Amerykańska republika: jak zrealizowaliśmy (i jak kontynuujemy) wspaniały eksperyment

Wolność przetrwa tylko wtedy, gdy ludzie z własnej woli będą chcieli nią żyć, oddychać, uczyć o niej i bronić jej za wszelką cenę

Foto.: pixabay.com
Pobierz e-booki

Dobry rząd to mały rząd…. Jeśli pojęcie “mały” rozumieć będziemy właściwie, znaczy to, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że chodzi tu o rząd, którego istnienie nie obciąża nadmiernie kieszeni własnych obywateli. To taki rząd, który obywatele wynajmują do tego, by chronił ich przez intruzami zewnętrznymi i wewnętrznymi, by reprezentował ich na arenie międzynarodowej i by stał na straży sprawiedliwości. Ale jednocześnie chodzi o taki rząd, który nie ingeruje w życie swoich sponsorów, gdy nie ma takiej konieczności, który szanuje owoce ich ciężkiej pracy, pozwala im cieszyć się nimi, chroni ich prywatną własność i nie krępuje ich działalności rabunkowymi podatkami. Kto wie, czy gdyby nie zbyt agresywna polityka korony brytyjskiej względem swoich obywateli zasiedlających Amerykę, Stany Zjednoczone by powstały i czy przybrałyby one taki a nie inny kształt?

Coraz większy sprzeciw mieszkańców Ameryki wobec opresyjności brytyjskiego rządu – nakładanie nowych podatków, nieliczenie się z opinią miejscowej ludności, ignorowanie jej opinii – zaowocował Deklaracją Niepodległości ogłoszoną 2, a przyjętą przez Kongres 4 lipca 1776 roku. Ileż można godzić się na niemoralne restrykcje narzucane przez, oddalony 3 tys. mil, rząd, nie mając nawet w nim swoich przedstawicieli? Konstytucja Stanów Zjednoczonych, która zrodziła się w wyniku tego buntu, do dziś stanowi dla wielu niedościgniony wzór.

Wsparcie
Wspomóż PAFERE
Wspomóż PAFERE

Zachęcamy do przeczytania artykułu Lawrence W. Reeda przybliżającego, w wielkim skrócie, historię narodzin kraju, który przez kolejne 200 lat wywierał olbrzymi wpływ na losy świata. Współczesne Stany Zjednoczone to dla jednych hegemon usiłujący siłą narzucać swoją wizję świata, dla innych – wciąż jedna z niewielu oaz wolności i normalności. Niezależnie od tych ocen, warto poznać tę historię, gdyż może ona być niezwykle pouczająca, zarówno dla rządów jak i zwykłych obywateli. Zwłaszcza, że przyszłość “hegemona”, mimo ewidentnych zalet jakie on posiada, wcale nie jest przesądzona. Zwraca zresztą na to uwagę również sam autor artykułu…

* * *

Amerykańska republika: jak zrealizowaliśmy (i jak kontynuujemy) wspaniały eksperyment

Krótka historia Ameryki i jej dokumentów założycielskich, a także rozważania nad tym, w jaki sposób możemy podtrzymywać płomień wolności, aby był jak najjaśniejszy.

Jestem ekonomistą i historykiem, nie prawnikiem, politykiem czy konstytucjonalistą. Mimo to z szacunkiem podchodzę do dokumentów założycielskich Ameryki oraz do osób, które je opracowały. Na tle wielowiekowej walki mężczyzn i kobiet z tyranią to, czego dokonało owo pokolenie, jest rzeczą zaiste bezprecedensową.

Osądzajmy ich bez wyrywania z kontekstu

Zanim zajmiemy się analizą ich dokonań, muszę przestrzec Czytelników przed uleganiem uprzedzeniom wynikającym z historycznej różnicy czasowej, tj. przed ocenianiem osób żyjących w XVIII w. na podstawie współczesnych standardów i konwencji. Mimo iż wydaje się to rzeczą uczciwą i zdroworozsądkową, ludzie nieustannie popełniają ten błąd. W skrajnych wypadkach możemy nawet natknąć się na tego typu wypowiedzi: „Thomas Jefferson był złym człowiekiem i nie powinniśmy się na nim wzorować, ponieważ posiadał niewolników”.

