Friedric Bastiat - mistrz reductio ad absurdum

Frédéric Bastiat (1801-1850) to postać, której należy się poczesne miejsce w kronikach ekonomii politycznej. Bastiat, członek The French Liberal, zwolennik leseferyzmu, szkoły ekonomistów, do której... Więcej »

O referendum konstytucyjnym. Dlaczego potrzebujemy nowej ustawy zasadniczej?

Przedstawiam swój głos w sprawie zmiany konstytucji i w sprawie referendum konstytucyjnego. Nie będą to żadne prawdy objawione prawnika-konstytucjonalisty tylko zdanie przedsiębiorcy, osoby myślącej zdroworozsądkowo... Więcej »

Wojna przeciw bogactwu

Jedną z mało zbadanych tajemnic historii jest wrogość społeczeństwa do swych największych dobroczyńców, do producentów bogactwa. Na każdym kontynencie i w każdej epoce ludzie, którzy górowali nad innymi... Więcej »

Jak długą żyją imperia i dlaczego upadają

O historii mówi się często, że jest nauczycielką życia. Ale jest również powiedzenie, że historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Zapewne tej drugiej maksymy trzymają się ci wszyscy, którzy... Więcej »

Jak pokonać marksizm?

Dobra zmiana dla Polski powinna przede wszystkim oznaczać całkowite wyrugowanie z mentalności naszego narodu wciąż obfitych złogów marksizmu. Więcej »

Jednym z największych błędów jest sądzenie programów politycznych i rządowych na podstawie ich zamiarów, a nie rezultatów
Milton Friedman

Czy wolny rynek traktuje wszystko jak towar?

Prezentujemy kolejny tekst prof. Thomasa Woodsa, pochodzący ze zbioru pt. W obronie zdrowego rozsądku. Prof. Thomas Woods gościł w Polsce na zaproszenie Fundacji PAFERE w 2007 roku
*  *  *

O wolnym rynku powiedziano więcej banałów, niż o jakimkolwiek innym zjawisku społecznym. Wczytując się w wydane przez Waltera Blocka i Irwinga Hexmana teksty wykładów, jakie wygłoszono na międzynarodowym sympozjum w 1982 roku, natrafiłem na taki passus: „Filozofia wolnego rynku i rzeczywistość jaka nas otacza, zmuszają nas do patrzenia na życie jak na jeden wielki rynek… Sprawia, że ludzie wszystko postrzegają jako towar na sprzedaż, mający swoją cenę i nadający się do wykorzystania”.

Nie jest oczywiście po tylu latach ważne kto to powiedział, choć oczekiwałbym od wydawców jasnej deklaracji, że żaden z nich czegoś takiego nie palnął (jestem zresztą pewien, że Waltera Blocka nie zmusiłyby do takiej deklaracji nawet tortury). Mamy tu zatem do czynienia z powszechnie znanym argumentem: wolny rynek rzekomo wszystko czyni przedmiotem handlu, a każdemu aspektowi życia potrafi przypisać określoną wartość w dolarach i centach.

Czy tak jest w rzeczywistości?

Murray Rothbard opisał wolny rynek po prostu jako „porządek społeczny, w którym w wolny sposób następuje wymiana dóbr i usług”. Co więcej, tytułując jedną ze swoich książek, która pierwotnie miała być zwieńczeniem dzieła "Man, Economy and State" ("Człowiek, gospodarka i państwo") – "Power and Market" (Władza i rynek), Rothbard daje jasno do zrozumienia, że postrzega „władzę” i „rynek” jako antynomie. „Rynek” oznacza bowiem dla niego sumę dobrowolnych transakcji zawartych między chętnymi do tego stronami; państwo, czyli „władza” wprowadza w stosunki międzyludzkie przymus, promuje rozwiązania, których ludzie z własnej woli by nie wybrali. Jeśli więc traktujemy te pojęcia jako wykluczające się wzajemnie, skontrastujmy czystą ekonomię rynkową z typowym przejawem władzy, jakim jest przeprowadzanie poboru do wojska. Mamy tu do czynienia z grupą ludzi, którzy godzą się z tym, że państwo ma prawo wykorzystać ciała swoich obywateli w konflikcie, w którym trzeba stosować przemoc i bardzo łatwo można stracić życie. Aspekt moralny wiążący się z poborem jest jasny: państwo będzie lepiej przygotowane do prowadzenia wojny i tym chętniej będzie stosowało w niej taktyki prowadzące do dużych strat w ludziach, im społeczne koszty powołania żołnierzy, których do tego używa, będą niższe, a w rezultacie żadne. Jeżeli jest spośród kogo powoływać kolejne setki tysięcy ludzi pod broń, a władze nie ponoszą żadnej odpowiedzialności w przypadku śmierci tychże rekrutów, nic dziwnego, że ich stosunek do życia ludzkiego jest bardziej lekkomyślny niż byłby w innym przypadku. Krytykujący nas podnoszą, że rynek „sprawia, iż ludzie postrzegają wszystko, co ich otacza jako towar, mający swoją cenę, i mogący być wykorzystanym”. Ale czy dokładnie tak samo nie postępuje państwo w przypadku poboru do wojska, najbardziej nierynkowej transakcji, jaką można sobie wyobrazić? Przecież postrzega ono ludność jako czysty materiał do zatrudnienia, niekoniecznie za zgodą zainteresowanych, do realizacji ryzykownych i związanych ze stosowaniem przemocy celów tegoż państwa – innymi słowy po prostu jako „towar do wykorzystania”. Różnica jest tylko taka, że państwo nie raczy nawet płacić odpowiedniej ceny za usługi, jakich się domaga! To jest właśnie typowe dla państwa zachowanie. W stosunkach z ludźmi nie postępuje uczciwie, nie zważa na jakiekolwiek preferencje albo prawa drugiej strony, z rzadka proponuje rozwiązania, które by ich satysfakcjonowały. Państwo nie musi trzymać się warunków umowy, a jednostka nie ma innego wyjścia, jak zaakceptować każde jego widzimisię, niezależnie czy chodzi o to z jakiej części własności zostanie wywłaszczona, czego jej dzieci będą uczone w szkole, albo dokąd zostanie wysłana żeby walczyć i zginąć.

