Friedric Bastiat - mistrz reductio ad absurdum

Frédéric Bastiat (1801-1850) to postać, której należy się poczesne miejsce w kronikach ekonomii politycznej. Bastiat, członek The French Liberal, zwolennik leseferyzmu, szkoły ekonomistów, do której... Więcej »

O referendum konstytucyjnym. Dlaczego potrzebujemy nowej ustawy zasadniczej?

Przedstawiam swój głos w sprawie zmiany konstytucji i w sprawie referendum konstytucyjnego. Nie będą to żadne prawdy objawione prawnika-konstytucjonalisty tylko zdanie przedsiębiorcy, osoby myślącej zdroworozsądkowo... Więcej »

Wojna przeciw bogactwu

Jedną z mało zbadanych tajemnic historii jest wrogość społeczeństwa do swych największych dobroczyńców, do producentów bogactwa. Na każdym kontynencie i w każdej epoce ludzie, którzy górowali nad innymi... Więcej »

Jak długą żyją imperia i dlaczego upadają

O historii mówi się często, że jest nauczycielką życia. Ale jest również powiedzenie, że historia uczy, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Zapewne tej drugiej maksymy trzymają się ci wszyscy, którzy... Więcej »

Jak pokonać marksizm?

Dobra zmiana dla Polski powinna przede wszystkim oznaczać całkowite wyrugowanie z mentalności naszego narodu wciąż obfitych złogów marksizmu. Więcej »

Jednym z największych błędów jest sądzenie programów politycznych i rządowych na podstawie ich zamiarów, a nie rezultatów
Milton Friedman

Droga do upadku Argentyny

Były prezydent Argentyny, Eduardo Duhalde — który został wybrany przez Kongres w 2002 r., kiedy to po zamachu stanu obalił kandydata, który pokonał go w wyborach powszechnych — powiedział kiedyś, że Argentyna była skazana na sukces.


Kraj z żyzną ziemią, łagodnym klimatem, wielkimi rzekami, niewielką liczbą ludności, która była kiedyś dobrze wykształcona, bez poważnych konfliktów i podziałów rasowych rzeczywiście wydawałby się trudny do zatopienia. Jest skazany na rozkwit. Mimo to my, Argentyńczycy, zademonstrowaliśmy rzadką umiejętność unikania sukcesu. Na szczęście los — dobry czy też zły — nigdy nie jest nieodwracalny.

Ludzie często podkreślają, że dwie Koree (tak jak kiedyś dwa państwa niemieckie) są dobrym przykładem znaczenia rządów prawa dla życia narodu. Argentyna jest kolejnym przykładem zmian, które zachodzą, kiedy poszanowanie praw — w tym prawa własności — przestaje być uważane za istotne. Tyle tylko, że w przypadku Argentyny podział nie dotyczy miejsca, lecz czasu.

My, Argentyńczycy, zaczęliśmy bardzo dobrze. Ludzie zapominają często, że do 1928 r. Argentyna zajmowała szóste miejsce na świecie pod względem wielkości produktu krajowego brutto (PKB). Dochód na jednego mieszkańca był zbliżony do niemieckiego. Rozwijała się literatura oraz muzyka.

Imigranci postrzegali Argentynę jako miejsce, w którym ciężka praca pozwalała ludziom na rozwój. Była uznawana za równie obiecującą co Kanada, tylko o łagodniejszym klimacie. Ludzie głosowali nogami, czyli w najbardziej uczciwy i rozważny sposób, przybywając do Argentyny tysiącami. Pochodzili z Hiszpanii i Włoch, ale też z Walii oraz Danii. Do Argentyny przybyli też Żydzi i odkryli, że mogą cieszyć się równym traktowaniem przez prawo. Jeden z ich potomków napisał powieść opisującą życie "judíos gauchos", tj. żydowskich gauchos. Tak samo jak inni, żydzi mogli osiedlić się w Argentynie, nabyć kawałek ziemi i dowolnie go uprawiać. Kolumbijski poeta, Ruben Dario, poświęcił Argentynie swój wiersz, w którym podziwiał żydowskich osadników: "dobrze zbudowana młodzież i słodkie Rebeki o czystych oczach".

