Friedric Bastiat - mistrz reductio ad absurdum

Frédéric Bastiat (1801-1850) to postać, której należy się poczesne miejsce w kronikach ekonomii politycznej. Bastiat, członek The French Liberal, zwolennik leseferyzmu, szkoły ekonomistów, do której... Więcej »

O referendum konstytucyjnym. Dlaczego potrzebujemy nowej ustawy zasadniczej?

Przedstawiam swój głos w sprawie zmiany konstytucji i w sprawie referendum konstytucyjnego. Nie będą to żadne prawdy objawione prawnika-konstytucjonalisty tylko zdanie przedsiębiorcy, osoby myślącej zdroworozsądkowo... Więcej »

Wojna przeciw bogactwu

Jedną z mało zbadanych tajemnic historii jest wrogość społeczeństwa do swych największych dobroczyńców, do producentów bogactwa. Na każdym kontynencie i w każdej epoce ludzie, którzy górowali nad innymi... Więcej »

Jak długą żyją imperia i dlaczego upadają

O historii mówi się często, że jest nauczycielką życia. Ale jest również powiedzenie, że historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Zapewne tej drugiej maksymy trzymają się ci wszyscy, którzy... Więcej »

Jak pokonać marksizm?

Dobra zmiana dla Polski powinna przede wszystkim oznaczać całkowite wyrugowanie z mentalności naszego narodu wciąż obfitych złogów marksizmu. Więcej »

Jednym z największych błędów jest sądzenie programów politycznych i rządowych na podstawie ich zamiarów, a nie rezultatów
Milton Friedman

Grabież czy przedsiębiorczość: ważka decyzja

Prezentujemy kolejny tekst prof. Thomasa Woodsa, pochodzący ze zbioru pt. W obronie zdrowego rozsądku. Prof. Thomas Woods gościł w Polsce na zaproszenie Fundacji PAFERE w 2007 roku
*  *  *

Chociaż obrońcy wolnego rynku mają zazwyczaj dość powodów by być pesymistami, nie należy, zwłaszcza w epoce globalizacji, zapominać o prawdziwych zwycięstwach, którymi może pochwalić się liberalna myśl i tradycja. Pół wieku temu Gunnar Myrdal powiedział: „Specjalistyczni doradcy ekonomiczni przy rządach państw Trzeciego Świata, bez względu na to kim są, proponują centralne planowanie jako pierwszy warunek rozwoju tych państw”. W owych czasach ekonomiści, którzy nie zgadzali się z przytoczonym poglądem mogli pomieścić się w budce telefonicznej. Obecnie, to zwolennicy centralnego planowania mogliby znaleźć tam miejsce dla siebie.

Publiczne protesty przeciwko globalizacji, które przeważnie pojawiają się w wysokorozwiniętych krajach Zachodu, przedstawiają wolny handel i swobodny przepływ kapitału jako narzędzia wyzysku i przemocy. Wielki ekonomista Peter Bauer zwykł mawiać, iż gdyby to była prawda, to największy poziom rozwoju powinniśmy zaobserwować pośród krajów rozwijających się, które mają nieliczne kontakty z Zachodem i tkwią w izolacji gospodarczej, a tym samym nie cierpią z powodu wyzysku. Zatem, według logiki antyglobalistów, kraje te powinny być rajem na ziemi. Komentarz jest zbyteczny, poglądy przeciwników globalizacji są całkowicie sprzeczne z faktami.

W naszych czasach chyba każdy przyzna, że pewien rodzaj gospodarki wolnorynkowej jest niezbędny, jeśli kraje Trzeciego Świata mają kiedykolwiek uzyskać status państw wysokorozwiniętych. Istnieją, co prawda, odmienne poglądy, i tak zwani „neointerwencjoniści” nadal stanowią zagrożenie. Ale nie powinniśmy mieć wątpliwości, że ognisko debaty przesunęło się zdecydowanie na prawo.
Wraz z postępem procesu globalizacji, temat gospodarki wolnorynkowej przyciąga coraz więcej uwagi, zarówno zwolenników, jak i przeciwników, a więc w zasadzie wszystkich pragnących zrozumieć konsekwencje utworzenia globalnego rynku. Jedną z zalet wolnego rynku, a jednocześnie powodem, dla którego możliwa jest pokojowa współpraca tak wielu różnych ludzi jest to, że wymaga on od swoich uczestników przestrzegania kilku podstawowych zasad: uczciwości, dotrzymywania umów oraz poszanowania własności prywatnej.