Mechanizmy wolnego rynku pełnią bardzo istotną funkcję, niezależnie od tego, że umożliwiają zarówno zysk ekonomiczny, jak i nieograniczony rozwój rynku pracy. Prawa rynku zakładają przede wszystkim istnienie własności, która z kolei implikuje wolność do dysponowania nią wedle uznania właściciela. Jeśli nie zadowala mnie cena jakiej żądasz, nie masz żadnego obowiązku by rezygnować z własności na moją rzecz. Prawa rynku uświadamiają nam ponadto, że wszelka współpraca międzyludzka musi zawierać element rzeczywistej współpracy, co oznacza, że żadna ze stron nie może uciekać się do kradzieży albo oszukiwania drugiej. Przeciwnie, by doszło do transakcji, strony muszą wspólnie określić takie warunki umowy, by były dla nich obu satysfakcjonujące. Zatem, innymi słowy, wolny rynek nie jest jakąś sztuczną, niegodziwą konstrukcją, która zniechęca społeczeństwo do wymiany dóbr, ale czymś, co taką społeczną współpracę – właściwie rozumianą – po prostu umożliwia. Potwierdza on prawdę, że nie jesteśmy jakimiś dzikusami zajętymi wyłącznie swoją osobą, mogącymi od każdego brać co się nam podoba, jakby nikt nie miał prawa sprzeciwić się naszym pragnieniom i żądaniom. By coś od kogoś otrzymać, sami musimy coś w zamian zaoferować tak, by osoba od której nabywamy jakieś dobro – zamiast zostać przez nas wykorzystaną bez zwrócenia uwagi na jej los – nie doznała uszczerbku, ale podobnie jak my poprawy swojego stanu posiadania.

Z drugiej strony, w stosunkach z państwem, cena za twój trud będzie dokładnie taka, jaką ustali państwo. Państwo zapewni ci usługi jakich w ogóle nie potrzebujesz, nigdy z nich nie skorzystasz, a choć często uznajesz jakieś działania za moralnie niedopuszczalne, państwo i tak każe ci za nie płacić. W przypadku gdy państwo wywłaszczy cię z nieruchomości albo posiadłości ziemskiej by wykorzystać ją dla własnych celów, co prawda coś tam ci zapłaci, ale to ono samo określi ile ci się należy. Jak takie postępowanie ma się do systemu, w którym każdy ma prawo do określenia warunków na jakich inni będą mogli dysponować jego osobą lub własnością, i w którym żadna umowa nie dochodzi do skutku bez obopólnej, dobrowolnej zgody zainteresowanych stron? Tak więc w rzeczywistości to państwo a nie wolny rynek „postrzega wszystko co nas otacza jako towar… który można wykorzystać, etc”. Właśnie dlatego, że nie stosują się do niego reguły rynku, państwo może arbitralnie określać ceny za swoje usługi, różnicować te ceny w zależności od klasy społecznej, do której należymy, i w końcu stosować psychiczny przymus wobec tych, którzy odmawiają płacenia. Czy ktokolwiek w społeczeństwie ma prawo zachowywać się w ten sposób? 

Jakiś inny adwersarz mógłby powiedzieć, że nie chciałby co prawda całkowitego wyrugowania wolnego rynku, ale należałoby dążyć, by odgrywał on mniejszą rolę w społeczeństwie, ustępując bardziej demokratycznym i wspólnotowym sposobom nabywania i korzystania z własności. Niestety, ani ów demokratyczny, ani najbardziej kwiecisty bełkot, nie może przesłonić moralnego wydźwięku sprawy. Jeśli większość głosujących postanowi, że należy mnie pozbawić własności albo wysłać na jedną z zamorskich wojen, jakie akurat są prowadzone, z punktu widzenia moralności wygląda to dokładnie tak samo, jak w przypadku gdyby państwo zrobiło to bez odwoływania się do opinii wyborców, po prostu dla własnego kaprysu.
Prawda jest taka, że dokładnie w takim stopniu w jakim zmniejsza się rola mechanizmów wolnego rynku w społeczeństwie, zwiększa się udział rozwiązań czysto arbitralnych i argumentów opartych na przemocy. Gdy nie wolno właścicielom rzeczy dobrowolnie określać warunków, na jakich chcą wchodzić w interes z innymi osobami, musi przemówić lufa karabinu. W świetle tego, chyba jasnym jest, który system traktuje wszystko jako „użytkowe”?

Potępianie wolnego rynku za rzekomy materializm należy co prawda do najłatwiejszych i najmodniejszych zajęć, ale warto, niejako przy okazji wiedzieć, że stoi ono w wyraźnej sprzeczności z logiką. Wybór jest między własnością prywatną i wolnym rynkiem z jednej, a prawem dżungli z drugiej strony. I żadne, tak popularne, cyniczne utyskiwanie na jego działanie, ani snucie romantycznych wizji jak cudne byłoby życie bez niego, nie przesłonią konieczności dokonania tego podstawowego wyboru.

Thomas E. Woods
Data dodania: 2013-01-23 20:24:27
Artykul przeczytano 2253 razy
 
Artykuł skomentowano 0 razy
Dodaj komentarz
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Operator serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.