „podziału w rządzie”, tj. okresu, kiedy to przez sześć z ośmiu lat kadencji demokratycznego prezydenta republikanie stanowili większość w Kongresie, rząd federalny odnotowywał przez cztery lata nadwyżki budżetowe. Wizja przyszłości, w której to Wuj Sam mógłby spłacić cały dług federalny – bo przecież w styczniu 2001, po odejściu Clintona, wynosił on „tylko” 5 bilionów dolarów – stanowiła nie lada zmartwienie dla keynesistowskich analityków i innych „aktywistów” fiskalnych. Gdyby uwolniono rynki finansowe od tego potężnego długu rządowego, Rezerwa Federalna nie miałaby jednak czego kupować i sprzedawać w celu manipulowania ilością pieniądza w systemie bankowym i, przynajmniej krótkoterminowo, poziomem stóp procentowych. Mielibyśmy „zakończyć” naszą keynesistowską politykę fiskalno-monetarną? To nie do pomyślenia…

W nowe tysiąclecie wchodziliśmy z obawami dotyczącymi pluskwy milenijnej: co będzie, jeśli bankowe systemy komputerowe zarządzające sercem sieci finansowych całej gospodarki nie udźwigną zmiany daty z 1999 na 2000? Na szczęście, aby upewnić się, że w razie tego komputerowego Armagedonu wszyscy będą dysponowali odpowiednim zasobem gotówki, Fed dokonał dodatkowego zastrzyku „płynnościowego”. Kiedy jednak obudziliśmy się 1 stycznia 2000 r., świat finansów miał się równie dobrze, jak wcześniej. Ludzkość ponownie o mały włos zdołała uniknąć katastrofy…

Tak skończył się rok 2000. Następny z kolei rozpoczął się od głębokiego podziału, jaki zapanował w kraju z powodu wyborów prezydenckich, w których głównymi kandydatami okazali się republikanin George W. Bush i demokrata Al Gore. O wyniku tychże wyborów, jak się okazało, zdecydować miała względnie mała liczba głosów oddanych na Florydzie, co do których pojawiły się wątpliwości. Problemem było bowiem ustalenie, na kogo i w jaki sposób oddano głosy za pomocą ręcznie znaczonych kart stosowanych w tymże stanie. Decyzja, w wyniku której prezydenturę przekazano w ręce George’a W. Busha, spadła na barki Sądu Najwyższego.

Terroryzm, wojny za granicą i kryzys finansowy

Przez pierwsze dziewięć miesięcy roku 2001 znaczny odsetek zwolenników Ala Gore’a uważał objęcie władzy przez Busha za bezprawne. Wynikało to z faktu, że obywatele poparli w większości Gore’a, jednak decyzją Sądu Najwyższego Bushowi przyznano potrzebne mu do zwycięstwa głosy w kolegium elektorskim. Wtedy jednak zdarzył się „cud”, który przysłużył się Bushowi – 11 września 2001 przeprowadzono atak terrorystyczny na budynki World Trade Center w Nowym Jorku oraz na Pentagon w Waszyngtonie. W ciągu jednej nocy prezydent-uzurpator stał się patriotycznym zwierzchnikiem sił zbrojnych, stojącym pośród gruzów wież zburzonych przez dwa samoloty uprowadzone przez terrorystów.

W niecały miesiąc po 11 września, 7 października 2001, Bush wydał rozkaz inwazji na Afganistan po tym, jak rządzący tym krajem religijni tyrani zwani Talibami odmówili spełnienia żądań wystosowanych przez USA, m.in. wydania członków Al-Kaidy odpowiedzialnych za przeprowadzenie ataków. Tak też rozpoczęła się najdłuższa w historii wojna prowadzona przez Stany Zjednoczone, która nawet 20 lat później wciąż nie dobiegła definitywnego końca. (więcej na ten temat w moim artykule: Warnings and Lessons 15 Years After 9/11 and the Afghan Invasion)

Determinacja administracji Busha, aby upodobnić Bliski Wschód do Ameryki, była jedną z przyczyn kolejnej inwazji – tym razem na Irak, w marcu 2003. Bezpośrednim pretekstem było jednak przekonanie, że tamtejszy dyktator, Saddam Hussein, przechowuje „broń masowego zniszczenia”, której ostatecznie nie znaleziono pomimo pełnowymiarowej okupacji kraju przez siły USA i kilku innych państw tworzących tzw. „koalicję chętnych”.

