Koniec trzeciej drogi na przykładzie Japonii i Niemiec

Doświadczenia Japonii oraz Niemiec powinny być dla nas przestrogą przed kuszącą, lecz zabójczą w dłuższej perspektywie, koncepcją trzeciej drogi. Polityka prowadzona zgodnie z jej założeniami prowadzi nie tylko do uzależniania coraz większej liczby obywateli od państwa, lecz także do umocnienia grup interesu i wytworzenia mechanizmów niemal całkowicie uniemożliwiających przeprowadzenie koniecznych reform

Foto. pixabay.com
PAFERE WIDEO

Wyniki zeszłorocznych wyborów w Japonii i w Niemczech są ważne nie tylko z punktu widzenia owych krajów, lecz mają także szersze znaczenie dla obserwatorów politycznych, ponieważ zwiastują ostateczną porażkę modnej onegdaj doktryny zwanej „trzecią drogą”. Jest to bowiem koncepcja, którą socjaliści – pragnący zachować swoją antykapitalistyczną platformę ideową – przyjęli rozpaczliwie w obliczu całkowitej porażki „realnego socjalizmu”. Zakłada ona, iż możliwe jest zapewnienie wszystkich korzyści wolnego rynku, w postaci wyższej produktywności i liberalnego charakteru społeczeństwa, przy jednoczesnym wyeliminowaniu jego wad, tj. nadmiernego indywidualizmu, skupianiu się przedsiębiorstw na wytwarzaniu wartości dla swoich udziałowców czy mechanizmu przejęć jako formy reorganizacji przemysłu – słowem wszystkich przejawów tego, co tak emocjonalnie określa się mianem „chciwości”. Na szczęście dla zwolenników trzeciej drogi mogli oni powoływać się na dwa przykłady gospodarek, które opierały się właśnie na owych niekapitalistycznych wartościach, a jednocześnie plasowały się na drugim i trzecim miejscu na świecie pod względem wielkości – chodzi tu mianowicie o Japonię i Niemcy. W rzeczy samej był bowiem taki okres, kiedy Ameryka obawiała się zdumiewającej gospodarczej dynamiki Japonii. Spodziewano się wręcz, że tamtejsze spółki, z Toyotą, Nissanem i Hondą na czele, zepchną z dotychczasowej pozycji okręg Detroit. Chociaż przedsiębiorstwa japońskie nie cechowały się wielką innowacyjnością, niemniej były w stanie kopiować zachodnie rozwiązania i produkować samochody, pralki lub komputery znacznie efektywniej. Niemcy z kolei stanowiły naczelną siłę gospodarczą w Europie, a tamtejszy przemysł, podobnie jak japoński, był mocno nastawiony na eksport. W obu krajach udziałowców pozbawiono możliwości decydowania o funkcjonowaniu spółek, których byli nominalnymi właścicielami. Postanowiono bowiem, że mają one służyć nie im, lecz ogółowi społeczeństwa. Stąd też wzięła się rola wielkich korporacji japońskich jako podmiotów zapewniających opiekę społeczną i dożywotnie zatrudnienie. Mimo iż w obu krajach skrupulatnie przestrzegano zasady prywatnej własności przedsiębiorstw, ich gospodarki nie przypominały anglo-amerykańskiej formy kapitalizmu znanej chociażby z Wall Street czy City of London.

Tymczasem zarówno Japonia, jak i Niemcy od dwóch dekad zmagają się z recesją, który to stan rzeczy skłonił oba kraje do zakwestionowania swoich modeli gospodarczych – i o tym właśnie świadczą wyniki wyborów, szczególnie te w Japonii. Co poszło nie tak? Krótko mówiąc: kraje te zostały zdominowane przez grupy interesu wykorzystujące system polityczny, aby kierować do własnej kieszeni dochód wypracowywany przez innych (jest to tzw. „pogoń za rentą”); w obu państwach nadmiernie rozbudowano system opieki społecznej; z kolei ich gospodarkom brakuje elastyczności umożliwiającej dostosowanie się do zmian wywoływanych globalizacją. Co więcej, ustrój polityczny Japonii oraz Niemiec na wszelkie możliwe sposoby sprzyja temu, aby tamtejsze partie polityczne utrzymywały ów niewydolny system oraz by nikomu nie opłacało się podejmować jakichkolwiek prób odmienienia go.