Zawsze, kiedy słyszę te słowa, myślę sobie: „Thomas Jefferson, podobnie jak autor tych krytycznych słów pod jego adresem, nie był idealny, niemniej w ciągu jednego tygodnia uczynił dla wolności więcej niż ów niewart zapamiętania narzekacz przez całe swoje długie życie”. Takie, wynikające z zadufania w sobie, kajanie się lub świętoszkowate afiszowanie się ze swoją wrażliwością moralną może sprawić, że dana osoba poczuje się przez chwilę dobrze, jednak zachowania te ujawnią jedynie jej ignorancję.

Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdybyśmy mogli na jedną godzinę przywrócić do życia braci Wright tylko po to, aby ów krytyk mógł ich złajać. Powiedziałby wtedy: „Wy kretyni! Zbudowaliście tę wątłą maszynę latającą i nie zamontowaliście w niej pasów bezpieczeństwa ani rozkładanych stolików, nie wspominając już o ekranach telewizyjnych. Jaki z was pożytek?!”.

Równie dobrze moglibyśmy zaatakować Adama Smitha za to, że w swoich dziełach nie przekazał nam wszystkiego, co można by napisać o teorii ekonomii. Wszak pominął on całkowicie austriacką teorię cyklu koniunkturalnego.

Wszystkich z nas w znacznym stopniu kształtują duch epoki, w której się urodziliśmy, oraz dominujące w niej idee. Wielu ludzi przeżywa swoje życie, nie wywierając znacznego wpływu na świat. Jednakże ci, którzy odmieniają bieg dziejów, to osoby, które w mniejszym bądź większym stopniu kwestionują status quo i odciskają piętno na świadomości innych. To oni dają nam narzędzia do dalszego rozwijania słusznych idei. Tego właśnie dokonał Jefferson i jego pokolenie.

Pamiętajmy, że za 200 lat ludzie spojrzą na nasze życie i odkryją, iż my również nie byliśmy idealni.

Historyczne znaczenie Ameryki

Deklaracja niepodległości z 1776 r. wywarła – i nadal wywiera – głęboki wpływ na świat. Z oczywistych powodów musiała ona powstać wcześniej niż Konstytucja. Zawarte w Deklaracji idee niezwykle silnie poruszały ludzi, którzy zebrali się 11 lat później w Filadelfii, aby spisać Konstytucję.

Niezadowolenie pokolenia Ojców Założycieli z relacji z ich krajem ojczystym miało swoje źródło w odrodzeniu idei wolności jednostki i właściwej roli rządu. Od początku XVIII w. amerykańscy koloniści nabierali coraz silniejszego przekonania o tym, że parlament wraz z monarchą odmawiał im tradycyjnych praw przysługujących Anglikom.

Jeśli chodzi o wyznawane idee, autorzy Deklaracji byli owocem epoki oświecenia. Jako że odwoływali się do racjonalizmu, odrzucali niepoważne i pompatyczne twierdzenia rządów, jakoby obywatele istnieli po to, aby służyć państwu. Prace uczonych, jak John Locke czy David Hume, zaszczepiły w nich zdrowy szacunek do jednostki. Ponadto w połowie XVIII w. rząd brytyjski pogorszył sytuację przez bezduszne traktowanie swoich poddanych mieszkających po drugiej stronie Atlantyku.

Seria tyrańskich działań

W roku 1760 Jerzy III został królem Wielkiej Brytanii. Jego stanowcze dążenie do umocnienia władzy brytyjskiej zakończyło długi okres zwany „błogim zaniedbaniem”, w którym amerykańskie kolonie korzystały z ochrony brytyjskiej, lecz były wolne od zarządzania ze strony Londynu. W ciągu szesnastu lat, jakie upłynęły od objęcia tronu przez Jerzego III do ogłoszenia Deklaracji, doszło do szeregu konfliktów i sporów, spośród których wymienię te najważniejsze:

  • W roku 1761 Wielka Brytania umocniła swą władzę poprzez wydanie dokumentów uprawniających jej funkcjonariuszy do przeszukiwania własności prywatnej bez nakazu. W odpowiedzi prawnik kolonialny James Otis poprowadził protest bostońskich kupców, dla których działanie rządu było jawnym zaprzeczeniem praw, jakimi cieszyli się Anglicy w kraju.
  • W roku 1763 król zawetował prawo uchwalone w Wirginii, które określało płace pastorów kościoła anglikańskiego w tej kolonii. Jerzy III uważał, iż zasługiwali oni na wyższe uposażenia niż te, które skłonni byli im przyznać mieszkańcy Wirginii. Można by argumentować, iż w sprawie tej chodziło jedynie o zbyt niską wycenę pracy pastorów, jednak koloniści widzieli w niej przykład mieszania się odległego rządu w ich lokalne sprawy. [Porównaj „Subsydiarność” link { http://physicsoflife.pl/dict/subsydiarnosc.html } – przyp. PAFERE]
  • Wojna siedmioletnia, zwana też wojną francusko-indiańską, zakończyła się w 1763 porażką Francji i wypchnięciem jej z większości terenów Ameryki Północnej. Mimo, iż Amerykanie ponieśli duże straty finansowe i ludzkie, Wielka Brytania nalegała, aby to kolonie poniosły większą część kosztów tego konfliktu. W związku z tym Brytyjczycy nałożyli na Amerykanów nowe podatki, których dodatkowym celem miało też być utrzymanie w nich stałej obecności licznych wojsk korony. Jednak przy braku zagrożenia ze strony Francuzów koloniści nie widzieli potrzeby takiej obecności ani tym bardziej jej opłacania.
  • W roku 1764 Wielka Brytania uchwaliła ustawę o cukrze mającą zwiększyć przychody korony i ograniczyć handel kolonialny na Karaibach. Największy sprzeciw wzbudził jednak zapis ustawy mówiący, iż osoby łamiące ją (tj. przemytnicy i unikający podatków) miały być sądzone nie w normalnych sądach, jak inni Anglicy, lecz w wojskowych sądach „admiralicji”, których rozprawy często odbywały się na pokładach okrętów.
  • W roku 1765 uchwalono w Londynie niesławną ustawę stemplową. Narzucała ona na kolonistów konieczność kupowania znaczków skarbowych, które umieszczało się na pewnych dokumentach i publikacjach. Przychód z ich sprzedaży przeznaczony był na utrzymanie wojsk brytyjskich stacjonujących na amerykańskiej ziemi. Od Nowej Anglii aż po głębokie Południe dało się słyszeć głos sprzeciwu: „Żadnego opodatkowania bez reprezentacji!”. Coraz bardziej świadomi zasad idei wolności Amerykanie uważali możliwość bycia opodatkowanym przez oddalony o 3 tys. mil parlament, w którym koloniści nie mieli wybranych przez siebie przedstawicieli, za odpychającą.

Przeciwstawienie się tyranii

Bojkot brytyjskich dóbr i powszechny opór wobec brytyjskich poborców podatkowych poskutkował zniesieniem ustawy stemplowej w ciągu roku. Jednakże niebawem parlament uchwalił ustawę deklaracyjną z 1766 r. Potwierdzała ona zwierzchnictwo Wielkiej Brytanii nad koloniami i jej prawo do nakładania na nie wszelkich obciążeń, które uzna za stosowne.

Zignorowawszy sprzeciw kolonistów wobec opodatkowania bez reprezentacji, parlament przyjął również ustawy Townshenda wprowadzające cła importowe na szkło, ołów, papier i herbatę.

W 1767 r. parlament zawiesił nowojorską legislaturę, ponieważ odmówiła ona realizacji określonych przez rząd w Londynie warunków zaopatrzenia żołnierzy brytyjskich. Amerykanie wyrazili swój sprzeciw w tzw. „Okólniku kolonii Massachusetts”, w którym stwierdzili, iż rząd londyński nie ma prawa opodatkowywać ludu nieposiadającego swoich przedstawicieli w brytyjskim parlamencie. Poparcie, jakie dla tez zawartych w „Okólniku” wyraziły władze Massachusetts, Wirginii i Karoliny Południowej, sprawiło, że Brytyjczycy zawiesili działalność ciał ustawodawczych owych trzech kolonii.

Spory nasilały się, aż doszło do najpoważniejszej ich eskalacji w postaci słynnego protestu zwanego bostońską „herbatką” w 1773 r. W ramach sprzeciwu wobec oclenia herbaty i nadania przez rząd brytyjski monopolu na handel nią Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej amerykańscy patrioci w Bostonie weszli nocą na pokład trzech statków królewskich i zatopili cały jej ładunek. W odpowiedzi Wielka Brytania zamknęła port bostoński do momentu, aż zapłacono za zniszczony towar.

W roku 1774 uchwalono w Londynie ustawę o zakwaterowaniu sił zbrojnych. Zgodnie z jej postanowieniami brytyjscy gubernatorzy sprawujący nadzór nad koloniami mogli nakazać prywatnym właścicielom udostępniać domy na kwatery dla żołnierzy korony. Na domiar złego gubernatorem Massachusetts został generał Gage, co oznaczało, że obywatele tejże kolonii nie podlegali władzy cywilnej, lecz wojskowej.

Wystrzał, który usłyszał cały świat

Sytuacja szybko się pogarszała, aż do owego pamiętnego dnia w kwietniu 1775, kiedy to w Lexington padł „wystrzał, który usłyszał cały świat”. Brytyjczycy szli właśnie, by pojmać dwóch kolonialnych patriotów, Johna Hancocka i Johna Adamsa, a także zarekwirować skład broni w Concord, kiedy napotkali opór we wspomnianym Lexington. Starcie to zainspirowało płomienną odezwę wygłoszoną przez młodego agitatora Patricka Henry’ego w ciele ustawodawczym Wirginii. Oto fragment owej słynnej przemowy:

(…) Jeżeli pragniemy być wolni; jeżeli zależy, nam na zachowaniu owych nieocenionych przywilejów, o które od tak dawna walczyliśmy; jeżeli nie chcemy nikczemnie porzucić owej szlachetnej walki, którą od tak dawna prowadzimy i którą przysięgaliśmy prowadzić, aż do osiągnięcia naszego chwalebnego celu – musimy walczyć! Powtarzam, sir, musimy walczyć! (…) Zawołają panowie: „pokoju, pokoju”. Otóż nie ma żadnego pokoju. Wojna już się zaczęła! Wraz z następnym północnym wiatrem dobiegnie nas szczęk krzyżujących się oręży! Nasi bracia są już na polu walki! Dlaczego zatem my stoimy tu bezczynnie? Czego właściwie panowie pragną? Czego sobie życzą? Czy życie jest im tak drogie, a pokój tak miły, że skłonni są kupić je za cenę kajdanów i zniewolenia? Boże Wszechmogący, uchowaj! Nie wiem, co postanowią inni – co do mnie zaś: dajcie mi wolność albo zadajcie mi śmierć!

Na początku roku 1776 rząd brytyjski najął 12 tys. niemieckich najemników (znanych jako armia najemna Hesji-Kassel) do walki przeciwko amerykańskim kolonistom. Dla wielu Amerykanów była to kropla, która przelała czarę goryczy.

Trwająca miesiąc debata podczas Drugiego Kongresu Kontynentalnego, odbywającego się w Filadelfii, zakończyła się 2 lipca jednomyślnym postanowieniem ogłoszenia niepodległości od Wielkiej Brytanii. Deklarację Kongres przyjął 4 lipca. Jej treść odczytywano na publicznych zgromadzeniach w całym kraju, czemu towarzyszyło bicie dzwonów, salwy dział i wiwaty tłumów. Idee zawarte w dokumencie były rewolucyjne, a ich przyjęcie – z czego wszyscy zdawali sobie sprawę – równało się zdradzie stanu.