Szacuje się, że w latach 2001-2019 wojny te kosztowały amerykańskich podatników ponad 6,4 biliona dolarów. Co więcej straty dotyczące personelu wojskowego po stronie Ameryki w obu tych konfliktach wyniosły 8 tys. zabitych i 52 tys. rannych.

Wskutek wydatków krajowych oraz tych związanych z działaniami wojennymi dług publiczny w okresie prezydentury Busha, tj. do stycznia 2009, wzrósł z pięciu do około 10 bilionów dolarów. Ostatni rok jego drugiej kadencji naznaczony był również początkiem kryzysu finansowego lat 2008-2009, spowodowanego uprzednią pięcioletnią ekspansją monetarną prowadzoną przez Rezerwę Federalną oraz nieodpowiedzialną działalnością rządowych agencji nieruchomości Fannie Mae i Freddie Mac. To nie żadne „wybryki nieograniczonego kapitalizmu”, lecz państwowa manipulacja systemem monetarnym i ingerencja w rynek nieruchomości przyczyniły się do samego załamania, jego skali, a także do zawarcia „pod przymusem” mariażu między sektorem bankowym a Departamentem Skarbu jesienią 2008, w wyniku którego państwo przejęło częściową kontrolę nad bankami w kraju. Mówię tu o „mariażu pod przymusem”, ponieważ niektóre banki zostały wbrew swej woli zmuszone do przyjęcia rządowego zastrzyku pieniężnego. (więcej na ten temat w artykule: Ten Years On: Recession, Recovery, and the Regulatory State)

Zmiana i nadzieja” – na więcej paternalizmu politycznego

Kolejne osiem lat to prezydentura Baracka Obamy i dalsze podwojenie długu publicznego do poziomu ponad 20 bilionów dolarów (stan na styczeń 2017). Nie tylko kontynuował on wojny na Bliskim Wschodzie, lecz także prowadził ataki dronami na inne kraje regionu i to bez względu na będące ich skutkiem straty w ludności cywilnej. Ponadto USA poparły państwa członkowskie Unii Europejskiej w obaleniu rządu libijskiego dyktatora Mu’ammara al-Kadafiego w 2011, co zepchnęło ten kraj w trwającą już niemal 10 lat plemienną wojnę domową i ruinę.

Koronnym osiągnięciem Obamy w kraju było natomiast wprowadzenie ustawy o (nie)przystępnej opiece zdrowotnej, tzw. ObamaCare, która tylko zwiększyła skalę rządowego finansowania i ingerencji w system opieki zdrowotnej oraz kontrolę nad sektorem ubezpieczeń medycznych. Reformę tę zachwalano kłamstwami i obiecywano obywatelom, że będą mogli pozostać przy wybranych przez siebie lekarzach i ubezpieczalniach, a koszty zmniejszą się przy jednoczesnym zwiększeniu dostępności; tymczasem katastrofą okazała się już sama internetowa rejestracja w systemie. Pełniąca funkcję Spikera Izby Reprezentantów Nancy Pelosi forsowała tę ustawę, wprost stwierdzając, że o tym, co zawiera i jak będzie działać, przekonamy się już po jej uchwaleniu i wejściu w życie – ot taka „poprawna politycznie” redefinicja zasady przejrzystości w prawodawstwie… (więcej na ten temat w artykułach: For Healthcare, the Best Government Plan is No Plan oraz ObamaCare: Will America’s Health Care Future Follow Germany’s Past?)

