Prywatna służba zdrowia – gdyby tylko pozwolono w pełni zadziałać

Można domniemywać, że prywatny sektor medyczny radziłby sobie zdecydowanie lepiej gdyby tylko pozwolono mu w pełni działać. Thomas Sowell w swoim słynnym stwierdzeniu, zauważył, że – „to zdumiewające, że ludzie którzy myślą, iż nie stać nas na lekarzy, szpitale i leki sądzą, że stać nas na lekarzy, szpitale, leki i na rządową biurokrację, która nimi zarządza”

Jednym z podstawowych problemów przed którym stoi każdy zwolennik ekonomii wolnorynkowej jest ocena rezultatów zastosowania mechanizmów rynkowych tam gdzie dotychczas dominowała państwowa administracja lub też centralny planista. Koronnym tego przykładem są sektory w których państwo od lat zdaje się być monopolistą.

Kwestia, która wywołuje w tym zakresie bodaj największe kontrowersje to wdrożenie rynkowych rozwiązań w działalność służby zdrowia i usług medycznych. Próba jakiegokolwiek urynkowienia tej branży bardzo często spotyka się z ostrym sprzeciwem nie tylko wśród polityków, ale i aktywistów społecznych. Jak można sądzić jest tak dlatego ponieważ powszechnie uważa się, że ratowanie ludzkiego życia nie może jedynie podlegać bezdusznej wycenie rynkowej ani też nie może być analizowane przez pryzmat stricte ekonomiczny.[1]

Wolnorynkowy ekonomista Lawrence W. Reed uważa na przykład, że kiepski pijar rynkowej służby zdrowia wynika z upowszechnionego mitu jakoby opieka zdrowotna była prawem każdego człowieka.[2] Nie wdając się zbytnio w tego rodzaju dywagacje, warto podjąć się próby oceny kosztów funkcjonowania państwowej służby zdrowia w stosunku do jej efektywności i wyciągnąć odpowiednie wnioski.

W służbie zdrowia dominuje bowiem paradygmat zarządzania nieekonomicznego. Wartość ludzkiego życia – mówią politycy – nie powinien być mierzony czy wyceniany pieniędzmi, przynajmniej nie bezpośrednio. Oczywiście pośrednio, w praktyce każda działalność bez wyjątku musi opierać się na kalkulacjach finansowych.

Rynkowe podejście, niezależnie od swojej dotychczasowej popularności, na tle coraz bardziej rosnących państwowych wydatków na służbę zdrowia[3] zyskuje swoich zwolenników.

O ile w czasach transformacji ustrojowej na początku lat 90-tych w Polsce pomysły tego rodzaju wydawać się mogły nawet zdeklarowanemu zwolennikowi leseferyzmu zbyt drastyczne, o tyle dzisiaj na sprawę można spojrzeć już nieco inaczej. Zawiłość problemu wynika głównie ze względu na szkody jakie zostały wyrządzone polskiej gospodarce przez blisko 50 lat realnego socjalizmu, który to skalę ubóstwa i biedy doprowadził do apogeum. Społeczeństwo ubogie, pozbawione możliwości godziwego zarobkowania w mocno zetatyzowanej i znacjonalizowanej gospodarce siłą rzeczy zwracać się może jedynie w stronę zabezpieczeń osłonowych proponowanych przez państwo.

W takim układzie alternatywy nie istnieją. Na szczęście teraz kiedy polskie społeczeństwo pretenduje i dąży do relatywnie wysokiego poziomu zamożności, na co wskazują niemalże wszystkie wskaźniki ekonomiczne, urynkowienie służby zdrowia wydaje się być jeśli nie koniecznością to z pewnością kuszącą alternatywą.