Co umożliwiło ten rozkwit? Oczywiście odpowiednia ziemia i ciężka praca. Ale też mądre zasady i szlachetne ideały. Po okresie wojen domowych Argentyna przyjęła sensowną konstytucję, która w wielu miejscach odwoływała się do konstytucji Stanów Zjednoczonych

A kiedy w 1860 r. poprawiano konstytucję, za konieczne uznano dodanie kilku zapisów, które zostały pominięte przy kopiowaniu z pierwowzoru przez „nieświadome ręce” — tak nazwano je na Konwencji.

Od tamtej pory konstytucja Argentyny uznawała własność za "nienaruszalną". Teraz, kiedy te zasady zostały zapomniane, niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ta konstytucja wciąż jest bardziej przyjazna wolnemu handlowi niż konstytucja Stanów Zjednoczonych. Mówi ona, że argentyńskie rzeki są dostępne dla wszystkich statków, bez względu na ich banderę. Ten zapis jest wynikiem doświadczenia historycznego. Jeszcze zanim przyjęto konstytucję gubernator Buenos Aires, Juan Manuel de Rosas — który dokonał kiedyś egzekucji na dziewczynie w ciąży — zablokował dostęp do rzek tym narodom, które chciały handlować z prowincjami ignorującymi jego polecenia. Narzędzie, którego użył do zduszenia gospodarki niektórych regionów i faworyzowania innych, zostało zakazane przez Konstytucję.

Kopiowaliśmy rozwiązania innych państw, ale wybieraliśmy tylko dobre wzorce. Po co wyważać otwarte drzwi? Na Konwencji Konstytucyjnej w 1860 roku mówiło się: Dlaczego mielibyśmy ponownie projektować instytucje chroniące wolność, kiedy mamy przykład Stanów Zjednoczonych? Podobnych deklaracji nie znajdziecie w ustach dzisiejszych argentyńskich polityków.

Kopiowanie nie było jednak ślepe: zawsze odbywało się na korzyść wolności. Na przykład w 1871 r. Kongres przyjął kodeks cywilny, który opierał się na francuskim. Jednak przepisy dotyczące czynów niedozwolonych zupełnie się różniły, co przez wiele lat chroniło Argentyńczyków przed humorami sędziów, którzy chcieliby być hojni na koszt innych. Niestety w latach 1930. zaczęliśmy kopiować złe pomysły. Argentyńscy profesorowie prawa rozpoczęli bezwzględną walkę z tymi ograniczeniami władzy sędziów. I wygrali. Mądre zasady dotyczące czynów niedozwolonych nadal są w kodeksie, ale nikt się nimi nie przejmuje.

Przed tą zmianą ideologiczną ludzie, którzy rządzili Argentyną i kształcili jej mieszkańców byli zwolennikami wolnego handlu i uznawali, że żaden postęp nie jest możliwy bez poszanowania praw własności. Czytali Tocqueville'a i Eseje polityczne federalistów. Dyskusja była swobodna, czasami ostra, ale nie wymieniali oni ciosów, tylko myśli.


Władza uznaniowa

Spójrzmy na dzisiejszy, jakże odmienny obraz! Na początku 2012 r. argentyński rząd zastąpił ogólne przepisy importowe uznaniowym zezwoleniem, o którym rząd decyduje w sposób indywidualny. Urzędnik państwowy może zakazać międzynarodowej transakcji, nie podając żadnych wyjaśnień. Zezwolenie warunkowane jest często dziwnymi wymogami: firma może importować silniki, ale tylko wtedy, kiedy obieca wyeksportować jakiś lokalny produkt, który może wychodzić poza jej branżę, jak np. wino.