Chociaż początkowo chwalono go jako wielkiego odnowiciela „nadziei i zmiany”, Obama rozczarował i zirytował wiele osób. Do grona rozgniewanych dołączyli nawet przedstawiciele „postępowej lewicy”, oskarżający go o zbytnie „umiarkowanie” i niechęć do prowadzenia bardziej radykalnej polityki. Dla tych jednak, którzy nigdy nie ulegli wizjom dalszego pogłębiania paternalistycznej inżynierii społecznej, Obama był aż zanadto uosobieniem interwencjonizmu i państwa opiekuńczego. Niewiele jest sfer życia społecznego, których, jego zdaniem, nie należałoby poddać jakiejś formie kontroli władzy politycznej. Niejednokrotnie zapewniał nas, że jeżeli Kongres będzie sprzeciwiał się jego polityce, to wykorzysta swoje uprawnienia do arbitralnego wydawania rozporządzeń wykonawczych. Ponadto Obama chwalił socjalistyczny eksperyment na Kubie, mówiąc o „pozytywnych” wnioskach, jakie można z niego wyciągnąć – tylko bez tej całej dyktatury… (więcej w artykułach: Mr. President, Please Mind Your Own Business, Barack Obama and the Meaning of Socialism, Presidential Hubris in the State of the Union Address, Obama’s ‘Middle Way’ Between Capitalism and Socialism Means Less Liberty)

Miłość i nienawiść wobec Donalda Trumpa

Głównymi kandydatami na prezydenta w roku 2016 byli Hillary Clinton i Donald Trump – dwie postacie będące produktami skorumpowanego, interwencjonistycznego państwa opiekuńczego: ona jako polityczna intrygantka i zakulisowa manipulantka, on jako mistrz telewizji rozrywkowej, karnawałowy cwaniak i gracz polityczny, który wzbogacił się dzięki zręcznemu lawirowaniu w interwencjonistyczno-regulacyjnym systemie.

Podobnie jak to było w przypadku George’a W. Busha, wielu demokratów i „postępowców” uznało Trumpa za prezydenta bezprawnego. Jako że Hillary zdobyła więcej głosów obywatelskich, a przegrała w tym „niedemokratycznym” głosowaniu kolegium elektorskiego, za jedyne wyjaśnienie „jego” zwycięstwa uznano ingerencję rosyjskich hakerów, którzy w jakiś sposób „ustawili” wynik. (więcej na ten temat w artykułach: Government Interventionism Created Hillary Clinton and Donald Trump, Donald Trump the Corrupt Creation of America’s Bankrupt Policies, Donald and Hillary in Plunderland)

Administracja Trumpa zapisze się w naszej historii jako jedna z najbardziej wyjątkowych. Aby znaleźć prezydenta nienawidzonego i zarazem uwielbianego w takim stopniu jak Donald Trump, musielibyśmy cofnąć się bardzo daleko w przeszłość. Dla demokratów, „postępowców” i „demokratycznych” socjalistów Donald Trump to uosobienie faszyzmu, ducha praw Jima Crowa i korupcji właściwej ustrojowi „kapitalistycznemu”. W oczach wielu republikanów Trump to z kolei zbawca narodu, który miał uwolnić kraj od „poprawności politycznej”, stanowczo sprzeciwiać się matactwom „lewicy”, a także przywrócić Ameryce jej wielkość poprzez ustawienie do pionu nierobów z Europy i spiskujących komuchów z Chin.

Gdyby nie Covid-19, Trump mógłby wygrać

W rzeczywistości Trump dał się poznać jako nieokrzesany, nieuprzejmy, nadęty nacjonalista gospodarczy i neomerkantylista, nie mający zamiaru nawet poddać w wątpliwość, a co dopiero tknąć, systemu instytucjonalnych przywilejów stworzonych przez nasze państwo opiekuńcze – zupełnie jak typowy demokrata czy „postępowiec”. To wyjaśnia, dlaczego w ciągu czterech lat prezydentury Trumpa dług publiczny urósł do ponad 27,5 biliona dolarów.