Wszystko kosztuje, ale motorem do tych działań z pewnością jest rozwój gospodarczy. Jak bowiem zauważa ekonomista Thomas Sowell – „Niewiele rzeczy uratowało tyle istnień ludzkich, co po prostu wzrost zamożności” [4] Rynkowa służba zdrowia w Polsce niezwykle powoli zyskuje na popularności, ale dynamika tego procesu zdaje się przyspieszać. Proces urynkowienia ma kilka zasadniczych zalet, jedną z nich jest fakt, że wolny rynek charakteryzuje się różnorodnością form finansowania pewnych przedsięwzięć, także w służbie zdrowia, która nie stanowi tutaj wyjątku. Do najpopularniejszych rodzajów płatności za usługi zdrowotne na wolnym rynku należą: zapłata bezpośrednia, zapłata bezpośrednia z udziałem firmy ubezpieczeniowej oraz zapłata abonamentowa. Trzeba zaznaczyć, że powyższe rozwiązania stosunkowo niedawno zawitały do Polski.

Póki co, prywatnym systemem opieki zdrowotnej objęta jest mała liczba Polaków, ale liczba ta z roku na rok rośnie, wraz z towarzyszącą temu poprawą dobrobytu.[5] Ta zależność zdaje się być w świetle praw ekonomii oczywistością. Popularność zyskują zwłaszcza te rozwiązania, które cechują się udziałem abonamentowym pacjenta w prywatnym podmiocie pośredniczącym czy też bezpośrednio zaangażowanym w świadczenie usług medycznych. Klient-pacjent wykupuje w zależności od zasobności swojego portfela pakiet i korzysta z prywatnej opieki. Zakłady pracy, dawniej były to jedynie duże koncerny i korporacje, dziś już również mniejsze firmy coraz częściej oferują swoim pracownikom udział w tego rodzaju opiece. Rozwiązania te są o tyle istotne, że rosnące na przestrzeni ostatnich lat wydatki rządowe na służbę zdrowia niestety nie poprawiły jakości świadczonych usług, pacjenci przecież nadal skarżą się na kolejki i odległe terminy zabiegów czy operacji. Sektor prywatny radzi sobie lepiej w tym zakresie, ale nadal wielu wciąż sądzi, że jest on zbyt drogi dla przeciętnego obywatela.

Można domniemywać, że prywatny sektor medyczny radziłby sobie zdecydowanie lepiej gdyby tylko pozwolono mu w pełni działać. Thomas Sowell w swoim słynnym stwierdzeniu, zauważył, że – „to zdumiewające, że ludzie którzy myślą, iż nie stać nas na lekarzy, szpitale i leki sądzą, że stać nas na lekarzy, szpitale, leki i na rządową biurokrację, która nimi zarządza”.

Odchudzenie administracji, która zarządza całym sektorem może przynieść całkiem nieoczekiwane, pozytywne rezultaty, pociągnęłoby to za sobą obcięcie niepotrzebnych kosztów zarządzania i w konsekwencji potanienie samych usług.

To po pierwsze, drugim aspektem urynkowienia jest wspomniana wyżej różnorodność rozwiązań, państwowa administracja czy centralny planista nie są bowiem w stanie z racji braku dysponowania odpowiednią wiedzą efektywnie zarządzać całym procesem. Najogólniej mówiąc – rynek efektywniej radzi sobie z alokacją niż urzędnik. Doskonale widać to na przykładzie zaopatrywania w specjalistyczny sprzęt różnego rodzaju jednostek świadczących usługi medyczne. Alokacja tych zasobów jest chaotyczna i często wymaga indywidualnego lub prywatnego fundowania.[6] Jeśli zatem centralizacja usług medycznych nie rozwiązuje problemu, to logicznie rozumując lepsze rezultaty musi osiągać ich decentralizacja.

Przez moment takie próby były w Polsce czynione w postaci wprowadzenia tzw. kas chorych. Oczywiście przebudowa całego systemu wymagała tutaj większej ingerencji i deregulacji niż zostało to wtedy zrealizowane. Jeżeli zatem jak wspomnieliśmy rola państwa w przepływie funduszy zdrowotnych nie jest satysfakcjonująca, to rynkowa służba zdrowia może tę lukę i nieefektywność w pewien dostateczny sposób podreperować, nawet wtedy kiedy dochodzi w tym czasie do państwowej redystrybucji dochodów i rozciągnięcia opieki nad tymi, których zwyczajnie jeszcze nie stać na prywatny pakiet usług medycznych.

