Friedric Bastiat - mistrz reductio ad absurdum

Frédéric Bastiat (1801-1850) to postać, której należy się poczesne miejsce w kronikach ekonomii politycznej. Bastiat, członek The French Liberal, zwolennik leseferyzmu, szkoły ekonomistów, do której... Więcej »

O referendum konstytucyjnym. Dlaczego potrzebujemy nowej ustawy zasadniczej?

Przedstawiam swój głos w sprawie zmiany konstytucji i w sprawie referendum konstytucyjnego. Nie będą to żadne prawdy objawione prawnika-konstytucjonalisty tylko zdanie przedsiębiorcy, osoby myślącej zdroworozsądkowo... Więcej »

Wojna przeciw bogactwu

Jedną z mało zbadanych tajemnic historii jest wrogość społeczeństwa do swych największych dobroczyńców, do producentów bogactwa. Na każdym kontynencie i w każdej epoce ludzie, którzy górowali nad innymi... Więcej »

Jak długą żyją imperia i dlaczego upadają

O historii mówi się często, że jest nauczycielką życia. Ale jest również powiedzenie, że historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Zapewne tej drugiej maksymy trzymają się ci wszyscy, którzy... Więcej »

Jak pokonać marksizm?

Dobra zmiana dla Polski powinna przede wszystkim oznaczać całkowite wyrugowanie z mentalności naszego narodu wciąż obfitych złogów marksizmu. Więcej »

Jednym z największych błędów jest sądzenie programów politycznych i rządowych na podstawie ich zamiarów, a nie rezultatów
Milton Friedman

Zapomniane fakty z historii pracy w Ameryce

Polecamy kolejny artykuł prof. Thomasa Woodsa, który znalazł się w wydanym w Polsce w 2007 roku zbiorze, zatytułowanym "W obronie zdrowego rozsądku".
*  *  *

Tak już jest, że wszystko, co wydaje się ludziom, iż wiedzą o związkach zawodowych czy wskaźnikach płac, okazuje się nieprawdą.

Standardową bajką, jaką praktycznie każdy student słyszy na przestrzeni lat swojej edukacji, jest opowieść o tym, jak to zanim pojawiły się związki zawodowe, amerykańscy robotnicy byli potwornie wykorzystywani, a ich płace stale spadały. Poprawa warunków pracy dokonała się zatem całkowicie albo przynajmniej częściowo za przyczyną ruchu związkowego, tudzież przychylności federalnego ustawodawcy. Powszechnie uważa się, że gdyby nie te czynniki, tydzień pracy wciąż liczyłby 80 godzin, a dzieci nadal męczyłyby się w kopalniach.

Ta popularna bajeczka jest jednak prawie w całości fałszywa, natomiast to co jest w niej prawdziwe (na przykład niski standard życia jakiego doświadczali ludzie w dziewiętnastym wieku), nie wynika przecież z przyczyn jakie podają pro-związkowi historycy, szukający w nich wyłącznie argumentów na potwierdzenie swojej niechęci do wolnorynkowej gospodarki.

Aż do lat dwudziestych ubiegłego stulecia, amerykańskie prawo pracy oparte było na następujących zasadach. Podstawą wszystkiego była swoboda umów oraz zrzeszania się. Pracownik miał też niezaprzeczalne prawo, by odmówić przyjęcia każdej zaproponowanej kwoty wynagrodzenia, jaką składał mu pracodawca, który z kolei mógł odrzucić ofertę pracownika. Zatrudniony mógł odmówić dalszego świadczenia pracy, jeśli poczuł się niezadowolony z oferowanych przez pracodawcę warunków, podobnie mogła to uczynić większa grupa, wspólnie wykonując swoje indywidualne prawa. Nikt natomiast nie mógł zabronić tym, którzy nadal chcieli pracować, korzystania z prawa by tak postąpić. Strajkującym zatem – jak zresztą każdemu – nie wolno było pozbawiać konsumentów prawa do nabywania dóbr tam, gdzie sobie życzyli. Tak więc strajkujący nie przeszkadzali dostawcom w dostarczaniu towarów, ponieważ w ten sposób łamaliby prawa innych. W końcu, jako że zakład czy fabryka były prywatną własnością, właściciel miał absolutne prawo do decydowania kto ma prawo przebywać na jego terenie, dlatego też osoby obce, próbujące dostać się do zakładu z zamiarem agitowania jego pracowników, mogły być zgodnie z prawem natychmiast wyproszone.