Chociaż wbrew twierdzeniom „lewicy” Trump nie był amerykańskim Hitlerem, okazywał grubiaństwo i despotyczne nastawienie wobec każdej osoby lub rzeczy, która nie dostosowywała się do jego pragnień i żądań. Ludziom o odmiennych poglądach przyczepił łatkę „przegrańców”. Jego ustawiczny sprzeciw wobec faktu, że Joe Biden przejmie władzę 20 stycznia 2021 to tylko najnowszy przejaw oderwania od rzeczywistości i odrzucania wszystkiego, co nie zgadza się z jego wizją świata. (więcej na ten temat w artykułach: The Economic Nationalism of Donald Trump, The Zero-Sum World of Donald Trump, Donald Trump as Carnival Hawker and His Leftist Enemies, Trump’s Economic Warfare Targets Innocent Bystanders, Presidential Hubris: ‘Let Me Run the Country’, The Imperial Presidency Embodies Political and Economic Hubris, The U.S. Revives the Personal State)

Bez względu na to, kim i jaki jest Donald Trump, najprawdopodobniej wygrałby on ostatnie wybory, gdyby nie koronawirus oraz wprowadzona przez administrację prezydenta i władze lokalne polityka zamrażania gospodarki, a także próby przymusowego planowania produkcji podejmowane co i rusz od marca zeszłego roku. Działania te doprowadziły jednak kraj do kryzysu ekonomicznego i finansowego, który właściwie przesądził o przegranej Trumpa (złożyła się na to również powszechna niechęć do niego ze strony wielu wyborców w całym kraju).

Pseudonauka i irracjonalne planowanie rządowe

Rok 2020 pokazał nam, niestety, bardzo dobitnie, jak głęboko zakorzeniony jest paternalizm polityczny w amerykańskim społeczeństwie, czego przejawem jest zarówno aroganckie przekonanie rządzących o słuszności narzuconego krajowi systemu restrykcyjno-nakazowego, jak i w postawie wielkiej rzeszy Amerykanów, którzy na zawołanie rządowych „ekspertów” powołujących się na „naukę”, gotowi byli biernie i posłusznie podążyć za politykami drogą ku gospodarczemu załamaniu i ruinie.

„Nauka” ta okazała się wadliwa, pełna wyolbrzymień i błędów, które dziesiątkom milionów obywateli odebrały możliwość zarobkowania. Wszelkie wspomnienia o „kosztach” czy „kompromisach” w sensie ekonomicznym po prostu zbywano. Społeczeństwu narzucono jednakowe dla wszystkich rozwiązanie – całkowicie w myśl dwudziestowiecznej tradycji centralnego planowania i z pełną towarzyszącą mu irracjonalnością oraz arbitralnością, jakie zaobserwować mogliśmy na przykładzie państw totalitarnych. Przykładem tego było chociażby to, że wbrew krokom podjętym przez powołujące się rzekomo na te same „ustalenia naukowe” rządy stanowe, które zamroziły, zamknęły i ograniczyły działalność firm detalicznych w sposób inny niż w odniesieniu do pozostałych branż, liczba odnotowanych przypadków zarażeń i zgonów wszędzie była porównywalna.

Szkody, jakie wyrządzono gospodarce amerykańskiej, odzwierciedla wskaźnik Produktu Krajowego Brutto, który ukazuje spadek o 31,4 proc. w drugim kwartale 2020, w porównaniu z poprzednim, i ponowny wzrost o 33,4 proc. w trzecim kwartale, tj. tuż po pierwszym etapie luzowania restrykcji w całym kraju. Pamiętajmy jednak, że to wahnięcie danych na wykresie oznacza w rzeczywistości upadek przedsiębiorstw, utracone oszczędności, trwałą utratę pracy, zakłócenie procesu edukacji od przedszkola aż po studia podyplomowe, a także przerwane łańcuchy dostaw w globalnej strukturze produkcji i handlu. (więcej na ten temat w artykułach: To Kill Markets is the Worse Possible Plan, Pozostawienie ludzi w spokoju to najlepszy sposób na pokonanie koronawirusa, There Will be No Recovery Without Production, How Lockdowns Shattered the Structure of Production, Government Policies Have Worsened the Coronavirus Crisis, Lockdowns as a Political Tragedy of the Commons)

Kontrrewolucja polityki tożsamościowej i kultury wykluczenia

Na te wszystkie wydarzenia roku 2020 nałożyła się dodatkowo kontrrewolucja plemiennego kolektywizmu, której dramatycznym przejawem były gwałtowne i niszczycielskie demonstracje i zamieszki, do jakich doszło po tragicznej i nieuzasadnionej śmierci George’a Floyda uduszonego w maju przez policjanta. W tym wypadku racjonalna krytyka postępowania funkcjonariuszy i braku szacunku do ludzkiego życia z ich strony w momencie, gdy zatrzymany daje do zrozumienia, że się dusi, stała się pretekstem dla obecnej nawały „polityki tożsamościowej” i „kultury wykluczenia”, które od dekad jątrzyły się w zakamarkach środowiska akademickiego.

Ruch ten nie był tylko wezwaniem do zreformowania policji i uczulenia jej na kwestie rasowo-etniczne. Bynajmniej, jest to pełnowymiarowa kontrrewolucja wymierzona przeciwko Ameryce, a właściwie całemu współczesnemu zachodniemu światu i jego podstawom filozoficznym, indywidualizmowi politycznemu, wolności gospodarczej, prawom własności prywatnej i wolnej przedsiębiorczości, a także zasadzie konstytucyjnie ograniczonego rządu działającego na podstawie bezstronnego prawa.

Mamy tu bowiem do czynienia z perwersyjnym i niebezpiecznym połączeniem marksistowskiego przekonania o walce klas z rasizmem w stylu nazistowskim. Mówi się nam, że jednostki jako odrębne istoty ludzkie – różniące się od siebie sposobem myślenia, wartościami i celami – nie istnieją. Tym, co określa tożsamość człowieka, ma być jego miejsce i możliwości działania w społeczeństwie uwarunkowane jego rasą, płcią, statusem „klasowym” i pozycją zajmowaną w porządku społecznym. Wszelka gadanina o prawach podmiotowych, praworządności, swobodzie zrzeszania się w ramach rynku i poza nim to natomiast wyłącznie podstępne, zakłamane i nieuczciwe narzędzia wyzysku, za pomocą których rządząca klasa białych, heteroseksualnych mężczyzn podporządkowuje i uciska resztę ludzkości poprzez mechanizmy polityczne i instytucje egoistycznego, nastawionego na zysk „kapitalizmu”.

„Ameryka” to tylko inne określenie rasizmu i seksizmu będących esencją tego kraju, a jedynym sposobem, aby ją „uzdrowić” jest wyrwanie z korzeniami słów, symboli, instytucji i polityki stanowiących o charakterze Stanów Zjednoczonych. Należy je zastąpić społeczeństwem, w którym „różnorodność” i „inkluzywność” jest zagwarantowana i egzekwowana politycznie jako parytet grup rasowych, płciowych i klasowych obowiązujący w każdej profesji, zawodzie czy roli społecznej, do jakiej zaklasyfikowana będzie każda jednostka. W tenże sposób przypieczętowano by los każdego z nas nie jako wolnego człowieka, lecz jako członka jakiejś grupy plemiennej, a wypracowywane w jej ramach „zyski” ustalaliby i dzielili ci, którzy akurat mianowaliby się władzą polityczną przemawiającą w imieniu takiego czy innego kolektywu. (więcej na ten temat w artykułach: The New Totalitarians, Tragedies of Our Time: Pandemic, Planning and Racial Politics, Save America from Cancel Culture, „Systemic Racism” Theory is the New Political Tribalism, Self-Censorship and Despotism Over the Mind)

Początek nowej dekady naznaczony parciem ku paternalizmowi i grabieży

Stany Zjednoczone wkroczą w trzecią dekadę XXI w. z nową, demokratyczną administracją zajmującą właśnie miejsce w Białym Domu i prawdopodobnie zdominowanym przez Demokratów Kongresem – w zależności od wyników drugiej tury wyborów do Senatu w Georgii. Niezależnie jednak od tego, czy rząd federalny znajdzie się pod kontrolą Demokratów, czy też będzie podzielony, a Republikanie będą mieli nieznaczną przewagę w Senacie, w nadchodzących latach możemy spodziewać się dążenia do realizacji najgorszego rodzaju kolektywistycznych projektów. Mam tu na myśli nawoływanie do zwiększenia kontroli i centralizacji planowania w ramach walki ze zmianami klimatu, narzucanie przedsiębiorcom regulacji w imię „sprawiedliwości społecznej” oraz „społecznej odpowiedzialności” korporacji, dążenie do zwiększenia opodatkowania „bogatych” i tych nieco mniej bogatych w celu podtrzymania redystrybucyjnej grabieży będącej wodą na młyn władzy i przywilejów politycznych, dalsze zaognianie konfliktów na tle rasowym i płciowym na uczelniach, w korporacjach i większych czy mniejszych przedsiębiorstwach. (więcej na ten temat w artykułach: Biden’s „Passion and Purpose” is More Political Paternalism, Milton Friedman and the New Attack on Freedom to Choose, Stakeholder Fascism Means More Loss of Liberty)

Jeśli chodzi o ogólną atmosferę polityczną, to wszystko wskazuje na to, że będzie ona w dalszym stopniu ideologicznie zanieczyszczana wszelkimi możliwymi do wyobrażenia błędnymi koncepcjami ekonomicznymi: co i rusz ponawiane są żądania podniesienia krajowej płacy minimalnej do poziomu co najmniej 15 dolarów za godzinę, zapowiadane są kolejne „darmowe lunche” finansowane jeszcze głębszym deficytem, żądania podniesienia podatków dochodowych i majątkowych zwiastują brak poszanowania dla oszczędności i inwestycji – będących przecież kluczem do wszelkiego przyszłego rozwoju gospodarczego, z coraz większym uporem wmawia się nam również, że rządowi eksperci i urzędy dysponują wiedzą, mądrością i umiejętnościami, aby planować skuteczne i odpowiadające naszym potrzebom inwestycje kapitałowe w dziedzinie energetyki, infrastruktury, umiejscowienia określonego rodzaju przedsiębiorstw oraz edukacji i zatrudnienia na podstawie rasowo-płciowej sprawiedliwości społecznej.

Innymi słowy powinniśmy spodziewać się nadejścia fali jeszcze większej niż dotychczas ekonomicznej ignorancji i głupoty. My, przyjaciele wolności i działacze na rzecz prawdziwej, wolnorynkowej ekonomii, nie powinniśmy mimo wszystko załamywać rąk i rozpaczać, lecz podwoić nasze wysiłki. Chociaż zła polityka w sposób nieunikniony przynosi niepożądane i destrukcyjne następstwa, porażki te mogą stać się pretekstem do propagowania bardziej racjonalnych rozwiązań. Aby miały one jednak szansę zaistnieć, konieczne jest dalsze edukowanie społeczeństwa w duchu wolności i otwartości. Nie odwracajmy się zatem od tego zadania, lecz kontynuujmy jego realizację również w tym nowym roku i nadchodzącej dekadzie. (więcej na ten temat w artykułach: The Bad Economics of Short-Run Policies, Freedom Requires Resisting Coronavirus Pessimism, Don’t Confuse Free Markets with the Interventionist State, oraz w mojej książce For a New Liberalism).

Richard M. Ebeling

Tłumaczenie: Dawid Świonder

Richard M. Ebeling jest starszym współpracownikiem American Institute for Economic Research oraz, pod patronatem BB&T, profesorem etyki i wolnej przedsiębiorczości na uczelni wojskowej the Citadel w Charleston (Karolina Południowa). W latach 2008-09 mieszkał na kampusie AIER. Powyższy artykuł pochodzi z aier.org

CYTAT TYGODNIA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here