Rządzący błędnie jednak zakładają, że przepisy przez nich wdrażane regulujące rynek opieki zdrowotnej zawsze prowadzą do zwiększenia efektywności samych rynków. Niestety w bardzo wielu przypadkach tak się nie dzieje. Maksymalizacja dobrobytu publicznego do jakiego dążą modele chociażby w Szwecji czy Norwegii realizowana była przecież głównie przez prywatne podmioty.[7]

Wnioski z państwowych programów są wyciągane zbyt pochopnie i zbyt łatwo przypisuje się im znaczne zasługi na tym polu. Patrząc na sprawę z innej perspektywy to podstawową wadą państwowego procederu nie jest już nawet jego drastyczna kosztowność, ale to, że państwowa służba zdrowia wprowadza jednorodną jakość w usługach a ich standaryzacja traktuje każdego pacjenta w taki sam sposób. Pacjenci płacą różnej wysokości uzależnione od swoich dochodów składki zdrowotne, ale w kolejce do lekarza różnicy między nimi nie ma. To siłą rzeczy prowadzić musi do znieczulicy społecznej.

Jak zauważył Lawrence W. Reed – „przerzucając nasze współczucie na państwowego dostawcę dóbr i usług medycznych zrzekamy się naszej mocy decyzyjnej w tej kwestii (oraz naszej ludzkiej wrażliwości) na rzecz władzy centralnej.”[8] Przeciwnicy urynkowienia służby zdrowia wskazują jednak na koszty pewnych zabiegów, których przeciętny pacjent nie jest w stanie sam sfinansować ani też jego prywatny pakiet usług medycznych nie da rady ich pokryć. Oczywiście w tej kwestii mają oni racje, to problem rozkładu ryzyka, który po pobieżnej analizie może powodować sceptycyzm wobec tego czy rzeczywiście stać nas na prywatną służbę zdrowia. Objęcie państwowym ubezpieczeniem wszystkich obywateli, którzy łożą do jednej wspólnej kasy pozwala owo ryzyko dostatecznie rozłożyć i w skali mikro zmniejszyć obciążenia kosztów na jednego, konkretnego pacjenta. Wydaje się to z pozoru oczywiste.

Niemniej jednak należy zadać zasadnicze pytanie dlaczego kosztowne zabiegi w wielu przypadkach i tak są realizowane i finansowane przez prywatne podmioty oraz fundacje, które zbierają na określonego pacjenta duże sumy pieniędzy, po to aby przyspieszyć jego zabieg czy operację. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, warto również przeanalizować, bazując na prawdopodobieństwie jak często wykonuje się drastycznie drogie zabiegi i czy aby ich koszt nie mógłby zostać w pełni sfinansowany poprzez rozłożenie ryzyka już nie w państwowej kasie ale w jakimś prywatnym podmiocie. Fundacje również w jakiś sposób wypełniają tę lukę. Oczywiście w dominującym modelu państwowej służby zdrowia trudno będzie oszacować rezultaty całkowitego urynkowienia, należy ubolewać, że nie mamy nawet możliwości ich sprawdzenia. Jedno zdaje się być pewne – potrzeba nam więcej prywatnych usługodawców, prywatnych klinik i prywatnych pakietów medycznych, które pozwolą nie tylko odciążyć państwowy budżet, ale też i dadzą być może jasną odpowiedź na to jak efektywna mogłaby być prywatna służba zdrowia gdyby tylko pozwolono jej w pełni działać.