Potrzeba było jednak siedmiu długich lat znojnego konfliktu, zanim zawarto traktat paryski, na mocy którego zakończono wojnę, a Wielka Brytania uznała powstanie nowego, amerykańskiego państwa. Problemy i niepewność trwały jeszcze przez kolejne cztery lata, kiedy to obowiązywały Artykuły konfederacji.

Utworzenie nowego porządku

Wtedy też rozpoczęły się obrady Konwencji Konstytucyjnej w Filadelfii w 1787 r. Zgromadzenie to nigdy nie miało sobie równych pod względem geniuszu, mądrości, osiągnięć i doświadczenia jego członków, a także celu, jakim było utworzenie rządu oraz zagwarantowanie wolności swojemu ludowi.

Dalekowzroczność George’a Washingtona, który przewodził Konwencji, uwidoczniła się najpełniej w wypowiedzianych przezeń słowach: „Gdybyśmy dali ludowi, ku jego uciesze, to, co sami potępiamy, na jakiej podstawie moglibyśmy później bronić naszego dzieła? Winniśmy raczej ustalić wzorce, do których dążyć będą mądrzy i uczciwi, reszta zaś leży w rękach Boga”.

Oto skrótowe podsumowanie tego, co ustalili delegaci podczas Konwencji – a uczynili to nie tylko dla siebie i swego pokolenia, lecz także dla wszystkich żyjących później Amerykanów:

  1. Potwierdzili, że Ameryka będzie republiką, a nie demokracją większościową. Rozumieli oni bowiem, iż istnieje wiele kwestii, których nie powinno poddawać się pod głosowanie ludu, jak podstawowe prawa człowieka do życia, wolności i dążenia do szczęścia.
  2. Ustanowili rząd o ograniczonych funkcjach i władzy. Ich intencją było związanie go łańcuchami Konstytucji, w której zawarli tuziny zakazów redukujących zakres jego uprawnień.
  3. Wprowadzili genialny system „podziału władz” cechujący się dwojaką formą:
    1. federalizm, w którym wiele uprawnień przekazano stanom;
    2. trzy oddzielne władze nowego rządu federalnego, z których każda posiada własne uprawnienia i ograniczenia (wykonawcza, ustawodawcza i sądownicza).
  4. Utworzyli system kontroli i równowagi obejmujący cały nowo powołany rząd. Zgodnie z jego zasadami poszczególne władze, poprzez swoje uprawnienia, kontrolują się i równoważą wzajemnie. Przykładowo, prezydent może zawetować prawa uchwalane przez Kongres. Ten z kolei może wstrzymać finansowanie organów władzy wykonawczej. Mimo iż Kongres ustanawia prawo, Sąd Najwyższy może orzec, iż dany akt jest niekonstytucyjny, a tym samym nieważny. Prezydent mianuje sędziów federalnych i różnych urzędników administracji państwowej, lecz Senat może odmówić ratyfikacji np. w przypadku osób starających się o wysokie stanowisko w Sądzie Najwyższym. Sąd federalny może uznać kogoś winnym popełnienia przestępstwa, natomiast prezydent może go ułaskawić bądź zawiesić wyrok.
  5. Do Konstytucji dodali Kartę praw gwarantującą podstawowe swobody, tj. wolność słowa, prasy i zgromadzeń, a także prawo do noszenia broni. Aby uczynić jasnym fakt, że jednostce przysługują również inne prawa oprócz tych wymienionych w Konstytucji, dodali oni Poprawkę IX, która stanowi: „Wymienienie w konstytucji określonych praw nie oznacza zniesienia lub ograniczenia innych praw, przysługujących ludowi”1. Celem zapewnienia suwerenności i integralności poszczególnych stanów, twórcy Konstytucji zawarli w niej szereg postanowień, w tym także Poprawkę X: „Uprawnienia, których konstytucja nie powierzyła Stanom Zjednoczonym ani nie wyłączyła z właściwości poszczególnych stanów, przysługuje nadal poszczególnym stanom bądź ludowi”2.