Jeśli chodzi o eksport, rząd zakazał, a następnie zezwolił i ponownie zakazał eksportu pszenicy, mięsa, sera i wielu innych produktów po to, by utrzymać niskie ceny na rynku lokalnym. Schlebia to wyborcom, ale paraliżuje możliwości produkcji tych towarów.

W 2002 r., po zamachu stanu, w którym obalony został prezydent Fernando de la Rua, nowy rząd — pod przewodnictwem kandydata, który przegrał wybory — przejął dolary znajdujące się na wszystkich rachunkach bankowych i przymusowo wymienił je na obligacje lub peso po niekorzystnym, ponad dwa razy niższym od rynkowego kursie. Przez krótki czas był też inny wybór: można było wykorzystać te pieniądze na zakup samochodu, dzięki czemu uzyskiwało się nieco mniej niekorzystny stosunek wymiany. Miało to pobudzić lokalny przemysł motoryzacyjny. We wszystkich tych planach ignorowano prawo ludzi do własnych oszczędności. Pieniądze można było wykorzystać do pobudzenia jakiegoś przemysłu lub zrealizowania każdego innego planu, który zrodził się w wyobraźni urzędników państwowych.

Niektórzy ludzie atakowali pracowników banku, którzy nie mieli oczywiście nic wspólnego z decyzjami rządu. Inni pozywali rząd, co było krytykowane jako niepatriotyczne. Zaczęli jednak wygrywać swoje sprawy i odzyskiwać oszczędności. Nawet mocno krytykowany Sąd Najwyższy stwierdził, że jeśli konstytucja mówi, iż własność jest "nienaruszalna", to rachunki bankowe nie mogą zostać zajęte. Rząd federalny zajął nawet dolary posiadane przez prowincje — odpowiednik amerykańskich stanów. Jedna z nich, San Luis, również wysunęła pozew i wygrała.

Rząd federalny rozwiązał ten problem, usuwając sędziów i zastępując ich innymi, którzy byli bardziej posłuszni. Starzy sędziowie zostali oskarżeni o popieranie nadużyć popełnianych przez poprzednie rządy. Nowa większość w Sądzie Najwyższym oświadczyła, że przejęcie dolarów było zgodne z Konstytucją.

Waluta została zrujnowana. Większość źródeł podaje, że inflacja w 2011 r. wynosiła od 25 do 30 procent. Tych wielkości nie można być jednak pewnym, bo rząd zwolnił tych pracowników Narodowego Instytutu Statystyki, którzy podawali niewłaściwe liczby. Natomiast prywatne instytuty, które ośmieliły się stwierdzić, że nowe dane nie odzwierciedlają rzeczywistego poziomu inflacji, zostały ukarane dotkliwymi grzywnami finansowymi.

Musimy sobie uzmysłowić, że większość mieszkańców Argentyny jest obojętna wobec tych wydarzeń. Nie będą się przejmować drobnymi szczegółami dotyczącymi konfiskat i inflacji, kiedy jedyną istotną rzeczą — tak ich nauczono — jest posiadanie u władzy lidera gotowego do walki ze złymi kapitalistami, którzy zawsze spiskują przeciwko narodowemu interesowi, będąc w zmowie z innymi narodami. W przeciwieństwie do naszych ojców założycieli, obecnie duża liczba Argentyńczyków postrzega świat jako bezwzględną walkę między narodami. Zasady i przepisy są po prostu bronią, którą można użyć lub odrzucić w tej walce. Generał Juan Peron wyraził to przekonanie w swoim motto: Dla wroga nie ma nawet sprawiedliwości.

Duża liczba Argentyńczyków zawsze była gotowa, by wybaczyć niesprawiedliwość wyrządzoną innym jednostkom. Liczy się kraj jako całość i walka o sprawiedliwość społeczną. Jak mawiał Peron, nie da się zrobić tortilli bez rozbicia jajek. Rozbitymi jajkami byli dziennikarze i związkowi liderzy torturowani przez jego rząd. Od tamtego czasu ludzie nauczyli się dostrzegać większy obraz, a pobłażliwym okiem spoglądać na takie drobne przypadki.

Oczywistym jest, że bez jakiegoś ogromnego pomieszania podstawowych pojęć z dziedziny prawa, większość tego, co dzieje się w Argentynie, nigdy nie mogłaby mieć miejsca. 


Ewolucja (lub deewolucja) praw

Argentyńscy konstytucjonaliści stosują się do tego, co nazywają konstytucjonalizmem społecznym. Uczą, że ewolucja praw jest podobna do postępu technicznego: Istnieją prawa pierwszej generacji (klasyczne prawa, takie jak prawo własności i wolność słowa), drugiej generacji (np. prawo do pracy i płacy) i trzeciej generacji (m.in. prawo do zrównoważonego środowiska i korzystania z kultury). Zatrzymać się gdzieś w tej progresji, to po prostu odrzucić postęp — co zasugerować mógłby tylko ignorant. Porównanie technicznych usprawnień i praw nowej generacji przypomina nam o wielu ostrzeżeniach Friedricha Hayeka przed wykorzystywaniem technicznych lub inżynieryjnych analogii w kwestiach społecznych.

Ignorując radę Hayeka, jeden z najbardziej wpływowych profesorów prawa ostatnich dziesięcioleci, Augusto Morello, napisał, że sędziowie muszą postrzegać samych siebie jako inżynierów społecznych. Co więcej, w jednej ze swoich ostatnich książek profesor Morello wskazał, że Sąd Najwyższy musi torować drogę reformom zawsze wtedy, kiedy ustawodawcy mogą być niechętni do uchwalenia ustawy wbrew opinii swoich wyborców.

Narzędziem do realizacji tych celów jest dynamiczna wykładnia prawa, w szczególności konstytucji. Nie jest to abstrakcyjny problem. Kiedy w 2006 r. nowy skład Sądu Najwyższego musiał wykazać, że konstytucyjny zapis mówiący o "nienaruszalności" własności nie uniemożliwia rządowi przejęcia dolarów należących do ludzi i wymiany ich na obligacje czy zdewaluowane peso, sędziowie argumentowali, że tym, co jest nienaruszalne, jest istota własności — ale niekoniecznie jej zakres. Sąd stwierdził też, że jeśli skonfiskowano pewną część oszczędności, to ich "istota" została zachowana. Tak więc sędziowie zmodyfikowali szereg ustaw i dekretów prezydenckich, na podstawie których konfiskowano dolary oraz oznajmili, że co prawda służyły one przejęciu znacznej części zakresu kont bankowych, ale nie naruszały istoty własności.

Jeszcze bardziej niezwykła od tej decyzji była reakcja — a raczej jej brak — argentyńskich konstytucjonalistów. Wystarczy porównać: jeśli powiesz amerykańskiemu profesorowi prawa, nawet "liberalnemu" (w amerykańskim tego słowa znaczeniu, czyli lewicowemu), że ​​rząd przejął dolary z prywatnych kont, oraz że Sąd Najwyższy (po niezbędnych zmianach w jego składzie) usprawiedliwił to wszystko, będziesz oczekiwać, i słusznie, że podniesie mu się brew i że trudno będzie mu w to uwierzyć. W Argentynie jednak zastosowano inne, łaskawsze spojrzenie. W opinii ekspertów decyzja Sądu była dobra i ucieleśniała równowagę między prawami jednostki a prawami społeczeństwa.

Większość konstytucjonalistów, próbując znaleźć coś pozytywnego, co zasługiwałoby na pochwałę, napisało, że Sąd Najwyższy przyniósł spokój, kładąc kres narosłej wokół tego problemu niepewności. Ale nawet ten łagodzący argument wymagał sporego naginania faktów. Problem był już rozwiązany przez poprzedni skład Sądu Najwyższego, który uznał tę konfiskatę za niekonstytucyjną. Niepewność — czy raczej pewność — brała się z przypuszczenia, że nowy skład Sądu, po początkowym okresie ostrożnościowym, oznajmi, że zwolnieni przez rząd sędziowie nie mieli racji. Tak też się stało.

Wybitni eksperci rządów prawa A. V. Dicey i F. A. Hayek opisali ich przebieg jako długą walkę z władzą uznaniową. W Argentynie pokolenia prawników uczyły się z książek i od profesorów, którzy chwalili każdą ekspansję uprawnień dyskrecjonalnych, przedstawiając je jako główne narzędzie postępu. Ich zdaniem lepiej jest, jeśli sędziowie mogą decydować w każdej sprawie tylko na jej podstawie, nie zwracając uwagi na precyzyjne przepisy. Profesor Morello napisał, że "wspaniała niejasność" prawa i konstytucji nie jest wadą, ale dużą zaletą.


Nowy Kodeks Cywilny

Kodeks Cywilny nadal jest dziedzictwem z czasów, kiedy studentów prawa uczono czegoś innego. Od lat 30-tych XX wieku, argentyńscy uczeni prawa forsowali jego uchylenie i zastąpienie nowym kodeksem. Wreszcie w marcu bieżącego roku prezydent Cristina F. de Kirchner ogłosiła, że nowy kodeks trafił do Kongresu. I zdobyła głosy niezbędne do tego, by projekt mógł trafić na ścieżkę legislacyjną.

Ta inicjatywa stawia na głowie pojęcie sprawiedliwości. Starą regułą wspólną dla wszystkich wolnych narodów jest to, że nikt nie może być ukarany ani zmuszony do zapłaty odszkodowania za to, czego prawo nie zabrania. Mogę przyczynić się do straty konkurenta, sprzedając lepsze towary, ale same straty nie stanowią uzasadnienia dla odszkodowania. Tą wspaniałą regułą od momentu jej przyjęcia w XIX w., była nasza Konstytucja. Szkoda ma znaczenie tylko wtedy, kiedy powstaje w wyniku czynu zakazanego przez prawo.

Jednak według nowego, opracowanego przez doradców prezydent Kirchner kodeksu, szkoda jest wystarczającą podstawą do roszczenia. Warunek "czynu zakazanego przez prawo" został odrzucony. Nawet naruszenie czyichś uzasadnionych interesów (cokolwiek to może oznaczać) rodzi zobowiązane do zapłaty odszkodowania. Kodeks cywilny, który na tej podstawie pozwala sklepikarzowi pozwać swojego konkurenta, nie może być oczywiście stosowany konsekwentnie. Brak konsekwencji jest w istocie tym, co sugerują argentyńscy profesorowie prawa, by wydostać się z tego gąszczu prawnego: każdy z tysięcy sędziów będzie musiał decydować, czyj interes zasługuje na ochronę, rozsądzając każdą sprawę indywidualnie.

Uchylenie starego kodeksu z jego archaicznymi poglądami na temat swobody zawierania umów i ochrony własności będzie oznaczać ostateczny triumf doktryn, które były promowane przez argentyńskich uczonych prawa w ciągu ostatnich siedmiu dekad. W przeszłości, by narzucać swoje idee, korzystali oni nawet z dyktatorskiej władzy junt wojskowych. Największy dotychczas atak na kodeks (nie licząc obecnego) przeprowadzono w 1968 r., kiedy Argentyna rzeczywiście była rządzona przez juntę wojskową. Kodeks został wtedy zmieniony dekretem generała, który sięgnął do projektu przygotowanego przez mianowanego przez niego na ministra profesora prawa. Nowe paragrafy wprowadziły do kodeksu wiele arbitralnych wyjątków. Jednak, mimo że ta reforma narobiła wiele rys i głębokich dziur w strukturze kodeksu, zachował on jeszcze znaczną część swojej szlachetnej formy.

Istnieją wyjątki od ideologicznego trendu, który dominuje na uniwersytetach. Najjaśniejsza postać argentyńskiego prawoznawstwa, Sebastian Soler, już kilkadziesiąt lat temu w najbardziej przejrzysty sposób wyjaśnił wady kolektywistycznych tendencji. Nakład jego książki Faith in Law został już wyczerpany i nie ma kolejnych wznowień, co najlepiej odzwierciedla ideologiczną zmianę, jakiej jesteśmy świadkami.

Junty i korporacje państwowe

Fakt, że największe zmiany liberalnego kodeksu cywilnego w XX w. zostały dokonane przez junty wojskowe powinien zadać kłam lewicowej propagandzie, która próbowała powiązać junty z liberalizmem i wolnym rynkiem. Ponadto rządy wojskowe nie osłabiały wielkich przedsiębiorstw i korporacji państwowych, a nawet je powiększały. Przez dekady wydobyciem ropy, węgla, gazu, żelaza i uranu zajmowały się przedsiębiorstwa państwowe. Do innej państwowej spółki należały statki. Dwie duże korporacje, JNG i JNC, były odpowiedzialne za eksport zbóż i mięsa. Woda, elektryczność, koleje i telekomunikacja były w rękach państwa. Sektor finansowy był silnie regulowany i zdominowany przez banki państwowe.

Prywatyzację zaczęły tak naprawdę rządy demokratyczne w latach 80-tych i 90-tych XX wieku, początkowo nieśmiało za czasów prezydenta Raula Alfonsina i bardziej zdecydowanie za kadencji jego następcy, prezydenta Carlosa Menema.

Obecnie tendencja ta uległa odwróceniu i "prywatyzacja" ma negatywny wydźwięk. Młodzi czują nostalgię za krajem, którego nigdy nie znali, a który rządzony był przez potężne korporacje państwowe — wyczytali oni, że był to wspaniały świat.

Państwo nadal zmierza w tym kierunku. Po zmuszeniu przedsiębiorstw naftowych do sprzedaży poniżej ceny rynkowej, rząd odkrył — co wywołało jego zdziwienie i złość — że inwestycje w tym sektorze zamarły. Ponownie użył więc swojej władzy, by przejąć od pewnej hiszpańskiej firmy udziały w YPF, korporacji państwowej sprywatyzowanej ponad dziesięć lat temu.

Niezwykłym krokiem w tym samym kierunku była decyzja rządu o finansowaniu piłki nożnej. W 2009 r., ogłaszając to nowe rządowe przedsięwzięcie, prezydent Kirchner porównała tragedię zniknięcia z naszych telewizorów darmowego futbolu ze znikaniem ludzi w czasach junt wojskowych. Jej rząd często utożsamia swoje programy — niezależnie od ich obszaru — z walką o prawa człowieka, a w swoich orędziach do narodu pani prezydent często występuje w towarzystwie czołowych działaczy organizacji pozarządowych. Laureat Nagrody Nobla, Perez Esquivel, zaprotestował, mówiąc, że śmierć i smutek została wykorzystana w celach politycznych. Natomiast prezes argentyńskiej pozarządowej organizacji na rzecz praw człowieka (o sporych powiązaniach finansowych z rządem), Enriqueta Estela Barnes Carlotto, oświadczyła, że porównanie rezygnacji z bezpłatnego futbolu z morderstwem politycznym było całkiem trafne. Jak wielu innych Argentyńczyków musiała stwierdzić, że nie da się zrobić tortilli bez złamania pewnych zasad.

Ariel Barbero

Tłumaczenie Grzegorz Jaeger

Tekst pochodzi z magazynu „The Freeman”, czerwiec 2012. Publikacja na naszym portalu za zgodą wydawcy. Autor artykułu jest prawnikiem mieszkającym w Buenos Aires. Prowadzi bloga pod adresem: www.rule-of-law-not-men.blogspot.com.ar

Data dodania: 2012-07-18 18:43:23
Artykul przeczytano 3353 razy
 
Artykuł skomentowano 0 razy
Dodaj komentarz
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Operator serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.