Nie oznacza to jednak, że zasady, które urzeczywistnia wolny rynek, są wspólne wszystkim kręgom kulturowym. Bauer zawsze podkreślał, że religia, filozofia i wzorce kulturowe mogą mieć istotny wpływ na ekonomiczny sukces lub porażkę. Na przykład osoby wierzące bardziej w predestynację i kolektywizm niż osobową odpowiedzialność, będą siłą rzeczy mniej skore do podejmowania ryzyka związanego z przedsiębiorczością. Rozważmy również przykład odnoszący się do sytuacji Chin w X wieku. Rodney Stark podkreśla, że w tym właśnie czasie zaczął się tam rozwijać poważny przemysł metalurgiczny, wytwarzający 35 000 ton żelaza rocznie, a ostatecznie dało się uzyskać nawet 100 000 ton. Taka ilość żelaza na rynku spowodowała wzrost produkcji narzędzi rolniczych, w następstwie czego wzrosła produkcja żywności. Wytworzono dobra olbrzymiej wartości, w rezultacie czego perspektywy ekonomiczne Chin rysowały się wyśmienicie. Dwór cesarski, zdecydował jednak, że taka akumulacja dóbr w rękach pospolitych ludzi stoi w sprzeczności z konfucjańską zasadą, w myśl której wielkie dobra powinny znajdować się w ręku elit, natomiast pospólstwo powinno zadowolić się tym, co ma. Władza przejęła więc cały przemysł, i ten wspaniały proces postępu i masowego wytwarzania dóbr został zniszczony. Jest to więc przykład wzorca kulturowego, który stał w sprzeczności z wolnym rynkiem.

Osobiście posunąłbym się nieco dalej i zasugerowałbym, że moralność i rynek wzajemnie się wzmacniają. Nie jest bowiem tak, ze rynek jedynie wymaga pewnych postaw moralnych, aby poprawnie funkcjonować. Rynek również zachęca do moralnego zachowania.

Nie trzeba się długo zastanawiać by zrozumieć, jak przeciwnicy wolnego rynku odpowiedzą na takie twierdzenie. Czyż rynek nie prowokuje chciwości, niezdrowej rywalizacji, niezgody? Czyż nie pobudza ludzi do myślenia tylko o sobie, gromadzenia pieniędzy i braku zainteresowania czymkolwiek innym?

Komunistyczny kontrprzykład

Ludzie szukają własnego dobra i zarazem dobra dla swoich bliskich – nie jest to specjalnie szokujące odkrycie. Ważne jest to, że ten uniwersalny aspekt natury ludzkiej istnieje niezależnie od systemu ekonomicznego. Przykładowo, komunistyczna wierchuszka, mimo swojej obłudnej retoryki, nie miała na celu powszechnego dobra obywateli. Poszczególni funkcjonariusze partyjni również szukali własnych korzyści, z tym, że żyli w systemie, który fundował im to kosztem współobywateli, a nie w ramach nagrody za służenie im.

Komunizm uaktywnił najgorsze cechy ludzkiej natury i okaleczył zdolność i ambicję do uczestnictwa w gospodarce wolnorynkowej. Amerykański dziennikarz Hedrick Smith napisał w roku 1990: „Podróżując po kraju [Związku Sowieckim], widziałem masy ludzi, będących wyznawcami czegoś, co zwykłem nazywać kulturą zawiści. W warunkach dominacji tej, a nie innej, kultury, ów destruktywny żal głęboko wrósł za rządów caratu w i tak zakorzeniony kolektywizm Rosjan, a następnie był pielęgnowany przez ideologię bolszewicką. Teraz zaś objawia się w nędzy życia codziennego”.

Sowiecka klasa rządząca, ze swoimi drogimi samochodami, rządowymi klinikami i daczami na wsi, w naturalny sposób wywoływała słuszny gniew zwykłych ludzi. Lecz tym, co jest złowieszcze w reformach Gorbaczowa jest fakt, że ów gniew i zarazem zazdrość o stan posiadania i prestiż, zostały skierowane przeciw wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób wybijają się ponad przeciętność – a więc przeciw tym, którzy ciężko pracują, poświęcają się i dzięki temu poprawiają swoją sytuację materialną, i pomimo faktu, iż robią to w sposób całkowicie uczciwy. Taka wrogość jest poważnym zagrożeniem dla przedsiębiorców, których starał się wspierać Gorbaczow. Jest to fakt odstraszający od podejmowania jakiejkolwiek inicjatywy przez zwykłych pracowników fabrycznych i rolnych. Paraliżuje on przeważającą ilość ludzi i przekształca ich w konformistów.