Opisany powyżej, zgodny ze zdrowym rozsądkiem porządek, zaczął ustępować przed ruchem związkowym wraz z wydaniem Norris-La Guardia Act, podpisanego przez Herberta Hoovera w roku 1932. Ustawa ta sprawiła, że odtąd nie można się było powoływać w sądach na tzw. „yellow dog contracts” – umowy, w których pracownik mógł zobowiązać się wobec pracodawcy, że jeśli otrzyma pracę, powstrzyma się od działalności związkowej. Ta sama ustawa wyłączyła związki zawodowe spod reżymu antytrustowego prawa Sherman Antitrust Act. Chociaż akt ten powinien był być z pewnością pozbawiony mocy (nadal na to czekamy), to nawet, jeśli przyjmiemy, że zdefiniowane w nim instytucje winne „hamowania handlu” rzeczywiście istniały, z pewnością były to związki zawodowe, które nie tylko powstrzymywały własnych członków od świadczenia pracy, ale także, posługując się zastraszaniem i siłą, zmuszały do tego osoby niezrzeszone. Tak więc ich działanie, które w każdym innym kontekście zostałoby uznane przez ustawodawcę za przestępstwo, tu zostało prawnie dopuszczone. Sądom federalnym zabroniono w niektórych przypadkach stosowania wobec związków instytucji zakazu sądowego, a w innych kompetencję tę znacznie ograniczono. Kolejne decyzje Sądu Najwyższego jasno pokazały, że wspomniany akt prawny zapewnił związkom zawodowym praktyczną bezkarność w zakresie wszelkich czynności, jakie podejmowały w związku ze sporami o pracę. Trzeba bowiem wiedzieć, że nakazy sądowe stosowane były w celu powstrzymania przemocy i niszczenia mienia prywatnego, w obliczu niechęci lub niemożności obrony życia i własności przez władze lokalne. Nic dziwnego, że związki tak ich nienawidziły. Morgan Reynolds, historyk pracy, wyjaśnia: „Zakaz taki, przynajmniej na czas trwania procesu, utrzymywał związki w ryzach, co całkowicie wyjaśnia dlaczego prowadziły one tak intensywną kampanię skierowaną przeciwko stosowaniu ich w procesach z dziedziny prawa pracy. Skoro bowiem wywołane na siłę strajki za kilka dni wygasały, ciężko je było wznowić, przeorganizować i zmienić ich charakter”.

Jednym z mitów historii amerykańskiego prawa pracy jest przeświadczenie, że sądy nader często i w sposób dyskryminujący, wydawały wspomniane postanowienia. Trud zbadania częstotliwości ich stosowania w okresie 1880-1932 zadał sobie ekonomista Sylvester Petro, odkrywając, że w rzeczywistości stosowane były one niezwykle rzadko: federalne zakazy sądowe występują w mniej niż jednym procencie sporów o przestoje w pracy, stanowe natomiast w mniej niż dwóch procentach. Dodatkowo, nie były one wydane by zahamować działalność związków zawodowych per se, lecz po to, by powstrzymać przemoc wymierzoną w osoby i mienie. W zaistniałej sytuacji, nawet taka ochrona praw pracodawców – bowiem pracodawcy też mają prawa! – nie mogła być dłużej uskuteczniana.

Okres New Dealu przyniósł wprowadzenie National Labor Relations Act z 1935 roku, szerzej znanego pod nazwą Wagner Act. O ile wcześniej możliwa była sytuacja, że robotnik, który nie chciał przystąpić do związku lub płacić na jego rzecz składek, mógł tego nie czynić, o tyle właśnie dzięki Wagner Act, ta jednostkowa wolność zniknęła. Od dnia jego wejścia w życie mamy do czynienia z sytuacją, w której jeśli większość zatrudnionych skorzystała z oferty zrzeszenia się, to wówczas związek ów nabywał prawo do reprezentowania wszystkich pracujących i mógł żądać od nich bądź przystąpienia, bądź przynajmniej opłacania składek. Argumentem przywoływanym zazwyczaj w celu obrony tego przymusu miał być fakt, że skoro Wagner Act zezwolił, by jeden odpowiednio upełnomocniony działacz reprezentował wszystkich w negocjacjach, sprawiedliwe jest, żeby od wszystkich pracowników takiego zakładu wymagać jakiejś kontrybucji na rzecz związku.  W końcu, jak podnoszono, skoro wszyscy odnoszą korzyści z działań związku, niedopuszczalne jest żeby nie partycypowali w kosztach z tym związanych. To zastrzeżenie pomija jednak prawdziwą kontrowersję, jaką przede wszystkim jest pomysł, żeby istniał jeden upoważniony do pertraktowania z pracodawcą człowiek.

Gdyby związki miały prawo do układania się wyłącznie w imieniu swoich członków, nie istniałby problem osób korzystających z uzyskanych w ten sposób udogodnień za darmo. Podobnie, gdyby każdy mógł reprezentować samego siebie i podpisywać indywidualne porozumienia z pracodawcą, na konkretnych, jednostkowych warunkach, nie istniałaby możliwość „dzikiego” korzystania przez takie osoby z tak zwanych osiągnięć związków, jako że nie miałyby one prawa do ich reprezentowania. Jednak federalne prawo pracy położyło kres i tej wolności. Skoro zaś raz większość pracowników desygnowała oficjalnie na swojego wyłącznego reprezentanta związkowego działacza, związek nie musiał poddawać tego wyboru ponownemu głosowaniu. Nawet w sytuacji, gdy wszyscy, którzy za tym głosowali przeszli na emeryturę, lub po prostu wymarli, nadal przyjmowało się, że większość jest za związkiem. Nowa załoga nie miała w tej sprawie nic do powiedzenia. Podobnie, Wagner Act zmusił pracodawców do prowadzenia z ustanowionym w ten sposób związkiem negocjacji „w dobrej wierze”. Orzekanie o tym, czy zachował w swoich działaniach ową „dobrą wiarę” przyznano wszechwładnemu National Labor Relations Board (Narodowa Rada ds. Stosunków Pracy). Ustawa uderzyła także w wolność wypowiedzi, czyniąc z prób wpływania na decyzję pracowników o zrzeszeniu się, tzw. „nieuczciwą praktykę”. Pracodawców zobowiązano do zezwalania organizatorom związków – czyli kompletnie obcym ludziom, w ogóle nie pracującym w zakładzie, na wykorzystywanie mienia zakładu, jeśli tylko będzie przydatne do agitowania za przystąpieniem pracowników do związku. Co więcej, wspomniany Akt stworzył ze związków grupę o całkowicie wyizolowanej pozycji prawnej w społeczeństwie, jak żadną inną tego rodzaju. Nie można ich było pociągnąć do odpowiedzialności zastępczej, co, używając prostszego języka oznacza, że nie wolno ich było oskarżyć o stosowanie jakiejkolwiek przemocy przez ich działaczy, nawet jeśli władze związku same taką przemoc nakazały zastosować.

Wszystkie przywołane rozwiązania prawne sprawiły, że osiągnięcie celów jakie postawiły sobie związki zawodowe, stało się o wiele łatwiejsze. I tak, w celu wywalczenia podwyżki pensji swoich członków, związek musiał ograniczyć prawo tegoż członka do sięgania do alternatywnych źródeł zarobkowania. To oznacza również, że niezrzeszony robotnik szukający zatrudnienia i godzący się na warunki pracodawcy, którego firma jest opanowana przez związki, może nie mieć możliwości przyjęcia takiej oferty. Edward Chamberlin z Uniwersytetu Harvarda, operując przykładem, tak opisuje wyjątkowy status, jaki przyznano związkom:

„Jeśli A układa się z B co do sprzedaży domu, a równocześnie A posiada dokładnie takie przywileje, jakie mają współczesne związki zawodowe, to A może:

1. W sekrecie dogadać się z wszystkimi innymi właścicielami domów, żeby nie składali żadnych ofert B, stosując przy tym przemoc lub groźbę jej użycia by ich przed tym powstrzymać,
2. Pozbawić samego B dostępu do wiedzy o takich alternatywnych ofertach,
3. Otoczyć dom B i odciąć go od dostarczania wszelkich dóbr, w tym żywności (za wyjątkiem drogi pocztowej),
4. Ograniczyć wejścia i wyjścia z domu B, tak że gdyby np. B był lekarzem, nie mógłby świadczyć swoich usług i tym samym utrzymać się,
5. Ogłosić bojkot interesów B.

Wszystkie wyżej opisane przywileje, gdyby tylko A je posiadał, bez wątpienia wydatnie wzmocniłyby jego pozycję. Ale przez nikogo nie byłyby one przecież postrzegane jako normalna część «negocjacji» – chyba, że A byłby związkiem zawodowym…”.

Nic dziwnego, że laureat Nagrody Nobla, Fryderyk August von Hayek powiedział kiedyś: „Doszliśmy do stanu, w którym [związki] stały się wyjątkowo uprzywilejowanymi instytucjami, do których nie mają zastosowania ogólne zasady prawa”.

W praktyce było tak, że podczas wszelkich strajków, policja zazwyczaj stała z boku i nie podejmowała żadnych działań w obliczu stosowanego przez związki zastraszania, czy nawet przemocy wobec nie należących do nich robotników, albo tych, którzy po prostu chcieli kontynuować pracę (jest to zresztą sytuacja, w której związki godziły na stosowanie nakazu sądowego, ale wobec… łamistrajków). Stosując taki nacisk, związki są w stanie pozbawiać możliwości świadczenia pracy tych, którzy nie stosują się do ich żądań. W dziewiętnastym wieku Henry George tak napisał: „Ci, którzy wmawiają wam, że związki zawodowe naciskają na wzrost płac wyłącznie z pomocą moralnej perswazji, podobni są tym, którzy tłumaczyliby wam, że tygrysy żywią się pomarańczami”. Rezultatem aktywności związkowej jest zatem zmniejszenie liczby miejsc pracy w przemyśle i podniesienie kosztów zatrudnienia, co powoduje, że wielu robotników, pozbawionych możliwości pracy w tej gałęzi gospodarki, także poprzez obniżenie jej jakości, zmuszonych jest szukać jej w innych branżach, gdzie siłą rzeczy, ze względu na większą ilość rąk do pracy i co za tym idzie większą konkurencję, ich płace będą coraz niższe.

W ostatecznym rozrachunku, korzyści uzyskane przez niektórych pracowników są niższe niż straty, jakie ponoszą inni. Działalność związków ogranicza zatem liczbę osób, które mogłyby być korzystnie dla siebie zatrudnione w wyuczonym zawodzie, i jednocześnie zwiększa liczbę tych, którzy mimo swoich umiejętności, zmuszeni są szukać pracy w zawodach, które są daleko poniżej ich kompetencji. Takie przemieszczanie wykwalifikowanych pracowników sprawia, że nie mogą oni korzystać ze swego wykształcenia, jakby w rezultacie w ogóle go nie posiadali. Jeśli przywileje związkowe ograniczają prawa niektórych do korzystania z własnych umiejętności, musimy zadać sobie pytanie, po co właściwie zadali sobie trud, by się ich uczyć i w nich doskonalić? I tak ogólna wydajność społeczeństwa spada poniżej jego możliwości, a dobra, które mogłyby zostać w innym przypadku wytworzone, w ogóle nie mają szansy ujrzeć światła dnia.

Niezliczone są drogi, jakimi ruch związkowy przyczynia się do zubożenia społeczeństwa: od deformacji rynku pracy, jaką opisano powyżej, do regulacji, przy pomocy których związki ograniczają konkurencję i hamują innowacyjność. Szkoda, jaką związki wyrządziły w ostatnich latach amerykańskiej gospodarce, jest tak naprawdę o wiele większa, niż można by pomyśleć. W publikacji przygotowanej wspólnie przez National Legal and Policy Center oraz John M. Olin Institute for Employement Practice and Policy w roku 2002, ekonomiści Richard Vedder i Lowell Gallaway przedstawili obliczenia, z których wynika że tylko w ostatnich pięćdziesięciu latach działalność związków zawodowych kosztowała gospodarkę USA ogromną sumę 50 bilionów dolarów. To nie jest błąd drukarski. „Przygniatające straty ekonomiczne nie czynią jednorazowej szkody gospodarce” – wyjaśnia przywołane studium – „Nasze symulacje ujawniły, że wydające się niewielkimi roczne straty, dały w sumie potężny efekt pogorszenia się sytuacji na przestrzeni ostatniego półwiecza”. Nic dziwnego: badacze odkryli, że co prawda pensje osób zrzeszonych w związkach były o 15 procent wyższe niż pozostałych, ale w ogólnym rozrachunku, zarobki wszystkich były w rzeczywistości o 30 do 40 procent niższe od stanu, gdyby w ogóle nie było związków zawodowych.

Zatem, choć tak naprawdę ruch związkowy pogorszył warunki życia ludzi pracy, zwykłym argumentem na poparcie jego istnienia i za korzystnymi dla niego ustawami jest groźba, jakoby w przeciwnym razie właściciele zakładów pracy płacili swoim pracownikom niewiarygodnie niskie pensje. Ekonomista George Reisman zaproponował dokonanie w tej kwestii wiele wyjaśniającego eksperymentu. Załóżmy, że posiadasz w Nowym Jorku samochód, ale udręka związana z codziennym szukaniem miejsca parkingowego i potem jeszcze płacenia za nie jest tak ogromna, że pragniesz tego auta po prostu się pozbyć. Dalej załóżmy, że bycie właścicielem samochodu w tym mieście jest tak frustrujące, że postanowiłeś go sprzedać za symbolicznego dolara. Czy to oznacza, że musisz go sprzedać dokładnie za jednego dolara? Oczywiście nie. Ponieważ pojawi się wielu potencjalnych kupców, z łatwością wzajemnie się przelicytują. Jeśli potencjalny nabywca zaoferuje ci dolara, niezależnie od stopnia twojej desperacji i pierwotnej chęci sprzedaży za tę sumę, z pewnością odrzucisz jego ofertę. Dokładnie z tego samego powodu, czyli niskiej ceny jaką oferuje, będzie się on musiał obejść smakiem a konkurenci z pewnością go przelicytują.

Dokładnie taki sam proces przebiega na rynku pracy. Charles Baird z Uniwersytetu Kalifornijskiego wyjaśnia to tak: „Przeświadczenie, że bez związków robotnicy prowadzący negocjacje w pracodawcą znajdowaliby się w wyjątkowo niekorzystnym położeniu, jest jedną z przyczyn, dla których tylu ludzi popiera ich istnienie, podnosi tę kwestię także Wagner Act. Niestety, niekorzyść ta nie jest niczym innym, jak tylko mocno już nieświeżym mitem. Tak naprawdę, pozycja negocjacyjna pracownika zależy od tego, jakie alternatywne rozwiązania posiada. Jeżeli ktoś albo pracuje w jednej firmie A, albo w ogóle jest bez pracy (bo jest na przykład monopsonem – czyli jedynym odbiorcą pewnej kategorii dóbr), jego pozycja nie będzie zbyt silna. Natomiast jeśli ktoś ma możliwość podjęcia pracy w wielu przedsiębiorstwach, potencjalni pracodawcy będą się z nim o wiele bardziej liczyć. Już w dziewiętnastym wieku pojawiały się przykłady monopoli czy oligopoli, ale długo się nie utrzymały. Monopson stanowił na amerykańskim rynku pracy mało znaczący czynnik, do czasu pojawienia się i rozprzestrzenienia samochodów”.

Empiryczne dowody wyraźnie obalają zatem prawdziwość powszechnych opinii na temat związków. Jeżeli bowiem robotnicy rzeczywiście byliby zmuszani do akceptacji wysokości płac wedle widzimisię właściciela, to dlaczego na przestrzeni dekad przed pojawieniem się związków zawodowych, płace te nie spadły prawie do zera? (w rzeczywistości natomiast, jak zamierzam wykazać, realna wartość wynagrodzeń szybowała w górę przez wiele lat, zanim komukolwiek śniło się o powstaniu związków zawodowych). Można zatem również zapytać, dlaczego wykwalifikowani robotnicy zarabiali więcej niż pozostali? Jeżeli właściciel zakładu miał wówczas tak silną pozycję, że mógł patetycznie powiedzieć potencjalnym pracownikom take it or leave it, to jednak czuł potrzebę wypłacania większej pensji osobom o większych kwalifikacjach i jakoś wcale się nie kwapił do zrównania wszystkich wynagrodzeń.

Powszechne poparcie dla związków zawodowych opiera się na pewnym, powierzchownym zresztą, uprawdopodobnieniu faktów, ale jest w rzeczywistości oparte na całkowicie złudnych podstawach. Płace realne rosną bowiem nie dzięki nim, ale dzięki procesowi, który wspomniany już George Reisman przedstawia w swojej produktywnej teorii wynagrodzeń (i którą tu opisuję). W skrócie, inwestowanie w mechanizację produkcji podnosi wydajność pracy i zarazem podnosi rozmiar wytwórczości, co z kolei ma wpływ na zmniejszenie cen. Reisman wyjaśnia to następująco: „To wydajność pracujących wpływa na dostępność dóbr dla konsumentów, stosownie do włożonej pracy; w ten sposób ceny w sklepach korespondują ze wskaźnikami płac”. Zjawisko to nie zawsze jest zauważalne w naszej, opartej na ciągłej inflacji, gospodarce, wydaje się bowiem powszechnie, że ceny większości produktów stale rosną. Ale zasada się nie zmienia: tak naprawdę ceny maleją, podczas gdy realne dochody (wliczając w to płace), wciąż wzrastają.

Nie można zaprzeczyć, że podatki nałożone na przedsiębiorców są po prostu głupie i utrudniają rozwój. Obciążenia te przeszkadzają przedsiębiorcom w inwestowaniu, co jest przecież zawsze główną przyczyną podnoszenia się naszego standardu życiowego. Całe zastępy nauczycieli akademickich i profesorów wyższych uczelni spędzają długie godziny na potępianiu złośliwości biznesmenów i rozmaitych bogaczy, wskazując na wysokie opodatkowanie jako sprawiedliwą metodę redystrybucji między tymi rzekomymi krwiopijcami a wyzyskiwaną przez nich biedotą. Łagodnie mówiąc, ludzie ci nie mają pojęcia o tym skąd bierze się bogactwo, a ich powodowane zazdrością projekty czynią społeczeństwo najzwyczajniej w świecie biedniejszym.
Ogromna większość prac naukowych poświęconych historii prawa pracy w Ameryce, jest po prostu nie do czytania. Przyjmują one za pewnik wszystkie mity, jakie narosły wokół ruchu związkowego (unionizmu), jego niezaprzeczalną prawość, i jednocześnie potępiają każdego, kto ośmieliłby się im przeciwstawić, jako amoralnego prowokatora. Poważniejsze incydenty jakie znamy z historii, takie jak Haymarket z roku 1886, czy Homestead Strike z 1892, są wciąż na nowo opisywane li tylko w celu poparcia ideologicznych pretensji autorów tego jednostronnego moralitetu.
Z drugiej strony, wszyscy ci utytułowani historycy byliby na straconej pozycji gdyby kazano im wyjaśnić, dlaczego w czasach gdy związki ilościowo w ogóle się jeszcze nie liczyły (zaledwie 3 procent całej siły roboczej USA zrzeszało się w nich w roku 1900), a federalne regulacje przedmiotu wciąż nie istniały, płace realne w fabrykach wzrosły w latach 1860-1890 o 50 procent, a w latach 1890-1914 o kolejnych 37 procent, albo dlaczego sytuacja robotników amerykańskich była o wiele lepsza niż ich kolegów z opanowanej już wówczas przez związki Europy. Większość z nich zdaje się przechodzić nad tymi faktami do porządku dziennego, po prostu je przemilczając.

Historyk W.H. Hutt, odnosząc się do wspomnianych wcześniej Norris-La Guardia i Wagner Acts, nazywa je „ekonomicznymi bzdurami pierwszej wielkości”. Ekonomiści Vedder i Fallaway odkrywają, że dotyczące prawa pracy ustawy New Dealu znacząco przyczyniły się do powiększenia skali bezrobocia. Czyż zatem zarówno teoretyzowanie, jak i sama znajomość historii nie powinny doprowadzić nas do tej samej konkluzji: społeczeństwo które rzeczywiście pragnie stać się zamożniejszym, cieszyć się większą ilością wolnego czasu i żyć dłużej, nie ma innego wyjścia jak po prostu znieść wszelkie podatki nałożone na biznes i na kapitał. Krok taki przybliżyłoby osiągnięcie tych celów o wiele bardziej niż wszystkie, nawet wzięte razem do kupy „boje” (to ulubione słowo wszystkich historyków pracy) związków zawodowych.

Thomas E. Woods
Data dodania: 2013-02-20 19:31:22
Artykul przeczytano 2158 razy
 
Artykuł skomentowano 0 razy
Dodaj komentarz
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Operator serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.