CYTAT TYGODNIA

Jest to klasyczny „dylemat społeczny”: wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że dla obywateli korzystne byłoby zniesienie przeszkód ekonomicznych w postaci sztywnego prawa pracy, regulacji działalności gospodarczej oraz kosztownego systemu opieki społecznej – jednakże nie dąży się do tego, ponieważ partie polityczne spętane są długiem wdzięczności za wsparcie ze strony grup interesu, którym na rękę jest utrzymanie, a nawet rozszerzanie, obecnego systemu.

Dylemat ten z wielkim wyrafinowaniem i skrupulatnością analizował ekonomista Mancur Olson. Stwierdził on pewnego razu, że przełamanie go może nastąpić jedynie przy okazji jakiejś ogólnokrajowej katastrofy, jaką byłaby np. porażka w wielkim konflikcie zbrojnym1. Tak też było w przypadku zarówno Japonii, jak i Niemiec, których gospodarki uległy całkowitemu zniszczeniu w trakcie II wojny światowej. Tuż po jej zakończeniu oba te kraje dokonały jednak niezwykłej odbudowy, natomiast należąca do strony zwycięskiej Wielka Brytania niedomagała gospodarczo aż do czasu rządów Margaret Thatcher. Wynikało to oczywiście z faktu, że w Zjednoczonym Królestwie główną rolę odgrywały grupy interesu, jak np. związki zawodowe2. Przyjrzyjmy się najpierw Japonii – i to dość szczegółowo, ponieważ zdaje się ona radzić sobie z owym dylematem społecznym lepiej niż Niemcy.

Na japońskiej scenie politycznej dominującą rolę odgrywa Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP), która od roku 1955 utraciła władzę tylko raz, chwilowo w latach 90. Ugrupowanie to nie posiada jednak spójnego programu. W rzeczywistości składa się ono z różnych grup interesu czerpiących korzyści z rozrastającego się aparatu państwowego. Sektor publiczny w Japonii jest względnie niewielki, a w kraju nie ma też poważnego ruchu socjalistycznego – głównym jego uosobieniem jest założona przez rozczarowanych działalnością swojej partii byłych członków LDP Partia Demokratyczna, którą cechuje nieco bardziej lewicowe nastawienie i dążenie do realizacji interesów związków zawodowych. Widać więc, że jej działacze wiedzą, jak skutecznie „gonić za rentą”.

Gospodarka Japonii zawsze miała charakter rynkowy, jednak nie w duchu anglo-amerykańskim. Udziałowcom nie tylko wypłacano śmiesznie niskie dywidendy, lecz także uniemożliwiono brania udziału w walnych zgromadzeniach. Spółkami zarządzali „interesariusze”, czyli menedżerowie i banki. Ponadto przedsiębiorstwa nastawione były raczej na zdobywanie udziałów w rynku, niż na zwiększanie zysków, a cały kraj mobilizowano do skoncentrowania swoich wysiłków na eksporcie zamiast na konsumpcji. W związku z tym spółki japońskie, o ile nie miały charakteru socjalistycznego, z pewnością charakteryzowały się komunitaryzmem, gdyż zapewniały pomoc socjalną i dożywotnie zatrudnienie. Chociaż system ten był skostniały i nieelastyczny, funkcjonował na tyle sprawnie, że Japonia uplasowała się na drugim miejscu pod względem wielkości gospodarki na świecie – aż do roku 1990, kiedy to zaczęły się długotrwałe spadki na tamtejszej giełdzie (w najgorszym momencie kurs indeksu Nikkei obniżył się z 39 tys. do 10 tys. jenów). Tym samym gospodarka realna zaczęła, w ujęciu względnym, stopniowo słabnąć. Początkowo inwestorzy odnotowali zyski kapitałowe, jednakże miliony japońskich gospodyń domowych, które wydawały rodzinne dochody na zakup akcji, mocno odczuły spadek ich wartości w latach 90. Jednocześnie państwo akumulowało znaczny dług, sięgający w owym czasie 160 proc. PKB.

Pochodzący z należącej do politycznego establishmentu rodziny premier Junichirō Koizumi był, pomimo swego tła rodzinnego, świadom, iż bez odpowiednich działań kraj nie wyjdzie ze stagnacji. Uważał on, że chociaż Japonia świetnie kopiuje zachodnie rozwiązania w elektronice, to w równym stopniu powinna kopiować też zachodnie rozwiązania ekonomiczne. W roku 2001, po mianowaniu na stanowisko szefa rządu, obrał za swój cel państwową pocztę, którą zamierzał sprywatyzować. Stanowi ona bowiem nie tylko istotną kwestię, ale ponadto doskonale pokazuje, na czym polega gospodarcza bolączka Japonii. Jego plan zablokowała jednak wyższa izba parlamentu wczesnym latem 2005 r. (w izbie niższej uzyskał natomiast słabą aprobatę), co stało się bezpośrednią przyczyną rozpisania kolejnych wyborów.

Celem owej prywatyzacji nie miała być poprawa jakości usług. Z własnego bogatego doświadczenia mogę zapewnić, że pomimo państwowego charakteru poczta japońska działa efektywnie. Prawdziwą przesłanką planu premiera Koizumiego był fakt, iż urząd pocztowy pełni jednocześnie rolę potężnego banku i państwowej ubezpieczalni. Oszczędność Japończyków obrosła już niemal legendą, a najczęściej wybieraną przez nich formą oszczędzania jest właśnie korzystanie z banku pocztowego, który obecnie zawiaduje aktywami o wartości 3 bln dolarów amerykańskich. Co takiego dzieje się z tymi pieniędzmi? Otóż idą one na przerośnięte i zasadniczo niepotrzebne projekty publiczne. Niedaleko Tokio znajduje się średniej wielkości miasteczko, w którym wybudowano dwa porty lotnicze – łączna liczba kursujących tam dziennie samolotów wynosi dziesięć. Wszystkie tego typu przedsięwzięcia są podarunkiem dla LDP, która poprzez tworzenie bezproduktywnych miejsc pracy zapewnia sobie głosy wyborców. Urząd pocztowy zatrudnia 400 tys. osób. Plan Koizumiego zakładał uwolnienie całego tego kapitału tak, aby można było zainwestować go we wciąż jeszcze produktywnym sektorze prywatnym.

Oczywiście takie posunięcie było nie na rękę establishmentowi z LDP, który udaremnił pierwszą próbę prywatyzacji. Jednakże Koizumi wykonał odważny krok i zeszłego września ogłosił wybory oraz zwolnił stających mu na drodze członków LDP. Ponadto w trakcie kampanii zaprosił do współpracy tzw. „zabójców”, tj. specjalnie dobrany zespół osobowości medialnych mający zwalczać jego kontrkandydatów. Ta strategia pozwoliła mu odnieść zdecydowane zwycięstwo: nawet jeśli izba wyższa parlamentu nadal będzie sprzeciwiać się prywatyzacji poczty, zdoła on przełamać ów opór za pomocą mechanizmów konstytucyjnych dzięki głosom poparcia koalicjantów z partii Kōmeitō.

Zanegowanie teorii wyboru publicznego

Zwycięstwo Koizumiego było niezwykłe, ponieważ zaprzeczyło teorii głoszonej przez szkołę wyboru publicznego, według której w normalnych warunkach niemożliwe jest pokonanie elektoratu złożonego w głównej mierze z poszukiwaczy renty. Wizja przyszłych korzyści płynących z koniecznych reform nie jest na tyle silnym argumentem, by móc konkurować z atrakcyjnymi programami zapewniającymi natychmiastową gratyfikację. Koizumi to jednak przebiegły, i być może też uczciwy, polityk, który podszedł do kampanii tak, jak gdyby wybory były jednocześnie referendum dotyczącym prywatyzacji poczty. Gdyby bowiem opierał się na głoszeniu standardowych haseł programowych, jego oponenci niemal na pewno pokonaliby go swoim własnym programem dla poszukiwaczy renty. Co więcej odznacza się on również niezwykłą jak na japońskiego polityka charyzmą.

Niestety wszystko wskazuje na to, że postęp w Japonii będzie dość powolny – ukończenie procesu prywatyzacyjnego zaplanowano bowiem dopiero na rok 2017. W dodatku, jeżeli Koizumi spróbuje zreformować kosztowny system opieki społecznej, poszukiwacze renty wykorzystają wszelkie dostępne im narzędzia, aby go powstrzymać. Obecnie najpilniejszym problemem Japonii jest starzenie się populacji i kurczenie liczebności siły roboczej, co z czasem doprowadzi do dalszego zwiększenia kosztów funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej. Kadencja premiera Koizumiego zakończy się w przyszłym roku, a w dodatku, zgodnie ze statutem LDP, nie będzie mógł on również dalej przewodzić partii. Niestety na horyzoncie nie widać nikogo równie stanowczego i oddanego idei reform, kto mógłby zająć jego miejsce. W związku z tym podjęto już pewne kroki, aby przekonać go, by nie odchodził z polityki i kontynuował swoją pracę. Wszak jeśli Japonia ma nadal zaprzeczać ustalonym od dawna tezom szkoły wyboru publicznego, będzie potrzebowała kogoś z jego determinacją.

Niemcy

Niemcy mają trzecią co do wielkości gospodarkę na świecie i dość podobne doświadczenia historyczne jak Japonia. Niegdyś były najprężniej rozwijającym się krajem w Europie, dziś natomiast zmagają się ze stagnacją i bezrobociem na poziomie ponad 11 proc. Po II wojnie światowej Niemcy wprowadziły system zwany „społeczną gospodarką rynkową” pod wodzą Ludwiga Erharda, który najpierw pełnił funkcję ministra finansów, a później (mniej udanie) kanclerza3. „Społeczna gospodarka rynkowa” miała łączyć postęp zapewniany przez siły rynkowe z opiekuńczą polityką społeczną, jednak w ciągu ostatnich 30 lat element socjalny zdecydowanie wyparł element rynkowy w owym modelu (nie jest jasne, czy sam Erhard był zwolennikiem takiej tendencji).

Pierwotny Bismarckowski model państwa opiekuńczego poddano dalszej rozbudowie: najpierw poszerzono system emerytalny (do formy, w której świadczenia nie są bezpośrednio powiązane z wpłacanymi składkami i zależnej od rosnącej liczby urodzeń), a następnie wprowadzono regulacje dotyczące zatrudnienia. Tymczasem przyrost naturalny w Niemczech drastycznie zmalał, prywatne fundusze emerytalne praktycznie nie istnieją, a rosnące pozapłacowe koszty pracy poważnie utrudniają prowadzenie działalności gospodarczej, w związku z czym spora część niemieckiego kapitału przenosi się za granicę. W połączeniu z globalizacją proces ten będzie się tylko pogłębiał. Sytuacja niemieckiego biznesu przypomina tę w Japonii, co widać szczególnie po słabej pozycji udziałowców spółek oraz rzadkich przejęciach przedsiębiorstw.

Wszystko to było wiadome od dawna, jednak grupy interesu okopane na swoich wygodnych pozycjach usztywniły system polityczny w mniejszym bądź większym stopniu. Żadna partia nie ośmieli się zakłócić ich spokoju jakąkolwiek poważną reformą. Wszystkie stronnictwa polityczne funkcjonują bowiem w nieformalnym kartelu i chociaż kartele można obalić dzięki prywatnej konkurencji na rynku, w tym wypadku jest to o tyle trudniejsze, iż mamy tu do czynienia z jedynie namiastką konkurencji w ramach demokracji przedstawicielskiej. Niemcy wpadły więc w nierozwiązywalny dylemat społeczny, a o Erhardzie mało kto dziś już pamięta.

Pewien krok naprzód poczyniono jednak wraz z pojawieniem się Angeli Merkel jako przywódczyni Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU). Jako że nie była ona w stanie utworzyć nawet niewielkiej większości w porozumieniu z mniejszą, lecz bardziej wolnorynkową Liberalno-Demokratyczną Partią Niemiec, została niejako zmuszona do zawarcia „wielkiej koalicji” z Socjaldemokratami. To oznacza, że wspomniana wcześniej sztywność systemu politycznego uformowana przez grupy interesu będzie trwać jeszcze przez jakiś czas. Dobrym przykładem tego stanu rzeczy jest reforma podatkowa. Otóż Merkel planowała powołać na stanowisko ministra finansów mało znanego wykładowcę, Paula Kirchhofa, który uzyskał „złą” sławę swoimi propozycjami zastąpienia skomplikowanego systemu podatkowego opartego na niezliczonych ulgach modelem prostszym, bazującym na podatku liniowym o stawce 25 proc. Wszystkie grupy korzystające na obecnym systemie natychmiast oprotestowały ten plan, po czym został on po cichu zarzucony w trakcie kampanii. Żaden niemiecki komentator nie zwrócił uwagi na to, że szczegółowo zaprojektowany podatek liniowy w rzeczywistości zwiększyłby przychody rządu z racji wyeliminowania bodźców skłaniających do unikania opodatkowania oraz zjawiska ilustrowanego przez krzywą Laffera. Jako taki podatek liniowy jest korzystny dla wszystkich, nie tylko dla bogatych – może z wyjątkiem księgowych… Jest on jednym z narzędzi umożliwiających wyjście z dylematu społecznego.