W systemie tyranii i ubóstwa, który Rosjanie byli zmuszeni znosić przez siedem dekad, nielegalna spekulacja umożliwiła milionom Rosjan zaopatrywanie się w dobra, których im brakowało. Moglibyśmy więc oczekiwać, że spekulacja mogła się jawić większości Rosjan jako co najmniej pożyteczna; w rzeczywistości zatruła ich umysły i sprawiła, że każdy przejaw działalności nastawionej na zysk, zaczęli oni postrzegać jako coś nielegalnego, podejrzanego czy z gruntu nieuczciwego.

Niezliczone przykłady aktów wandalizmu dokonywanych na prywatnych sklepach opisywane w sowieckiej prasie, ukazują jak wielki wpływ miała na mieszkańców ZSRS leninowska indoktrynacja. Jak napisał Hendrick Smith: „Dla mas ludzkich zamieszkujących tereny byłego imperium sowieckiego, kapitalizm wciąż jest plugawym słowem i fakt, że ktoś zarabia więcej niż inni jest złamaniem socjalistycznego ideału równości. Dziesiątki milionów ludzi głęboko nie ufa wolnemu rynkowi, bojąc się, że zostaną oszukani i okradzeni. Postrzegają bogacenie się jako coś niemoralnego”.

Sowiecki dygnitarz Anatolij Sobczak zauważył kiedyś: „Nasi ludzie nie mogą wytrzymać widoku kogoś, kto zarabia więcej niż oni… Są tak zazdrośni, że żądają, by innym było po prostu gorzej, a wszystko w imię równości”. Przedstawiciel mediów, Dymitrij Zacharow, określił to w ten sposób: „Na Zachodzie, gdy Amerykanin zobaczy w telewizji kogoś w nowiuteńkim, drogim samochodzie, pomyśli sobie: «mam nadzieję, że kiedyś też będę taki miał» natomiast Rosjanin w takim wypadku mówi: «Zabiłbym tego gnoja w błyszczącym samochodziku, bo ma lepiej ode mnie»”. Oto co uczyniła ludziom ideologia marksistowsko-leninowska.

Niedostrzeżone zagrożenia interwencjonizmu

System ten, stojący w opozycji do wolnego rynku, zachęcał do chciwości klasę rządzącą a zarazem do apatii, zawiści i wyobcowania wszystkich pozostałych. Prawie nikt nie staje już w jego obronie. Jednocześnie nie możemy pozwolić, aby socjalistyczna trucizna ostała się w sposobie myślenia o państwie, które przedstawiane jest jako nieodzowny instrument realizacji „sprawiedliwości społecznej”. Nawet jeśli państwo wprowadza w życie powyższe idee w sposób mniej radykalny, i tak niesie to za sobą poważne zagrożenia moralne i kulturowe, z których tylko kilka możemy tutaj rozważyć.
Ekonomiści często mówią o nieużyteczności pracy. Albert Jay Nock odniósł się w tej kwestii do ludzkiej skłonności do osiągania zysku przy jak najmniejszym nakładzie sił. Franz Oppenheimer ujął dwa sposoby osiągania zysku, w sformułowaniu bliskim libertarianom: sposób ekonomiczny i sposób polityczny. Pierwszy z nich polega na wytworzeniu dobra lub usługi, które następnie są sprzedawane nabywcy, mającemu na celu polepszenie swojego życia.

W ten sposób obie strony osiągają korzyść. Drugi ze sposobów polega na odebraniu z pomocą siły jakichś dóbr jednej grupie i przekazanie ich innej. Jest to oczywiście o wiele łatwiejszy sposób osiągania zysku. A ponieważ ludzie mają tendencję do wybierania rozwiązań łatwiejszych kosztem bardziej skomplikowanych, społeczeństwo, które dąży do realizacji idei sprawiedliwości i dobrobytu powinno zniechęcać do osiągania zysku metodami politycznymi i promować metody ekonomiczne.

Państwo, jak pisze Oppenheimer, jest w swej istocie organizacją politycznej metody osiągania zysków. Stało się nią właśnie dlatego, że ludzie dostrzegli możliwość łatwiejszego osiągnięcia zysków poprzez użycie siły niż poprzez uczciwą pracę. Z tego powodu wykorzystanie w tym celu aparatu państwa stało się nieodpartą pokusą. Przecież to łatwiejsze powierzyć troskę o swój dochód opiece socjalnej niż własnej pracowitości. Łatwiej jest zaakceptować dopłaty dla własnego gospodarstwa rolnego i automatycznie wzrost cen żywności, niż uczciwie konkurować z innymi rolnikami. Łatwiej jest popierać ustawodawstwo antymonopolowe niż zmierzyć się z konkurentami. Umożliwiając te oraz wiele innych podobnych rozwiązań, państwo sprzyja kształtowaniu niemoralnych postaw
i w gruncie rzeczy schlebia najniższym instynktom ludzkiej natury. W rezultacie społeczeństwo ulega rozkładowi, przechodząc do stanu „zimnej wojny domowej”, w której każda grupa społeczna walczy o wprowadzenie ustawodawstwa wzbogacającego ją samą, a zarazem zwiększającego wydatki pozostałych grup. Hobbesowska teoria „wojny wszystkich przeciwko wszystkim”, bardzo trafnie obrazująca stosunki międzyludzkie w okresie przedpaństwowym, materializuje się zatem ponownie w samym państwie, i to z taką mocą, że nawet osoby początkowo niechętne szukaniu politycznych korzyści zaczynają o nie walczyć z całych sił. Jednak walka o wyciągnięcie pieniędzy z kieszeni innych, toczona pod płaszczykiem legalności, jest tym, co Frédéric Bastiat zwykł nazywać „grabieżą w majestacie prawa”.

Te same zjawiska można zaobserwować na całym świecie, na przykład tam, gdzie nierozważne programy rozwojowe dla krajów Trzeciego Świata, opierające się na subwencjach zagranicznych, doprowadziły do umocnienia się we wspomnianych krajach etatyzmu. Ben Powell, cytując Petera Bauera, zwraca nam uwagę na bardzo ważną rzecz, mianowicie modne ostatnio propozycje, aby subwencje kierować wyłącznie do odpowiedzialnych, względnie nieetatystycznych rządów. Mimo, iż pomysł ten może wydać się słusznym, rozmija się jednak z celem – program subwencji jest bowiem już w swoich założeniach błędny, więc tak naprawdę nie ma znaczenia gdzie ulokujemy pieniądze. Ostatecznie dotacje nie tylko prowadzą do zwiększenia udziału i dominacji sektora publicznego w państwach dotowanych, lecz również powodują to, że rywalizacja o przyznane środki uniemożliwia realizację prawdziwych potrzeb ekonomicznych i pożera ogromne nakłady czasu i środków przeznaczanych na zdobycie przychylności rządu.
   
Niektóre z zalet wolnego rynku

Jeśli państwo jest organizacją politycznych metod zdobywania dóbr, to rynek jest ucieleśnieniem metod ekonomicznych. Rynek sprawia, że ludzie dążący do wzbogacenia się, nie są całkowicie obojętni na los innych; skłania ich jednak do tego nie poprzez zastraszanie, groźbę użycia siły czy propagandę, jak to ma miejsce w krajach socjalistycznych i etatystycznych. Umożliwia on realizację w pełni akceptowalnego ludzkiego pragnienia ludzi do poprawy swojej sytuacji życiowej. Jego pełna realizacja materializuje się zatem jedynie w kapitalizmie, poprzez skierowanie wysiłków wytwórcy na produkcję dóbr lub usług, które spowodują poprawienie się warunków życia jego bliźniego. To właśnie dlatego tytuł książki Frédérica Bastiata „Ekonomiczne harmonie” jest tak pięknym ujęciem klasycznego liberalnego przesłania (bardziej obrazowo ujął to Georgie McNeill w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku: „Dobrobyt nie jest tak szybko osiągalny przez zabijanie Filipińczyków, jak przez produkcję butów”).

John Rawls argumentował w „Teorii sprawiedliwości”, że społeczeństwo możemy najłatwiej osądzać po sytuacji materialnej osób najbiedniejszych. Jeśli przyjąć to kryterium, wolny rynek jest wśród systemów ekonomicznych niekwestionowanym zwycięzcą. Robert Lawson z Capital University wykazał, że na całym świecie sytuacja najbiedniejszych jest – o ile można tak powiedzieć – najlepsza właśnie w krajach zorientowanych prorynkowo. Ludność, którą możemy nazwać ubogą, jest w Ameryce lepiej sytuowana niż większość przedstawicieli europejskich klas średnich i o wiele lepiej niż amerykańska klasa średnia w latach pięćdziesiątych.

Ten doskonały wynik nie wziął się znikąd: jest on pochodną natury kapitalizmu. Jeśli kapitał jest inwestowany w celu uczynienia procesu produkcji bardziej wydajnym, to umożliwia to produkcję większej ilości dóbr przy mniejszych kosztach. Konkurencja natomiast powoduje ujawnienie się tych cięć w kosztach produkcji w postaci niższych cen (zjawisko to nie zawsze jest widoczne w systemie ekonomii inflacyjnej). Następstwem tego jest zwiększenie się mocy nabywczej zarobków i tym samym podnosi się dobrobyt każdego z nas.

A co z Enronem?

Nie muszę chyba wspominać, że wolny rynek posiada jeszcze wiele innych zalet. Jednak w tym momencie zajmiemy się tzw. sprawą Enronu: czy jego klęska nie wskazuje na poważny problem moralny leżący u źródeł kapitalizmu? Często mówi się, że Enron był czystym przykładem wolnego rynku w działaniu, a Ken Lay określany był mianem apostoła leseferyzmu. W rzeczywistości żadne z tych twierdzeń nie jest prawdziwe. Ograniczenie czasowe zmusza mnie do polecenia moim Czytelnikom lektury rozdziału dotyczącego Enronu w książce Tima Carneya pt. „Wielkie zdzierstwo, czyli: jak wielki biznes i wielka biurokracja państwowa kradną twoje pieniądze?” W telegraficznym skrócie chodzi o to, że Enron był odbiorcą niezliczonej liczby państwowych dotacji, manipulował również przy gęstwinie przepisów regulacyjnych, jaką był rynek energetyczny w Kalifornii w ten sposób, by zapewnić sobie dochody kosztem innych. Jerry Taylor z The Cato Institute trafnie opisał Enron jako „wroga, a nie sprzymierzeńca wolnego rynku, który był bardziej zainteresowany takim kształtowaniem przepisów gospodarczych, aby zapewnić sobie dochody kosztem konkurencji i konsumentów, niż pomnażaniem zysków w uczciwy sposób poprzez wolny handel”. Enron został zatem ukarany za swoje działania przez prawa rządzące rynkiem. Christopher Westley z Jacksonville State University stwierdza: „Historia Enronu pokazuje, że firmy, które inwestują zbyt dużo w politykę, mogą okazać się niezdolne do stawienia czoła zmieniającym się warunkom rynkowym. Jeśli w bankructwie Enronu dopatrujemy się jakiegoś skandalu, to znajdziemy go tylko w tym, że wiara jego szefostwa, iż polityczne inwestycje pomogą rozwiązywać problemy sprawiła, że nie wprowadzono na czas koniecznych zmian w organizacji firmy. Każdy, kto zechce sprawdzić cenę akcji Enronu, wystawionych na aukcjach po groszowych cenach, zda sobie sprawę, że to rynek ukarał wspomnianą strategię prowadzenia firmy”. Zwróćmy uwagę, że takie firmy jak Amazon.com i Kmart, które również musiały zmierzyć się z problemami finansowymi, zdołały dzięki uczciwemu i jawnemu prowadzeniu interesów, zatrzymać przy sobie inwestorów.

Przyczyna ataków na kapitalizm zmienia się bardzo często: raz jest to korupcja biznesmenów, innym razem degradacja środowiska (która zwykle jest winą nie w pełni rozwiniętego prawa własności oraz tzw. „bubli prawnych”, a nie kapitalizmu samego w sobie). Często zdarza się, że kapitalizm jest krytykowany za jakieś zjawisko, a następnego za jego dokładne przeciwieństwo. Przykładowo, socjaliści krytykowali kiedyś kapitalizm za to, że jest mniej wydajny niż socjalizm i nie może w takich samych warunkach jak socjalizm produkować takiej samej ilości dóbr. Obecnie zarzuty te zostały wyciszone, pojawiły się natomiast nowe, stojące w zupełnej opozycji do poprzednich; mianowicie, że kapitalizm produkuje zbyt dużo dóbr i czyni z ludzi materialistów. Jak powiedział kiedyś Joseph Schumpeter: „Kapitalizm jest oskarżonym w procesie, w którym możliwy jest tylko jeden wyrok: śmierć. Sędziowie wydadzą go bez względu na starania obrony. Jego jedynym sukcesem może być co najwyżej zmiana kwalifikacji czynu”. Kapitalizm bowiem, przy wszystkich swoich zadziwiających i bezprecedensowych zasługach dla poprawy warunków życia ludzkiego, jest zadziwiająco bezbronny wobec przypuszczanych na niego ataków.

Kapitalizm a opinia publiczna
   
Wielokrotnie przywołuje się twierdzenie Etienne’a de la Boetie, że warunkiem przetrwania lub upadku rządu jest opinia publiczna. Z racji, że rządzący są mniejszością w stosunku do rządzonych jasnym jest, że każdy rząd powinien starać się unikać konfrontacji z tą opinią jak najdłużej. Jedyną prowadzącą do tego drogą, jest uzyskanie dobrowolnego przyzwolenia rządzonych na swoje działania. Przyzwolenie takie nie musi przyjmować formy dzikiego entuzjazmu, chociaż czasem i to się zdarza, powszechniejsza jest obojętna zgoda.

Jeśli przeważająca większość społeczeństwa wycofa swoje poparcie, rząd upadnie. Upadek komunistycznych reżimów w Europie Wschodniej był podręcznikowym przykładem tego, co de la Boetie miał na myśli: jeśli nikt nie wykonuje poleceń i rozkazów władzy, w jaki sposób rządzący mogą dalej sprawować swoje funkcje?

Nie tylko reżimy polityczne muszą zdać test opinii publicznej by przetrwać; to samo dotyczy systemów ekonomicznych. I w tym miejscu napotykamy podstawowy warunek przetrwania wolnego rynku: przeważająca większość ludzi musi zacząć postrzegać działanie rynku i sprzężonych z nim instytucji, gwarantujących jego istnienie, jako niezaprzeczalnie sprawiedliwe.

Tymczasem, ze strony głównych instytucji państwowych (przynajmniej w USA), słyszymy coś dokładnie przeciwnego. Dzieci w szkołach uczone są, że sektor prywatny w gospodarce jest główną przyczyną niegodziwości i niesprawiedliwości, przed którymi mają chronić nas urzędnicy. Dobór tematów nauczania jest wybitnie propaństwowy. Uczeń kończący naukę wie wszystko o tym, w jaki sposób projekt ustawy staje się obowiązującym prawem, ale nie ma pojęcia o działaniu mechanizmów rządzących rynkiem.

Poglądy takie na dobre zakorzeniły się w popkulturze i mediach, z paroma chlubnymi wyjątkami (np. John Stossel). Dlatego nie jestem zaskoczony tym, iż wiele instytucji wolnorynkowych jest w USA de facto prześladowanych. Zdziwienie moje budzi raczej fakt, jak wiele z nich zdołało przetrwać mimo otwartej wrogości ze strony edukacyjnego i kulturalnego establishmentu. Tak zwane europejskie „autorytety”, jak zauważa Olaf Gersemann w swojej książce „Cowboy Capitalism”, są głosicielami totalnej pogardy do amerykańskiego kapitalizmu, zjawiska, którego po prostu nie rozumieją. Nie jest więc zaskakujące, że mając takie zaplecze intelektualne, państwa europejskie skazane są na daleko bardziej posunięty etatyzm niż USA.

Kultura przedsiębiorczości: podsumowanie

Jeżeli uważamy, że najlepsze nawet systemy ekonomiczne są w stanie od razu przemienić wszystkich, a więc także zbrodniarzy i złodziei w świętych, grzeszymy naiwnością. Naprawianie ludzkiej małości to zajęcie dla rodzin, kościołów i wolontariuszy wszelkiego typu. Wiek XX dostarczył wystarczająco dużo przykładów na to, jakim zagrożeniem są próby stworzenia przez państwo „nowego człowieka”. Możemy być jednak więcej niż zadowoleni, jeżeli nasz system ekonomiczny przyjmuje ludzi takimi, jacy są, a zarazem pozwala na rozwój tkwiącego w nich w różnym stopniu zmysłu przedsiębiorczości  oraz nagradza zyskiem za zaspokajanie potrzeb konsumentów.

Thomas Jefferson zauważył kiedyś, że „ludzie nie urodzili się z siodłami na plecach, ani żaden z nich nie urodził się w butach z ostrogami, aby dosiadać innych”. Właśnie o to chodzi w wolnym rynku: każdy jest wolny i może służyć innym w sposób, który uważa za najlepszy. I nikt, nawet ci, którzy odnosili najwięcej sukcesów w przeszłości nie może uniknąć codziennego referendum, które ma miejsce za każdym razem, kiedy konsument decyduje się coś zakupić lub od owego zakupu się powstrzymać.

Dla mnie osobiście, termin „kultura przedsiębiorczości” oznacza społeczeństwo, które jest w pełni zalet wolnego rynku (o kilku zaledwie z nich wspomniałem) i wie, jakie są źródła jego materialnej i moralnej wyższości w stosunku do etatystycznej alternatywy. Innymi słowy, argumenty które przedstawiłem, powinny znaleźć rozgłos i stać się filarami kultury przedsiębiorczości. Zamiast spotykać się z potępieniem i inwektywami, przedsiębiorcy w takiej społeczności powinni być poważani i szanowani za ryzyko, jakie ponoszą przy budowaniu dobrobytu wszystkich współobywateli. Dla zaistnienia takiej kultury i takiego społeczeństwa koniecznym jest, aby ludzie dostrzegli w wolnym rynku nie coś niedopuszczalnego, lecz dobro, dzięki któremu standard życiowy rośnie, ludzka kreatywność nie napotyka żadnych barier, a stosunki międzyludzkie opierają się na poszanowaniu cudzej wolności i własności.

 Lata poprzedzające wybuch II wojny światowej, nauczyły każdego, kto tylko zwrócił na to uwagę, jak skutecznie zniechęcać do przedsiębiorczości: demonizowanie kapitalistów, nacjonalizacja przemysłu, utrudnianie działalności zagranicznym inwestorom, polityka „substytucji importu” oraz monstrualnych rozmiarów regulacje prawne dotyczące działalności gospodarczej. Obecnie, polityka gospodarcza krajów rozwijających się, wciąż popiera powyższe rozwiązania i maskuje ich zgubne skutki. Jeśli kraje te mają w przyszłości osiągnąć sukcesy podobne do tych, jakie stały się udziałem Korei Południowej, Hong Kongu czy Irlandii, muszą porzucić destruktywną i haniebną politykę z przeszłości, wycofać się z lansowania kultury zawiści i przyjąć za naczelną zasadę wolności, dzięki której wielu ludzi ma dzisiaj możliwość zakosztowania smaku cywilizowanego życia o wysokim standardzie.

W czasach, gdy większość ludzi jest kokietowana przez wszelkiego rodzaju interwencjonistów i statystów, powinno się im uświadomić wartości, na jakich ma się opierać kultura przedsiębiorczości. Było coś poruszającego i zarazem odkrywczego w tytule reportażu dotyczącego wyborów w Stanach nadanego przez stację MSNBC: „Pole bitwy – Ameryka”. Co dwa lata a zwłaszcza co cztery, Stany Zjednoczone stają się dla przeciwnych sił polem bitwy, na którym ścierają się w walce o zapewnienie nam lepszej przyszłości. Tak naprawdę jednak, wcale nie potrzebujemy konkretnych polityków by „rozruszali gospodarkę” i uczynili nas majętnymi. Wolni i odpowiedzialni obywatele są w stanie osiągnąć to bez pomocy i dozoru jakiegoś „wodza” i okazywania nabożnego szacunku okupantom politycznych stołków. Kiedy społeczeństwo zda sobie z tego sprawę, oznaczać to będzie, że weszło w fazę kultury przedsiębiorczości.

Thomas E. Woods
Data dodania: 2013-01-16 14:49:03
Artykul przeczytano 2066 razy
 
Artykuł skomentowano 0 razy
Dodaj komentarz
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Operator serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.