Osoby pragnące dowiedzieć się więcej o Karcie praw i kobiecie, której wysiłki okazały się nieodzowne do jej przyjęcia, odsyłam do dwóch artykułów: „The Holiday That Isn’t” oraz „Mercy Otis Warren: Conscience of Great Causes”.

Czyżbyśmy zboczyli z właściwej drogi?

W ciągu ponad dwóch stuleci od napisania Konstytucji rząd federalny Ameryki rozrósł się do rozmiarów znacznie przekraczających to, co zamierzali Ojcowie Założyciele. W związku z tym nasuwa się ważne pytanie: czy w kontekście realizacji celu, jakim jest utrzymanie minimalnego rozmiaru rządu, to Konstytucja zawiodła nas, czy też to my zawiedliśmy ją? Uważam, że debata na ten temat jest zdecydowanie potrzebna, a im bardziej będzie drobiazgowa, tym lepiej. Myślę, że nawet Ojcowie Założyciele zgodziliby się ze stwierdzeniem, iż niekiedy konieczne jest zakwestionowanie fundamentalnych założeń danej idei. Z przyjemnością cofnąłbym się chociaż na chwilę do roku 1787, aby uzupełnić Konstytucję dodatkowymi ograniczeniami rządu, o których nie pomyśleli jej twórcy.

Niemniej w panteonie dokumentów określających zasady ustrojowe państw Konstytucja z pewnością powinna widnieć jako jeden z najwspanialszych darów jednego pokolenia dla kolejnych. Doświadczając ciężaru wojny, ryzykując własnym życiem, majątkiem i honorem, owi dzielni i mądrzy ludzie kierujący się ideą wolności sformułowali dokument niemający sobie równych w dziejach ludzkości. Pomni jednak słów Benjamina Franklina, które wypowiedział, opuszczając konwencję konstytucyjną, musimy zdawać sobie sprawę, iż aby zachować wolność, nie wystarczy ogłosić ją na piśmie. Pewna kobieta zapytała go: „Panie Franklin, jakiego rodzaju rząd nam panowie dali?”, na co on odpowiedział: „Republikę, proszę pani, o ile zdołacie ją zachować”.

Czy jesteśmy w stanie ją zachować? Co prawda przetrwała już ponad dwa stulecia, jednak doświadczała przy tym wielu ciosów i ataków. To, czy nasza republika przetrwa i umocni się na kolejne dwa wieki, czy też osłabnie, zostanie zaniedbana i odsunięta na rzecz innego ustroju, zależy – jak zasugerował Franklin – od nas samych. Wolność nie istnieje jako coś zagwarantowanego ot tak, z automatu. To, że cieszyło się nią dane pokolenie, w żaden sposób nie warunkuje jej istnienia, gdy nadejdzie kolejne. Wolność przetrwa tylko wtedy, gdy ludzie z własnej woli będą chcieli nią żyć, oddychać, uczyć o niej i bronić jej za wszelką cenę.

Lawrence Reed

tłum. Dawid Świonder

(Powyższy artykuł opracowano na podstawie wygłoszonej kilkakrotnie przez prezesa FEE, Lawrence’a Reeda, prelekcji skierowanej do młodzieży szkolnej i akademickiej).

Lawrence W. Reed jest prezesem Foundation for Economic Education oraz autorem następujących prac: Real Heroes: Incredible True Stories of Courage, Character, and Conviction i Excuse Me, Professor: Challenging the Myths of Progressivism. Obserwuj go na Twitterze i polub na Facebooku.

1 Poprawka IX, Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki, tłum. A. Pułło, Wyd. Sejmowe, Warszawa 2002.

2 Poprawka X, tamże.

Pobierz e-booki
Pobierz za darmo e-book
Pobierz za darmo e-book

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here