Frau Merkel zasugerowała, że przepisy dotyczące zatrudniania i zwalniania zostaną poluzowane tak, aby ułatwić likwidowanie nieproduktywnych miejsc pracy. Zmianom tym towarzyszyć ma również przebudowa systemu opieki społecznej mająca na celu usunięcie zachęt do pozostawania nieaktywnym zawodowo, co jako zjawisko jest zmorą niemieckiego państwa opiekuńczego. Co prawda już socjaldemokraci pod wodzą Gerharda Schrӧdera podejmowali tego typu reformy, jednak w bardzo okrojonej formie, którą rozwodniono jeszcze bardziej pod wpływem sprzeciwów ze strony wciąż silnych związków zawodowych. Chociaż Niemcy borykają się z pewnymi wyjątkowymi dla siebie problemami – jak chociażby trudności związane ze zjednoczeniem RFN i NRD – nie powinno nam to przesłaniać faktu, iż jako państwo są one doskonałą ilustracją powszechnie występujących w demokracji przedstawicielskiej problemów, czego szczególnym przejawem jest blokowanie przez okopane grupy interesu działań korzystnych dla całego społeczeństwa.

Doświadczenia Japonii oraz Niemiec powinny być dla nas przestrogą przed kuszącą, lecz zabójczą w dłuższej perspektywie, koncepcją trzeciej drogi. Polityka prowadzona zgodnie z jej założeniami prowadzi nie tylko do uzależniania coraz większej liczby obywateli od państwa (głównie poprzez rozdawnictwo socjalne), lecz także do umocnienia grup interesu i wytworzenia mechanizmów niemal całkowicie uniemożliwiających przeprowadzenie koniecznych reform. Być może jedynym narzędziem pozwalającym wyjść z tego dylematu społecznego jest szwajcarski system referendów, które przeprowadza się w konkretnych sprawach. Potwierdza to fakt, że Koizumi poprowadził swoją kampanię wyborczą właśnie tak, jak gdyby wybory były równoważne z referendum na temat prywatyzacji japońskiej poczty. Istnieje zatem szansa, że poddanie kwestii podatku liniowego w Niemczech pod głosowanie obywatelskie poskutkowałoby przyjęciem tegoż projektu.

Ponadto praktykowane w ramach trzeciej drogi ograniczanie znaczenia udziałowców spółek osłabia mechanizmy korekcyjne rynku oraz umacnia pozycję menedżerów i banków, które to podmioty bynajmniej nie odznaczają się postawą prorynkową. Istnieje bowiem tylko jedna forma sprawnie funkcjonującego kapitalizmu: opartego na dobrowolnej wymianie i znacznym zawężeniu uprawnień państwa. Warto przytoczyć tu słynne słowa czeskiego prezydenta Václava Klausa: „Trzecia droga prowadzi do trzeciego świata”. Tak też Japonia, która podjęła już pewne działania naprawcze, wyłamała się niejako z prognoz opartych na teorii wyboru publicznego – czego, jak na razie, nie można stwierdzić o Niemczech.

Norman Barry

Tłumaczenie: Dawid Świonder

Norman Barry (1944-2008) był profesorem nauk społecznych i politycznych na University of Buckingham, jedynej prywatnej uczelni tego typu w Wielkiej Brytanii. Jest autorem podręczników An Introduction to Modern Political Theory i Business Ethics. Tekst ukazał się pierwotnie 1 maja 2006 r.

1 Zob. M. Olson, The Rise And Decline of Nations, wyd. Yale University Press, New Haven, Conn. 1982

2 Zob. N. Barry, „What Kind of Conservatism?” w: Margaret Thatcher’s Revolution, red. S. Roy i J. Clarke, wyd. Continuity Books, Nowy Jork 2005.

3 Zob. N. Barry, „The Social Market Economy” w: Social Philosophy, t. 10, 1992.

CYTAT TYGODNIA
Poprzedni artykułReed: List Otwarty do etatystów na całym świecie
Następny artykułDlaczego analiza danych demograficznych może pomóc przewidzieć, co przyniesie przyszłość?
Norman Patrick Barry (25 czerwca 1944 - 21 października 2008) - angielski filozof polityczny, najbardziej znany jako wykładnik klasycznego liberalizmu. Przez większą część kariery, był profesorem teorii społecznej i politycznej na Uniwersytecie Buckingham.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj