|
Rozmowa z Danielem J. Mitchellem, głównym ekspertem podatkowym CATO Institute
Stosunki Międzynarodowe: Twierdzi pan, że mamy obecnie do czynienia ze światową rewolucją podatkową, która przejawia się tym, że występuje ogólnoświatowy trend do obniżania obciążeń podatkowych, a także nasila się konkurencja podatkowa między państwami. Na czym opiera pan tak optymistyczne przesłanki? - Jeśli porównamy średnią stawkę podatku PIT sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat z tymi obecnymi, gołym okiem widać, że światowy trend jest dla podatników korzystny. Dwadzieścia lat temu średnie stawki podatku CIT w krajach OECD wahały się między 40 a 50 proc. Dziś są zdecydowanie niższe i trwa wyścig o to, który kraj będzie szybciej obniżał obciążenia podatkowe. - Uważa pan, że ta tendencja będzie się utrzymywać? - Z całą pewnością. Chociażby inwestorzy działają racjonalnie i w oparciu o rachunek ekonomiczny. Jeśli mają do wyboru państwo z niskimi podatkami albo z wysokimi, zawsze wybiorą to pierwsze. Politycy tych państw, w których ściąga się wysokie podatki, widzą, że tracą inwestycje i ich rozwój gospodarczy spowalnia się. Aby utrzymać się przy władzy, muszą podążać wyznaczoną drogą obniżania obciążeń fiskalnych; w przeciwnym razie sami stracą władzę, a ich kraj pogrążać się będzie w nieustannym zastoju i pozostanie daleko w tyle za państwami stosującymi konkurencyjne stawki podatkowe.
- Jak na ten trend wpłynął podatek liniowy. Czy miał w ogóle jakikolwiek wpływ? - Ależ oczywiście. Śmiem twierdzić, że nazwiska dwóch naukowców z Instytutu Hoovera (Hoover Institution), Roberta Halla i Alvina Rabushki, zajmą poczesne miejsca w historii myśli ekonomicznej. Zwróćmy uwagę, że odkąd w 1981 r. zaproponowali ideę podatku liniowego, następuje stały wzrost liczby państw wprowadzających ten sposób opodatkowania dochodów. Co więcej, żadne państwo, które już zdecydowało się na ten krok, nie widzi potrzeby odwrotu, czyli oznacza to, że podatek liniowy sprawdził się wszędzie. Obecnie aż dwadzieścia cztery państwa na świecie stosują podatek liniowy. - Mówiąc o rewolucji podatkowej, wspomina pan w tym kontekście o roli, jaką pełni konkurencja podatkowa. Czy poszczególne kraje rzeczywiście mogą konkurować między sobą za pomocą stawek podatkowych? - Jak najbardziej taka konkurencja ma miejsce. Na przykład radykalna obniżka podatku CIT w Irlandii na przełomie lat 80. i 90. przyczyniła się do niemal podwojenia PKB per capita w ciągu jednego zaledwie dziesięciolecia. Irlandczycy dogonili w ciągu półtorej dekady Wielką Brytanię. Brytyjczycy nie mogli patrzeć na to ze spokojem i również zaczęli obniżać podatki. Mamy też walkę na innych polach. Konkurencja o ruchome oszczędności i inwestycje zachęciła wiele krajów do likwidacji różnych form podwójnego opodatkowania, wciąż redukowane są podatki od lokat bankowych, obniżane są dywidendy. Podatek od śmierci (podatek spadkowy – przyp. red.) jest coraz mniej popularny i w coraz większej liczbie państw znoszony. To wszystko nie bierze się znikąd, lecz z walki o przyciągnięcie kapitału, oszczędności, inwestycji. - Czy jednak pana zdaniem konkurencja podatkowa ma przed sobą przyszłość? W Unii Europejskiej coraz głośniejsze stają się nawoływania nie do konkurowania, lecz do harmonizowania podatków. Wydaje się zatem, że trend jest odwrotny… - Harmonizację podatkową proponują państwa, które same mają wysokie obciążenia podatkowe, czyli np. Niemcy, Francja czy Belgia. Chcą oni za pomocą harmonizacji doprowadzić do równania podatków w górę, do poziomu ich państw. Nie sądzę jednak, aby politycy takich państw jak Łotwa, Słowacja albo Estonia zgodzili się na radykalną podwyżkę podatków (bo w ich wypadku to właśnie oznacza projekt harmonizacji), a przy okazji wyrazili zgodę na własną śmierć polityczną. Wyborcy nie darowaliby im przecież zgody na takie propozycje. Nie łudzę się jednak, że brukselscy biurokraci zdecydowaliby się np. na harmonizację podatku CIT na poziomie niższym niż 10 proc. Przecież nie tak dawno ich żądania i utyskiwania wymusiły na Irlandii podwyższenie podatku z 10 do 12,5 proc. – jak tłumaczyli - irlandzkie warunki podatkowe są zbyt przyjazne przedsiębiorcom, a przez to – ich zdaniem – nieuczciwe. - W którym z państw stosujących podatek liniowy jego istnienie przyniosło najwięcej korzyści? - Zdecydowanie Hongkongowi, a to z tej prostej przyczyny, że funkcjonuje on tam najdłużej. Mało kto pamięta, że wprowadzono go tam już w 1947 r. W roku 1950 poziom dobrobytu tego państwa, w porównaniu z Francją czy Stanami Zjednoczonymi, wyglądał mizernie; dochód na mieszkańca był odpowiednio dwa oraz trzy i pół razy niższy. Obecnie Hongkong już dawno zostawił w tyle Francję i mocno depcze po piętach Stanom Zjednoczonym. We wszystkich rankingach i indeksach ekonomicznych tamtejsza gospodarka zajmuje pierwsze miejsce pod względem przyjazności wobec prowadzenia biznesu. Podatki ma niskie, liniowy na poziomie 15 proc., brak podwójnego opodatkowania, a całe prawo podatkowe mieści się na jakichś 100 stronach stronach. Co więcej, nie występuje tam w ogóle podatek VAT, a poziom wydatków państwowych oscyluje w granicy 20 proc. PKB. Warto jeszcze dodać, że budżet państwa od kilkunastu lat nie ma problemów z deficytem. To wszystko dowodzi, że przy bardzo dobrych fundamentach ekonomicznych, jakie ma niewątpliwie Hongkong, podatek liniowy może być ważnym bodźcem rozwojowym. - Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Paweł Toboła-Pertkiewicz Daniel J. Mitchell przebywał w naszym kraju na zaproszenie Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego (PAFERE). W Polsce ukazała się jego książka „Podatek liniowy – globalna rewolucja”. Źródło: www.stosunki.pl |