Thomas DiLorenzo, zajadły krytyk programu ObamaCare rzucił daleko idącą i radykalną tezę, że – „z powodu nacjonalizacji, kontroli cen i rządowego racjonowania opieki zdrowotnej — tysiące ludzi giną bezsensownie każdego roku z powodu braku maszyn do dializy, jednostek intensywnej opieki pediatrycznej, rozruszników, a nawet urządzeń do prześwietleń.”[9]

Być może tak właśnie jest, co z kolei nasuwa myśl, że być może ceny w prywatnej służbie zdrowia nie byłyby wcale tak horrendalnie wysokie jak się dzisiaj powszechnie sądzi. Abyśmy jednak mogli się o tym przekonać niezbędna jest promocja alternatyw, bo jak słusznie zasugerował Lawrence W. Reed – „systemy opieki zdrowotnej oparte na wolnym rynku i skupione na oczekiwaniach konsumentów zasługują na więcej uwagi w debacie publicznej.”[10]

Karol Mazur

Przypisy:
[1] Stanowisko tego rodzaju podtrzymują i uzasadniają ekonomiści pokroju Daniela M. Hausmana, Michaela McPhersona i Debry Satz, którzy w publikacji Etyka ekonomii. Analiza ekonomiczna, filozofia moralności i polityka publiczna poświęcają opiece zdrowotnej osobny rozdział.
[2] Zob. L. W. Reed, 52 mity o kapitalizmie, Fijorr Publishing, Wrocława 2016, s. 83-87.
[3] W Polsce rząd zapowiedział niedawno zwiększenie do 2025 roku wydatków na służbę zdrowia do 6% PKB.
[4] T. Sowell, Ekonomia dla każdego, Fijorr Publishing, Warszawa 2017, s. 555.
[5] Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że liczba osób korzystających z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych systematycznie wzrasta. Po trzecim kwartale 2017 roku liczba ta wzrosła aż o 23%
[6] Interesującym przykładem w Polsce są działania fundacji WOŚP, której coroczne zbiórki pieniędzy na zakup sprzętu medyczne próbują wypełnić luki w zapotrzebowaniu w poszczególnych jednostkach i szpitalach.
[7] Problematykę rozwoju gospodarczego Skandynawii w przystępny sposób przedstawia szwedzki publicysta irańskiego pochodzenia Nima Sanandaji w książce „Mit Skandynawii, czyli porażka trzeciej drogi”
[8] L. W. Reed, 52 mity o kapitalizmie, Fijorr Publishing, Wrocław 2016, s. 84.
[9] T. DiLorenzo, Upaństwowiona służba zdrowia a prawa ekonomii, URL= http://mises.pl/blog/2010/02/01/t-dilorenzo-upanstwowiona-sluzba-zdrowia-a-prawa-ekonomii/ (dostęp 14.02.2018)
[10] L. W. Reed, 52 mity o kapitalizmie, Fijorr Publishing, Wrocław 2016, s. 87.

Bibliografia:
DiLorenzo T., Upaństwowiona służba zdrowia a prawa ekonomii, URL= http://mises.pl/blog/2010/02/01/t-dilorenzo-upanstwowiona-sluzba-zdrowia-a-prawa-ekonomii/ (dostęp 14.02.2018)
Reed W.L., 52 mity o kapitalizmie, Fijorr Publishing, Wrocław 2016
Sowell T., Ekonomia dla każdego, Fijorr Publishing, Warszawa 2017

Poprzedni artykułWeto ludowe w Polsce. Doświadczenia szwajcarskie
Następny artykułBiada wam przedsiębiorcy!
Krzysztof Mazur – polski politolog i filozof, doktor nauk politycznych, działacz polityczny; specjalizuje się w filozofii społecznej; prezes Klubu Jagiellońskiego; członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP.

1 KOMENTARZ

  1. Na początek niech prywata będzie prywatą anie prywatą na państwowym sprzęcie w państwowych gabinetach. Niech prywatnie skierowanie idzie do prywatnej placówki a nie do państwowego szpitala. Po prostu niech przestaną nas ubezpieczonych państwowo okradać. Chce lekarz prywatnie przyjmować ? To wara mu wtedy od państwowej służby zdrowia ! Zobaczymy która sobie wtedy poradzi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj